„Nazywam się Isa. Oto mój paszport” – mówi jegomość w papasze. Takie czasy, nikomu nie można ufać. Wsiadamy do wołgi. Ruszamy na czeczeńską pielgrzymkę.
– Pamiętajcie, odtąd jesteście moimi krewnymi z Dagestanu. Wasz ojciec to syn ciotecznego brata mojego stryja. Tak was przestawię swoim znajomym – mówi Isa.
– Trochę źle się ubrałyście jak na pielgrzymkę. Wszystkie intymne miejsca powinny być zakryte. Ale zaraz coś wymyślimy.
Po chwili do samochodu podbiega kobieta i podaje nam ciepłe czarne podkolanówki, które zakryją nasze kostki. Problem „intymnych miejsc” zostaje rozwiązany.
– Nasze zwyczaje znacie? Cały czas zachowujcie się tak jak ja.
W Czeczen-aule, od którego ponoć nazwę wzięła cała Czeczenia, dosiada się dwóch starszych mężczyzn. Isa przedstawia nas po czeczeńsku. Grzecznie kiwamy głowami, nieśmiało się uśmiechając. Nie ma mowy o podawaniu rąk czy dłuższych pozdrowieniach. Kaukaskiej kobiecie to nie przystoi.
Pierwszy test ze znajomości zwyczajów zdajemy już po chwili. Mijamy cmentarz. Kierowca ścisza muzykę. Pasażerowie podnoszą dłonie na wysokość serca. Modlą się szeptem, robią znak obmycia twarzy. Niezgrabnie próbujemy naśladować ich ruchy. Po chwili kierowca wybawia nas od dłuższych rozmów z towarzyszami podróży, póki co chyba nieświadomymi naszego kamuflażu. Włącza na cały regulator czeczeński zikr – śpiewaną wspólnie modlitwę, stanowiącą najważniejszy obrzęd najpopularniejszego w Czeczenii bractwa sufickiego Kadirija. Rytmiczne „La illaha illa Llah” wspomagane donośnymi głosami starików towarzyszy nam w drodze na czeczeńską prowincję.
Całość artykułu dostępna w "Nowej Europie Wschodniej" nr 3-4/2010