Jednym z elementów polityki zagranicznej jest umiejętne wykorzystanie potencjału gospodarczego i forsowanie swoich racji na forum międzynarodowym. Jednak w przypadku Rosji potencjał wynikający z posiadania surowców energetycznych jest coraz częściej przekształcany z elementu dyskusji w środek nacisku – niebezpieczny dopóty, dopóki opinia międzynarodowa akceptuje taki stan rzeczy.
Na terytorium Federacji Rosyjskiej znajdują się największe na świecie zasoby gazu ziemnego – prawie 48 bilionów metrów sześciennych, co stanowi ponad 27 procent światowych zapasów. W przypadku ropy naftowej pozycję lidera zajmuje Arabia Saudyjska z 34,5 miliardem ton tego surowca. Zaraz po Arabii plasują się Iran, Irak, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Wenezuela. Na Bliskim Wschodzie zgromadzonych jest prawie 61 procent światowych zasobów czarnego złota. Rosja zajmuje na światowej liście siódme miejsce z nieco ponad 10 miliardami ton, co stanowi 6,3 procent światowych rezerw.
Unia rozmawia z Rosją
Znaczenia potencjału energetycznego Rosji nie trzeba europejskim przywódcom tłumaczyć. W trakcie kolejnego szczytu Unia Europejska-Rosja, który odbył się w połowie listopada 2009 roku w Sztokholmie, to właśnie kwestia bezpieczeństwa dostaw rosyjskich surowców do europejskich odbiorców stanowiła jedno z głównych zagadnień. Zdaniem Carolin Vendil-Powell ze Szwedzkiej Agencji Studiów nad Obronnością, szczyt ten nie przyniósł jednak, wbrew oczekiwaniom, znaczących dla Europy rezultatów.
O odpowiednią atmosferę napięcia przed spotkaniem prezydenta Dmitrija Miedwiediewa z europejskimi przywódcami zadbał poprzedni lokator Kremla, premier Władimir Putin. Już od końca października ubiegłego roku ostrzegał on przed problemami, jakie Rosja najprawdopodobniej spotka na drodze przesyłu gazu ziemnego do Unii Europejskiej.
Głównym problemem jest oczywiście Ukraina. Po tym, jak Kijów uregulował swoje zobowiązanie wobec Kremla za październikowe dostawy gazu, „zawiedziony” Putin podjął kolejną kampanię przeciw Ukrainie, twierdząc, że należności za listopad na pewno nie zostaną uiszczone. W piątek 4 grudnia 2009 roku zawód premiera Rosji musiał jednak osiągnąć apogeum. Tego dnia na konta Gazpromu trafi ło bowiem 770 milionów dolarów za gaz sprowadzony w listopadzie przez ukraińską spółkę Naftohaz.
Putin zastrzegł, że Kremlowi, który w stu procentach kontroluje Gazprom, wystarczy niewielkie opóźnienie, aby od strony ukraińskiej zażądać karnych opłat. Mogłyby one spowodować niewypłacalność Naftohazu i paraliż dostaw surowca do Europy. W trakcie szczytu Wspólnoty Niepodległych Państw, który odbył się na początku października 2009 roku w Kiszyniowie, prezydent Dmitrij Miedwiediew odmówił obiecanej wcześniej Ukrainie pożyczki w wysokości 5 miliardów dolarów, oferując jednak w zamian dostęp do funduszu Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Fundusz dysponuje około 7,5 miliardem dolarów, z czego prawie 70 procent to wkład rosyjski.
Można się zatem spodziewać, że zaproszenie prezydenta Miedwiediewa skierowane do Wiktora Juszczenki było opatrzone ukrytą klauzulą, której treść zostanie ujawniona w razie faktycznej potrzeby skorzystania przez Kijów z tych środków i będzie brzmiała: owszem, Ukraina ma prawo do korzystania ze środków funduszu Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, pod warunkiem, że pomoc nie przekroczy 2,5 miliarda dolarów.
Jeszcze przed szczytem w Sztokholmie Władimir Putin nalegał, aby Unia Europejska wsparła finansowo Ukrainę w celu zapewnienia ciągłości dostaw gazu ziemnego przez jej terytorium do krajów członkowskich UE. Bezskutecznie.
Kreml jednak nie zniechęcił się tą porażką, bowiem z punktu widzenia strategii energetycznej Rosji osiągnięto znacznie większy sukces: Dania, Szwecja i Finlandia zgodziły się na ułożenie przez konsorcjum Nord Stream gazociągu na dnie swoich wód terytorialnych.
Całość artykułu dostępna w Nowej Europie Wschodniej nr 1/2010