Odpadł argument podnoszony w poprzednich latach, że wspierając Kijów, narażamy się na pogorszenie relacji z Moskwą. Sam Wiktor Janukowycz jest w pewnym sensie skazany na współpracę z Brukselą, bo musi walczyć z kryzysem gospodarczym. Paradoksalnie, Janukowycz może zbliżyć Kijów do Brukseli w większym stopniu, niż zrobili to pomarańczowi. Może, ale nie musi.
Z pierwszą wizytą zagraniczną prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz udał się do Brukseli, choć większość obserwatorów była przekonana, że wybierze Moskwę. Także rosyjscy politycy wydawali się zaskoczeni. Kilka dni przed inauguracją Janukowycza rosyjski prezydent Dmitrij Miedwiediew przekonywał go, by jednak najpierw odwiedził Moskwę. Janukowycz odmówił, za co podobno spotkała go kara – Miedwiediew nie zaszczycił swoją obecnością jego inauguracji. Piszę „podobno”, bo taką wersję rozprzestrzeniało wśród obserwatorów z Zachodu otoczenie Janukowycza. „Nacisk był ogromny, ale daliśmy radę” – usłyszałem od jednego z ukraińskich polityków. Czy tak było naprawdę, wcale nie jest jasne. Janukowycz, jadąc najpierw do Brukseli, mógł również chcieć poprawić swój wizerunek na Ukrainie – zmyć z siebie gębę polityka prorosyjskiego i pokazać, że jest co najmniej gotów grać na dwóch fortepianach: rosyjskim i europejskim.
Całość artykułu dostępna w "Nowej Europie Wschodniej" nr 3-4/2010