Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 15.06.2026
dr Rusłana Martseniuk

Historia długich wojen studzi nadzieje. Ukraina wie, że pauza nie musi oznaczać pokoju

Wiosną 2026 roku świat znów mówi o pokoju w Ukrainie. Znowu mamy „historyczne” wizyty, zapowiedzi przełomów, nagłówki obiecujące, że „koniec jest blisko”. Jednocześnie w polskich i zachodnich mediach powraca inny motyw: zmęczenie. Zmęczenie Ukraińców, zmęczenie społeczeństw, które przyjęły uchodźców, zmęczenie wyborców, którym przypomina się, ile kosztuje pomoc. Zmęczenie, które opisuje się tak, jakby spadło z nieba dopiero teraz i dało się uchwycić jednym sondażem. Historia zna już takie momenty – i potrafi opowiedzieć, co zwykle dzieje się w czwartym roku.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



To nieporozumienie. Zmęczenie wojną nie jest żadną nowością. Ma swoją historię, strukturę i swój kalendarz. W długich wojnach wraca jak pora roku – nie w tych samych datach, ale w bardzo podobnej kolejności. Warto o tym mówić właśnie teraz, kiedy wielu ludziom wydaje się, że to, co czują, jest czymś wyjątkowym: dowodem słabości, zwiastunem klęski. Nie jest. To jedno z najlepiej rozpoznanych zjawisk w dziejach długotrwałych konfliktów.

Piszę o tym jako historyczka, która pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny spędziła w Kijowie, a od jesieni 2024 roku patrzy na nią z Polski – z obu stron granicy, na której to samo zmęczenie ma inne twarze, choć jest tym samym zmęczeniem.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


W Kijowie najłatwiej było je zobaczyć nad ranem, kiedy po kolejnym nocnym alarmie ludzie szli do pracy z oczami przekrwionymi ze zmęczenia, ale z tym samym żartem na ustach: „Dobrze, że dzisiaj tylko trzy syreny”.


Pierwszy rok wygląda wszędzie podobnie


Na początku każdej długiej wojny jest wstrząs, a zaraz po nim – jedność. Wrogość wobec napastnika jest prosta i oczywista, nikt nie ma wątpliwości, po czyjej jest stronie. Solidarność staje się odruchem, nie trzeba jej ogłaszać na konferencjach. Ludzie, którzy wcześniej mijali się obojętnie na klatce schodowej albo w tramwaju, nagle stoją obok siebie w kolejce po pomoc dla uchodźców albo przy stołach, gdzie pakuje się paczki na front. Nikt nie pyta, jak długo, bo wszyscy zakładają, że krótko.

Tę fazę widzieliśmy w 2022 roku po obu stronach polsko-ukraińskiej granicy. W Kijowie cywile uczyli się wiązać pierwsze siatki maskujące, w blokach organizowano dyżury do piwnic-schronów, na balkonach pojawiały się kamizelki odblaskowe i opaski jednostek obrony terytorialnej. W Polsce ludzie jechali na dworce z ręcznie wypisanymi kartonami „nocleg za darmo”, spali w samochodach, bo wszystkie pokoje oddali rodzinom z dziećmi. Nie jest to jednak nic wyjątkowego. Bardzo podobnie wyglądał pierwszy rok udziału Wielkiej Brytanii w I wojnie światowej, pierwsze miesiące Republiki Hiszpańskiej w 1936 roku, pierwszy okres obu wojen czeczeńskich. Faza zrywu jest uniwersalna.

I tak samo uniwersalne jest to, że nie trwa długo. Nie dlatego, że ludzie są niestali czy niewdzięczni, tylko dlatego, że żaden organizm – jednostkowy ani społeczny – nie wytrzyma latami w stanie pierwszego szoku. Po wstrząsie musi przyjść oddech. To nie jest rozpad solidarności, lecz jej zmiana na coś mniej efektownego, ale bardziej trwałego.


Drugi rok to przyzwyczajenie, trzeci to pęknięcie


W drugim roku wojna z wydarzenia zamienia się w tło. Ludzie wracają do pracy, dzieci do szkół, kilkaset kilometrów od frontu otwierają się restauracje i kina. Na zdjęciach wygląda jak powrót do normalności i z daleka łatwo nazwać to obojętnością. W rzeczywistości to mechanizm obronny. Społeczeństwo, które próbowałoby przez lata żyć w temperaturze pierwszych tygodni, rozpadłoby się w kilka miesięcy.

Najtrudniejszy jest jednak rok trzeci. To wtedy w długich wojnach pojawia się zjawisko, które powraca niezależnie od epoki i kraju: część gniewu obraca się do wewnątrz. Linia podziału nie biegnie już tylko między nami a najeźdźcą. Zaczyna ciąć wewnątrz wspólnoty. Kto walczy, a kto wyjechał. Kto stracił mieszkanie, a kto na wojnie zrobił interes. Kto ma prawo mówić w imieniu tych, którzy są na froncie.

