Dlaczego polska polityka wschodnia jest mało skuteczna, a polscy decydenci wciąż rozczarowują się Wschodem? Polacy muszą zrozumieć, że tam, gdzie zachodni polityk chce realizować misję, polityk poradziecki widzi tylko możliwość ubicia interesu i zarobienia pieniędzy.
Pięć lat temu polscy politycy, intelektualiści, dziennikarze – można wręcz powiedzieć, że polskie społeczeństwo – z entuzjazmem obserwowali wydarzenia rozgrywające się na kijowskim Majdanie i za politykami pomarańczowego obozu powtarzali okropności o Wiktorze Janukowyczu i jego współpracownikach. Wydawało się wówczas, że czas niebieskich dobiegł końca, że można postawić tylko na rwących się do władzy liderów opozycji: Wiktora Juszczenkę i Julię Tymoszenko. Wydawało się też, że Ukraina wstąpiła na drogę prowadzącą do Europy i integracji z NATO. Podzielających ten punkt widzenia Polaków nie niepokoił fakt, że Janukowycza popierała prawie połowa Ukraińców, natomiast liczba zwolenników integracji z Unią Europejską, a tym bardziej z NATO, była stosunkowo niewielka, nawet wśród elektoratu Wiktora Juszczenki.
Polskim entuzjastom oczarowanym Ukrainą wydawało się, że wszystko dokona się automatycznie, a fakt zwycięstwa pomarańczowego Majdanu oznacza integrację Ukrainy ze światem, do którego już należała Polska.
Szachy i gry planszowe
Dziś o Ukrainie w Warszawie mówi się z ubolewaniem. Wiktor Janukowycz, którego zwolennicy Majdanu zdążyli pogrzebać politycznie, jest pełnoprawnym prezydentem Ukrainy.
Natomiast Wiktor Juszczenko na finiszu sprawowania funkcji głowy państwa wpadł na pomysł, jak zepsuć stosunki ze swoimi ostatnimi zwolennikami w Polsce: podpisał rozporządzenie o nadaniu Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy. Coś w relacjach polsko-ukraińskich nie wyszło. Ale co?
Całość artykułu dostępna w "Nowej Europie Wschodniej" nr 3-4/2010