Na Białorusi tylko Lenin jest z granitu, reszta – ma się wrażenie – to drewno i eternit. Żadna z obiegowych opinii dotyczących tego kraju nie jest do końca prawdziwa. Pod widoczną dla oczu warstwą rzeczywistości znajdują się jeszcze inne, mniej wyraźne, ale istotniejsze.
Pocztówka pierwsza, bez Chagalla
Droga zawsze może służyć za metaforę. Białoruska szutrówka, a takie drogi zdecydowanie przeważają, jest dosyć szeroka, pusta i wytyczona na przestrzał w płaskim krajobrazie, który nie pobudzał wyobraźni mierniczych i geodetów. Dziwię się, że ta ziemia wydała Marca Chagalla z jego miękkimi kształtami i kolorami, powinna raczej zrodzić de Chirica z ginącymi w bezkresie perspektywami i bryłami bezlitośnie odcinanymi prostotą linii.
Ta droga, pusta i prosta, piaszczysta i leśna, zawsze posiada swój wielocyfrowy numer. Ozdabiają ją zakazy postoju, a na umarłych skrzyżowaniach odwrócone trójkąty podporządkowania lub – przeciwnie – balansujące żółte kwadraty drogi z pierwszeństwem przejazdu nadają kształt fantomowi ruchu. Ścisła reglamentacja tego nadmiaru przestrzeni, drobiazgowe określanie tego, co wolno i tego, co zakazane, szatkowanie pustki wydają się bardzo wysublimowaną formą sztuki dla sztuki, jakąś totalną instalacją artystyczną, wyniośle milczącą Formą, którą możemy kontemplować. Tak, Białoruś to nie muzeum komunizmu, jak chcą dziennikarze i politycy, ale raczej największa na świecie galeria sztuki współczesnej.
Pocztówka druga, „kołchozowa”
Socjolog powie, że jedzenie jest spektaklem. Restauratorzy czy pracownicy branży turystycznej wiedzą o tym doskonale i urządzają dla nas „chłopskie jadła”, „wiejskie strzechy”, tawerny, trattorie czy puby. Im jednak takich miejsc jest więcej i im bardziej są nastawione na globalnego turystę, tym mniej autentycznie się w nich czujemy. Dekoracja nie stanowi już o istocie danego miejsca, jest jedynie ornamentem. Nowe imituje stare, plastik imituje drewno, jedzenie imituje jedzenie, bo czymże jest bezalkoholowe piwo albo bezkofeinowa kawa?
Ponieważ ta sztuczność, podobnie jak aseptyczność zakładowych stołówek czy fast foodów, napawa mnie obrzydzeniem, tym razem będziemy jedli w prawdziwej kołchozowej jadłodajni, wśród ludzi pracy. Atutem spektaklu będzie autentyzm – stołowaja to miejsce tak prawdziwe, że aż boli. W ponowoczesnym świecie miejsce takie jest czystą nieprzyzwoitością. Spotkamy je jedynie na uparcie tkwiącej w minionej epoce (stary wspaniały świat) Białorusi. Stołówki powstały dla traktorzystów, kombajnistów i dojarek, a więc prostych mieszkańców przykołchozowych posiołków. Jedzenie też jest proste: grochówka lub chłodnik, hriczka, czyli kasza gryczana, albo kartofle. Kotlet mielony. Kompot. Do tego ciemnego sytego chleba skolko ugodno. Wódka i piwo są, ale sprzedaż dopiero po godzinach pracy. We wnętrzu panuje zaduch, czuć papierosy, olej napędowy, zwierzęta, pot.
Ściany są okopcone i tłuste. Jakaś mozaika pamiętająca lepsze czasy. Zżółkłe firany i brudne szyby. Rubaszny śmiech ludzi i burkliwe komendy kasirszy. Zwięzłe hasło na niegdyś reprezentacyjnej ścianie przypomina o szlachetności tej podstawowej, biologicznej funkcji odżywiania, o której zapomnieliśmy: Nie czełowiek niesjot chleb, no chleb niesjot czełowieka – Nie człowiek niesie chleb, ale chleb niesie człowieka.
Całość reportażu dosterpna w Nowej Europie Wschodniej nr 1/2010