DWUMIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-POLITYCZNY POŚWIĘCONY EUROPIE WSCHODNIEJ
 
CElogo
 
Sprawy Polityczne
 
KEW
Partnerzy:
 
Anna Maria Dyner
Zabawa w wybory

Za kilkanaście miesięcy Białoruś będzie wybierać prezydenta. Czy znów powtórzy się ten sam scenariusz i na następne pięć lat fotel prezydencki obejmie Aleksander Łukaszenka?

Wiosna 2010 roku i początek 2011 roku będą na Białorusi czasem wyborów, najpierw lokalnych, a następnie prezydenckich. Zarówno ich przebieg, jak i sposób przeprowadzenia kampanii wyborczej będzie przedmiotem szczególnej uwagi na Zachodzie oraz w Rosji. Wprawdzie trudno oczekiwać, że staną się one przełomem we współczesnej historii Białorusi, jednak sposób zachowania władz przed, w trakcie i po wyborach może znacząco wpłynąć na najbliższą przyszłość tego państwa.

Na co liczy Łukaszenka?
W trakcie zwołanej 20 października ubiegłego roku konferencji prasowej prezydent Aleksander Łukaszenka oświadczył, że wybory lokalne odbędą się kwietniu 2010 roku, a wybory prezydenckie na początku 2011 roku – najprawdopodobniej 7 lutego, czyli w ostatnim konstytucyjnie możliwym terminie.
O ile pierwszy termin nie wzbudził kontrowersji wśród białoruskich politologów, o tyle decyzja o tak późnym przeprowadzeniu wyborów prezydenckich wywołała niemałe zdziwienie. Oficjalnie prezydent mówił o chęci dania opozycji czasu na przeprowadzenie kampanii wyborczej i tłumaczył, że luty jest dobrym momentem na głosowanie, gdyż większość Białorusinów nigdzie wtedy nie wyjeżdża. Wyjaśnień tych nie można jednak uznać za przekonujące. Co zatem mogło skłonić urzędującego prezydenta do podjęcia takiej decyzji? Według niektórych analityków, przesuwając termin wyborów na początek 2011 roku, Łukaszenka liczy, że do tego czasu na Białorusi skończy się kryzys i głowa państwa będzie mogła prowadzić kampanię, unikając trudnych pytań o kondycję białoruskiej gospodarki. Co więcej, prezydent mógłby wtedy występować jako ten, który kolejny raz wyprowadził kraj z zapaści.
Inni komentatorzy spekulowali, że takie odsunięcie terminu głosowania może oznaczać, że Łukaszenka nie ma zamiaru ubiegać się o następną kadencję. Tym samym miałby uniknąć odpowiedzialności za skutki kryzysu gospodarczego i konieczności przeprowadzenia drastycznych reform gospodarczych. Jak wyjaśniano, w świadomości społecznej pozostałby prezydentem, za którego żyło się dostatnio, a kryzys nastąpił po jego odejściu.
Obie te koncepcje nie znajdują jednak żadnego potwierdzenia w realiach. Przede wszystkim nie ma żadnych gwarancji, że Białoruś tak szybko upora się z zapaścią we własnej gospodarce i wywołanymi przez nią problemami społecznymi, na przykład skróceniem tygodnia pracy w większości dużych przedsiębiorstw i towarzyszącemu temu obniżaniu wynagrodzeń. Trudno sobie również wyobrazić, że po szesnastu latach urzędowania Łukaszenka mógłby dobrowolnie oddać władzę.
Co więcej, przesunięcie terminu wyborów może narazić białoruskiego prezydenta na większą presję ze strony Rosji, gdyż przełom roku tradycyjnie jest czasem negocjacji cen gazu. Wydaje się zatem, że z tego punktu widzenia bezpieczniejsze dla Łukaszenki byłoby rozpisanie wyborów na późną jesień 2010 roku (Konstytucja nie określa, kiedy najwcześniej przed upływem kadencji mogą się odbyć wybory prezydenckie, co daje dość dużą swobodę w wyznaczaniu terminu). Decydując się na grudniową datę wyborów, Łukaszenka mógłby również uniknąć odpowiedzialności za ewentualne podwyżki cen i taryf komunalnych, które najczęściej są wprowadzane na początku roku.
Tak późny termin nie znajduje zatem żadnego istotnego uzasadnienia, być może poza nieco przypadkową możliwością skonfundowania Unii Europejskiej. Już po oświadczeniu Łukaszenki UE przedłużyła wprawdzie czas trwania wprowadzonych w życie w 2004 i 2006 roku sankcji (polegających na zakazie wjazdu na jej terytorium większości białoruskich wysokich urzędników państwowych, w tym prezydenta) do marca 2011 roku, ale równocześnie zawiesiła ich działanie do października 2010 roku. Tym samym, unijnym urzędnikom przyjdzie decydować o dalszym losie sankcji jeszcze przed najważniejszym wydarzeniem, będącym prawdziwym sprawdzianem dla ewentualnej demokratyzacji Białorusi.

 

Całość artykułu dostepna w Nowej Europie Wschodniej nr 1/2010

 
projekt i wykonanie POP-UP Design