W I wojnie światowej trzeci pełny rok – 1917 – przyniósł bunty w okopach, falę strajków w Niemczech i we Francji, rewolucję w Rosji. To nie był kaprys jednego narodu. To był trzeci rok.

Dziś ten sam mechanizm widać po obu stronach granicy, którą znam z własnego doświadczenia. W Kijowie coraz częściej słyszałam zdania w rodzaju: „Mój brat jest na froncie, a jego koledzy siedzą w Europie i wrzucają zdjęcia z wakacji”. W Polsce pod blokiem na Ursynowie usłyszałam rozmowę dwóch mężczyzn: „Ja rozumiem pomoc, ale ile można? Cztery lata, a końca nie widać”. Pomyślałam wtedy, że w czwartym roku tej wojny wszyscy jesteśmy trochę bardziej nerwowi, niż chcielibyśmy przyznać – i że to też jest część historii długiej wojny, a nie tylko nasz problem dzisiaj. Te dwa zdania niczego nie wyjaśniają do końca, ale dobrze pokazują, w jaki sposób gniew zaczyna szukać bliższych adresów niż Kreml.


A II wojna światowa?


W tym miejscu polski czytelnik ma prawo się zatrzymać. Najważniejsza wojna w jego pamięci trwała sześć lat, a jej czwarty rok – 1943 – nie był żadnym zakończeniem, tylko początkiem przełomu na froncie wschodnim. Gdzie tu kalendarz zmęczenia?

To pytanie jest zasadne i prowadzi do sedna. Druga wojna światowa nie była dla większości okupowanych narodów wojną na wyczerpanie. Była okupacją, podbojem, dla milionów – ludobójstwem. Polak pod okupacją niemiecką nie mierzył się ze zmęczeniem długiej wojny w tym sensie, o którym tu piszę. Codzienność okupacji była czymś innym: walką o fizyczne przetrwanie pod władzą, która nie tyle z nim walczyła, ile traktowała go jak materiał do likwidacji. To inny rodzaj doświadczenia, rządzący się innymi prawami.

To rozróżnienie nie jest akademicką subtelnością. Dla Ukrainy ma znaczenie fundamentalne. W lutym 2022 roku Rosja planowała powtórzenie scenariusza podboju: szybkie zajęcie kraju, likwidację państwa, okupację. Ten plan się nie powiódł. To, co trwa czwarty rok, nie jest okupacją całej Ukrainy, lecz wojną na wyczerpanie między dwoma państwami. A to oznacza jedną istotną rzecz: z wojny na wyczerpanie – w przeciwieństwie do wojny podboju – można wyjść jako państwo, które przetrwało. Kalendarz zmęczenia, o którym piszę, jest więc dla Ukrainy lepszą wiadomością niż scenariusz, który groził jej w pierwszych dniach.

W dokumentach, z którymi pracuję na co dzień – raportach NKWD, meldunkach władz okupacyjnych, prywatnych listach – różnica między okupacją a wojną na wyczerpanie jest brutalnie wyraźna: w jednym przypadku państwo planuje, jak zarządzać podporządkowanym terytorium, w drugim – jak pozbyć się całych grup ludzi z mapy. To doświadczenie XX wieku każe mi bardzo ostrożnie używać słowa „pokój” w odniesieniu do dzisiejszej wojny.


Czwarty rok: gdzie zmęczenie spotyka się z decyzją


Czwarty rok długiej wojny na wyczerpanie ma szczególny charakter. To nie jest po prostu jeszcze jeden rok dopisany do poprzednich. To moment, w którym napięcie między wytrzymałością a wyczerpaniem osiąga punkt krytyczny. I właśnie dlatego staje się przestrzenią najważniejszych decyzji.

Historia nie jest tu jednak katalogiem prostych schematów. Pierwsza wojna światowa rzeczywiście zakończyła się w swoim czwartym pełnym roku – nie dlatego, że jedna strona odniosła spektakularne zwycięstwo na polu bitwy, lecz dlatego, że państwa centralne wyczerpały się od środka. Hiszpańska wojna domowa trwała niespełna trzy lata i zakończyła się, zanim zdążył nadejść jakikolwiek czwarty rok: jedna strona po prostu utraciła zdolność dalszej walki. Pierwsza wojna czeczeńska wygasła wraz z zawarciem rozejmu po niespełna dwóch latach. Nie istnieje więc magiczna liczba lat, po której wojny się kończą. Istnieje coś innego: głęboka prawidłowość, że długie wojny rozstrzygają się nie wtedy, gdy jedna ze stron zostaje ostatecznie rozbita w bitwie, lecz wtedy, gdy którejś z nich kończy się zdolność do trwania. A ta zdolność jest pochodną zmęczenia – społecznego, gospodarczego, politycznego.

