Polityka białoruskich władz już od lat znacząco odbiegała od standardów europejskich i dlatego wymagała stosowania innych metod interpretacji. Jednak w ostatnich miesiącach reżim Aleksandra Łukaszenki zaskoczył i zdezorientował nawet tych zachodnich obserwatorów, którzy do tej pory byli przekonani, że rozumieją jego specyfikę.
Doprowadzenie do ochłodzenia relacji z Zachodem w kontekście coraz silniejszej presji ze strony Moskwy część komentatorów uznała za działanie irracjonalne, świadczące o utracie tak niezawodnego do tej pory instynktu samozachowawczego białoruskiego prezydenta. Jednak gdy spojrzeć z perspektywy interesów białoruskich władz, a nie zachodnich wyobrażeń o nich, można odnaleźć spójną koncepcję działania, która przy sprzyjających okolicznościach może okazać się skuteczna. Zaskakujący bieg wydarzeń
Po wielotygodniowych, obfitujących w napięcia negocjacjach władze białoruskie ustąpiły Rosjanom i 27 stycznia bieżącego roku podpisały protokół do umowy z 2007 roku o dostawach i obrocie rosyjską ropą naftową. Dokument ten wprowadza nowe, znacznie mniej dla Białorusi korzystne warunki współpracy z rosyjskimi dostawcami ropy, co stawia pod znakiem zapytania rentowność, a tym samym przyszłość białoruskiego sektora naftowego, stanowiącego do tej pory główne źródło dochodów budżetowych. Eksperci Międzynarodowego Funduszu Walutowego szacują wstępnie straty wynikające z redukcji rosyjskich preferencji naftowych na 2 miliardy dolarów (przy około 12 miliardach dolarów zaplanowanych na ten rok dochodów budżetowych).
Całość artykułu dostępna w "Nowej Europie Wschodniej" nr 3-4/2010