DWUMIESIĘCZNIK SPOŁECZNO-POLITYCZNY POŚWIĘCONY EUROPIE WSCHODNIEJ
 
CElogo
 
Sprawy Polityczne
 
KEW
Partnerzy:
 
Rafał Zubkowicz
Polescy uzdrowiciele

Mieszkają w niewielkich, drewnianych chatach. Ich sława sięga hen, daleko poza granice rejonu. Odpędzają złe wiatry, lnem wypalają róże, nastawiają wywichnięte stawy i modlą się w blasku płonącego lnu. Spotkać ich można niemal w co trzeciej wsi na ukraińskim Polesiu. Uzdrowiciele, zamawiacze, szeptuchy – kontynuują odwieczną tradycję regionu.

− Nie ja pomagam, a sam Bóg pomaga. Prosim Bożej miłości, niech wróci na miejsce krew, ciało i kości – brzmi zakończenie modlitwy, którą 74-letnia Marija Baranczuk stawia na nogi chorych, a w najgorszym razie przywraca im wolę walki z chorobą. Wołają na nią w okolicy Bielaszanka, czyli córka Bielaszychy, po której przejęła warsztat i, jak się okazało, zdolności. Leczeniem zajęła się trochę przez przypadek, trochę z woli ludzi, którzy domagali się pomocy. W rodzinnym domu po wielokroć miała okazję słyszeć, jak matka rozganiała na wszystkie strony świata wiatry podejrzane o wywołanie dolegliwości: dębowe, przydrożne, kurze, kacze, indycze i siedemdziesiąt dwa pozostałe. Zaklęcia utkwiły jej w głowie dzięki dobrej pamięci i temu, że niemal co dzień w chacie zbierała się gromadka szukających pomocy.

Wychodźcie lęki-przelęki!

Siedemdziesiąt dwa wiatry wieją może z mniejszą mocą niż za dawnych czasów, ale i dziś nie ma tygodnia, by kilku chorych nie zastukało do drzwi Bielaszanki. Pacjent nie musi czekać w kolejce, a i uzdrowicielka – emerytowana kołchoźnica – nie ma już pilnych robot, które musiałaby rzucać, by modlitwami przynieść ulgę cierpiącym. W letniej kuchni czeka na nich woskowa świeca i torba z lnianym włóknem. Na ból głowy – uzdrowicielka dziewięć razy ręce przykłada i szepce Ojcze Nasz; różę przykrywa czystą szmatką, ściele na niej lniane włókno i powtarzając śpiesznie modlitwę, podpala; na lęki – co najmniej trzykrotnie odmawia Ojcze Nasz, dodając: – Wychodźcie lęki-przelęki!
Dzieje praktyki Bielaszanki dowodzą, że w potrzebie nawet władza radziecka − oficjalnie tak religii, jak i wszelkim zabobonom niechętna – uciekała się do sprawdzonych metod. W ręce początkującej uzdrowicielki z Wiedmieży oddał się bowiem kiedyś nawet milicjant-dzielnicowy, którego tak połamało, że zwaliwszy się na przydrożu, nic, tylko jęczał, ku wielkiej konfuzji naczelnika wsi. Bielaszankę zawołał, gdy szła z pola.
− Matka twoja leczy, to i ty pewnie coś umiesz – usłyszała.
We dwoje rozciągnęli obolałego władzę na brzuchu.
− Podeptałam go po plecach, śmiechem, żartem poszeptałam urywki modlitw, które matka mówiła. Jechał potem podle chaty, zobaczył mnie i woła: „A samogonu nie gonicie?”. „A co?” – ja na to. On: „Jak tak, to przeszkadzał nie będę”. Tak się chciał odwdzięczyć, bo ponoć po różnych jeździł i nie pomagało. Teraz Bielaszanka do tych spraw podchodzi poważniej. Miała nawet widzenie, w którym kobieca postać zapowiedziała jej sławę pośród ludzi. Kiedy widzi, że dolegliwość to nie żadne śmichy-chichy i sama nie da rady, odsyła do specjalisty. Najczęściej do baby Sani.

 

Całość reportażu dostępna w Nowej Europie Wschodniej nr 1/2010.

 
projekt i wykonanie POP-UP Design