NOWA EUROPA WSCHODNIA: Co kryje się dla Pana pod pojęciem „pojednanie”? Pytamy między innymi o pojednanie polsko-ukraińskie.
HEORHIJ KASJANOW: Podam konkretny przykład. W 2003 roku odbyła się dyskusja na temat Wołynia i często używano słowa „pojednanie”, ale dla mnie napełniło się ono sensem dopiero, gdy Myrosław Marynowycz zwrócił się do polskich intelektualistów w liście otwartym, a adresaci listu go przyjęli. Zgodzili się uznać Wołyń za przeszłość, o której trzeba pamiętać, ale nie można bez końca szukać winnych tej tragedii. Obie strony były gotowe uznać winy swych przodków. Taki jest dla mnie sens pojednania – jest ono bezwarunkowe i obustronne.
Kiedy natomiast w kontekście pojednania pojawiają się takie terminy jak „historyczna prawda”, można zakończyć rozmowę. Każdy będzie miał swoją „historyczną prawdę” i tu nie da się dojść do zadowalających wyników. Wspólna prawda może polegać tylko na tym, że obie strony muszą przyznać się do winy i być gotowe wybaczyć.
Czy Pana zdaniem pojednanie może być ostateczne – dokonać się podczas ważnych dyskusji, spotkań, uroczystości – i zakończyć spory? Ostatni rok, jeśli porównać go na przykład z latami 2003-2005 w stosunkach polsko-ukraińskich, chyba temu przeczył...
Bolesne tematy będą pojawiać się zawsze. Społeczeństwa nie są jednorodne, są w nich grupy, dla których wartości emocjonalne w historii są ważne, na nich budują tożsamość. Jeśli w przeszłości we wzajemnych stosunkach dwóch nacji napotykaliśmy na różne problemy, to oczywiście proces pojednania może trwać długo. Dyskutując o stosunkach polsko-ukraińskich, musimy wspominać wydarzenia, które miały miejsce nawet czterysta lat temu. Wydawałoby się, że było to dawno i nie ma znaczenia, a przecież wciąż przywoływany jest obraz rezuna z jednej strony i ciemiężcy z drugiej. O ostatecznym pojednaniu nie można dyskutować, bo wymagałoby ono „wyprostowania” zbyt wielu kwestii i zaszłości.
Można mówić o konkretnych problemach. Na przykład nadanie przez Wiktora Juszczenkę Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy i reakcję polskiej strony można omawiać na kilku poziomach. Pierwszy to polityczne poglądy Wiktora Juszczenki i Lecha Kaczyńskiego. Drugim są reakcje społeczeństw, w tym określonych grup, które podchodzą do tego problemu emocjonalnie. Trzecim poziomem jest problem relacji międzynarodowych.
Skupię się na perspektywie ukraińskiej. Dlaczego Juszczenko zdecydował się nadać Banderze tytuł pod koniec swojej kadencji prezydenckiej? Dlaczego nie zrobił tego w 2005 roku? Można znaleźć wiele wytłumaczeń, ja mam jedno, funkcjonalne. Było to pragnienie zademonstrowania swojej suwerenności jako prezydenta i suwerenności Ukrainy. Nie udało mu się wywalczyć suwerenności kraju na innych poziomach: energetycznym, bo Ukraina jest w dużym stopniu zależna od surowców rosyjskich, czy politycznym, bo kraj jest wciąż w strefie wpływów Rosji. Należało znaleźć dziedzinę, w której można było pokazać samodzielność. Właśnie polityka historyczna pozwoliła przyjąć postawę: „nikogo nie słuchamy, nie interesuje nas Rosja, nie interesuje nas Polska, decyzje podejmujemy sami, mamy swoich bohaterów i będziemy ich czcić”.
Całość artykułu dostępna w "Nowej Europie Wschodniej" nr 3-4/2010