Dlatego czwarty rok jest niebezpieczny w sposób, którego nie widać w tabelach sondaży. To moment, w którym pokusa, by „skończyć to już, cokolwiek by to miało znaczyć”, jest najsilniejsza po wszystkich stronach naraz: u agresora, u zaatakowanego i u tych, którzy pomagają, ale coraz częściej liczą koszty. To także moment, w którym najłatwiej pomylić dwie rzeczy, z daleka wyglądające podobnie, a w istocie będące przeciwieństwami: pauzę i pokój.


Pauza, której nie należy mylić z pokojem


Tu historia długich wojen mówi rzecz najważniejszą i najmniej wygodną. Rozejm zawarty tylko z powodu wyczerpania – bez rozwiązania tego, co wojnę wywołało – rzadko ją kończy. Częściej ją odkłada.

Pierwsza wojna czeczeńska zakończyła się w 1996 roku porozumieniem, które wielu nazwało pokojem. W istocie było to zawieszenie broni, które zostawiało spór o status republiki na nieokreśloną przyszłość. Trzy lata później wybuchła II wojna czeczeńska, dłuższa i jeszcze bardziej brutalna niż pierwsza. Pauza wzięta za pokój okazała się tylko przerwą na nabranie sił przez stronę, która wcale nie porzuciła swoich celów.

To jest, jak sądzę, jedyna naprawdę praktyczna lekcja, jaką historyczka może dziś zaproponować. Nie wiem, kiedy ta wojna się skończy – żaden historyk tego nie wie. Wiem natomiast, jak wygląda pułapka, w którą społeczeństwa wpadały już nieraz: brały zawieszenie broni wymuszone zmęczeniem za trwałe rozwiązanie, odwracały wzrok, a potem płaciły wyższą cenę, kiedy konflikt wracał. Rozpoznanie różnicy między pauzą a pokojem nie jest pesymizmem. Jest warunkiem, by z czwartego roku wyjść mądrzej, niż się w niego weszło.


Co z tego wynika po obu stronach granicy


Zmęczenie, które dziś czują Ukraińcy i Polacy, jest realne i w obu przypadkach zasługuje na poważne traktowanie. Ukraina przeżywa czwarty rok ciałem – na froncie, pod dronami, w niekończącym się oczekiwaniu na wiadomość, czyj syn, mąż, brat nie wrócił. Polska przeżywa go inaczej: jako kraj, który cztery lata temu szeroko otworzył drzwi, a dziś, zmęczony, pyta sam siebie, co dalej i ile jeszcze udźwignie. Lekceważenie któregokolwiek z tych zmęczeń jest błędem – i politycznym, i zwyczajnie ludzkim.

Historia długich wojen pozwala jednak zobaczyć to znużenie inaczej, niż każe pierwszy odruch. Najnowsze badania opinii publicznej z Kijowa pokazują pozorną sprzeczność: większość Ukraińców deklaruje głębokie zmęczenie wojną, a jednocześnie gotowość, by znosić ją tak długo, jak będzie trzeba. Te dwie postawy się nie wykluczają. Tak działa ludzka wytrzymałość w długim kryzysie: nie jak płomień, który albo płonie, albo gaśnie, lecz jak decyzja ponawiana każdego dnia – wstać, zrobić swoje, wytrwać jeszcze trochę.

W moim świecie najbliżej temu do doświadczenia długiej choroby w rodzinie: nikt nie ma już siły mówić wielkich słów, ale ktoś codziennie wstaje wcześniej, żeby pojechać do szpitala, ktoś szuka kolejnego lekarza, ktoś pilnuje leków. Ta codzienna upartość, pozbawiona patosu, jest bardziej podobna do ukraińskiej wytrzymałości niż jakikolwiek wojenny plakat.
Dr Rusłana Martseniuk – ukraińska historyczka specjalizująca się w sowieckich represjach wobec obywateli polskich w latach 1939–1941. Pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny spędziła w Kijowie. Stypendystka Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego.

Zmęczenie czwartego roku nie jest więc dowodem, że coś się nieodwracalnie załamuje. To normalna twarz tej fazy wojny – przechodziły przez nią wszystkie społeczeństwa, którym udało się długą wojnę przetrwać i wyjść z niej cało. Niebezpieczne nie jest samo zmęczenie. Niebezpieczne jest niezrozumienie, czym ono jest: branie przewidywalnej fazy za klęskę i traktowanie pauzy wymuszonej wyczerpaniem jak trwałego pokoju. Społeczeństwa, które rozumiały, na jakim etapie wojny się znajdują, przechodziły przez czwarty rok rozważniej niż te, którym się wydawało, że ich własne znużenie jest czymś bezprecedensowym.

To, jak sądzę, najwięcej, co historia ma dziś do powiedzenia – i akurat to powinni usłyszeć nie tylko ci, którzy wojną zajmują się zawodowo, lecz przede wszystkim ci, którzy są nią po prostu zmęczeni.