„Nie planujemy i nie chcemy ogłaszania niepodległości, ale jakby co, zawsze możemy to zrobić”, mówi Nikołaj Stojanow, zastępca baszkana Gagauzji. Tak, baszkana. To nazwa najwyższego urzędu w autonomii. „I co z tego, że Gagauzja mała – ciągnie Stojanow. – A Luksemburg to duży? A Andora duża?”
Marszrutka trzęsie się po przedmieściach gagauskiej stolicy – Komratu. Kierowca prowadzi nerwowo, kręci, omija dziury. Ma na sobie domowe kapcie i za małą dżokejkę z napisem „European Union”. Im bliżej centrum, tym asfalt nowszy, tym domy nowsze i szyldy też. Nie żeby od razu tworzyły jakąś urbanistyczną harmonię, ale zawsze nowsze.
Za oknami słońce, bo w końcu ze słońca i ładnej pogody Mołdawia jest znana; kiedyś, za Związku Radzieckiego, był tu wszechzwiązkowy raj. Ech, Mołdawia – wzdychali obywatele ojczyzny proletariatu, gniotący się po chruszczowkach od koła podbiegunowego po stepy Azji Środkowej. Mołdawia: zieleń, sympatyczne domki skąpane w roślinności, winnice, piwniczki, koniak z cytryną – nic, tylko siadać na ławeczkach, przy płotach, ze stopami w soczystej trawie, ze stakańczykiem w ręku. Żyć, nie umierać.
W Gagauzji, autonomicznej republice pozostającej w ramach mołdawskiego państwa, nie jest inaczej. Zielono tu i kojąco. Tam wiekowa łada podskoczy na wyboju, wiezie w niedomkniętym bagażniku arbuzy, tu osiołek zaprzężony w dwukołowy wózek, a na wózku – starszy pan w podkoszulce na ramiączkach. Owdzie – traktor-samorobka, symbol technicznego zmysłu narodów poradzieckich: chłop bosymi stopami ciśnie pedały wyjęte z jakiegoś starego zaporożca. I wygląda na to, że i ta łada, i ten traktor są traktowane nie inaczej niż osiołek: jak żywe stworzenia. Krztyny diabelskiej elektroniki w nich nie ma, tylko sama mechanika; technika, którą można pojąć i okiełznać młotkiem czy śrubokrętem. Osiołka nakarmić, traktor naoliwić i życie się toczy.
Ale im bliżej centrum stolicy, tym mniej osiołków, tym mniej traktorków – pojawiają się japońskie i niemieckie terenówki, jeżdżą audi i volkswageny, które dni swoich dobiegają na mołdawskich szosach. Zresztą, ileż się tymi przedmieściami jedzie, parę minut ledwie. Marszrutka dojeżdża do ronda, babiny wstają z siedzeń, podnoszą koszyki z jajkami, ze słoikami, starsi panowie zakładają marynarki, do tej pory gniecione na podołkach, dziewczyny poprawiają włosy, zerkają w lusterka puderniczek. Można wysiadać, wcisnąć kierowcy w dłoń zwitek wytartych lei, których ten nawet nie liczy – i iść prosto w rozpalone powietrze, w którym ciężko złapać pierwszy oddech.
Miasto ma wszystkiego ledwo ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców. Przypomina w zasadzie dużą, mołdawską wieś, która w samym środku reprezentacyjnie się zagęszcza, by wydać z siebie kilka piętrowych budynków, park i pomnik Lenina.
Całość reportażu dostępna w Nowej Europie Wschodniej nr 1/2010