Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 28.06.2026
Wołodymyr Wiatrowycz

Mit o UPA dzieli Polskę i Ukrainę. Historia staje się narzędziem polityki

Ukraińcy i Polacy wdali się w spór niszczący wzajemne relacje w sytuacji, w której groza wojny nie minęła, a zamiast emocjonalnych wybuchów potrzebna jest współpraca. Współpraca nie oznacza amnezji ani zgody na wszystko. Wymaga dialogu, wzajemnego dostrzeżenia się i szacunku. Przedstawiony poniżej artykuł jest takim głosem. Chętnie opublikujemy więcej takich wypowiedzi – ale nie krzyków czy ciosów. - Jarosław Kociszewski, redaktor naczelny
Foto tytułowe
Konopnyca, Ukraina, 14 października 2020 r. Członkowie historycznych klubów wojskowych, ubrani w mundury z okresu II wojny światowej, odtwarzają bitwę między Ukraińską Armią Powstańczą (UPA) a Armią Czerwoną. (Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Przyjęło się uważać, że Ukrainę i Polskę dzieli pamięć o Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). W rzeczywistości nie do końca tak jest. Nasze kraje coraz częściej dzieli nie pamięć o rzeczywistej UPA, lecz jej polityczny obraz, ukształtowany w polskim społeczeństwie na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Obraz, który tylko częściowo bazuje na wydarzeniach historycznych, a w znacznej mierze jest produktem potrzeb politycznych, kampanii informacyjnych oraz dawnego dziedzictwa komunistycznego. Obraz, który niektórzy współcześni polscy politycy ogłaszają jako niepodlegający dyskusji i który próbują utrwalić decyzjami politycznymi.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Paradoks polega na tym, że jeszcze trzydzieści lat temu dzisiejsze wyobrażenia o UPA nie dominowały w Polsce. Dla większości Polaków UPA w ogóle nie była ważną częścią pamięci historycznej. Bezpośrednie doświadczenie konfliktu polsko-ukraińskiego miały jedynie środowiska wywodzące się z dawnych wschodnich województw II Rzeczypospolitej. Dla pozostałych Polaków wyobrażenia o UPA kształtowały się głównie poprzez komunistyczną propagandę: książki, filmy i publicystykę lat sześćdziesiątych – osiemdziesiątych XX wieku, które przedstawiały ukraiński ruch wyzwoleńczy wyłącznie jako zbrodniczy i antypolski. Wraz z upadkiem komunizmu pod koniec lat osiemdziesiątych zaczął się rozpadać także i ten obraz. Właśnie wtedy możliwe stało się zbliżenie polskiej i ukraińskiej opozycji antykomunistycznej. Dla działaczy „Solidarności” i Ludowego Ruchu Ukrainy znacznie ważniejsza od sporów o przeszłość była świadomość wspólnego przeciwnika – imperium sowieckiego. W latach dziewięćdziesiątych ta współpraca przerodziła się w strategiczne partnerstwo między niepodległą Polską i Ukrainą. Już samo to obala popularną dziś tezę, jakoby pamięć o UPA skazywała nasze narody na konflikt. Gdyby tak było, polsko-ukraińskie zbliżenie po 1989 roku po prostu by nie nastąpiło.


Dlaczego temat UPA powrócił


Na początku lat dwutysięcznych sytuacja zaczęła się zmieniać. Nałożyły się na siebie dwa procesy. Pierwszy miał charakter wewnątrzpolski. Znaczna część polskiego społeczeństwa tradycyjnie postrzegała historię własnego kraju jako opowieść o Polsce – ofierze zewnętrznych agresji i historycznych niesprawiedliwości. Na początku nowego stulecia ten komfortowy obraz został poważnie wystawiony na próbę przez dyskusje o Jedwabnem i udziale części Polaków w zbrodniach przeciw Żydom podczas II wojny światowej. W tej sytuacji temat Wołynia pozwalał wrócić do znanego i moralnie wygodnego schematu: Polacy – ofiary, Ukraińcy – sprawcy. Dlatego szybko wyszedł poza środowiska mające bezpośredni związek z wydarzeniami lat czterdziestych XX wieku.

Drugi proces był geopolityczny. Dojście Władimira Putina do władzy oznaczało początek polityki odbudowy rosyjskich wpływów na obszarze postsowieckim. Dla Kremla szczególne zagrożenie stanowiło partnerstwo polsko-ukraińskie, ponieważ to właśnie Polska stała się jednym z głównych adwokatów Ukrainy w Europie. W tej sytuacji spory historyczne między Ukraińcami i Polakami okazywały się niezwykle skutecznym narzędziem podziału. Uaktywniły się zwłaszcza środowiska związane z tak zwanym ruchem kresowym, które niepodległą Ukrainę postrzegały często nie jako sojusznika Polski, lecz jako problem.


Od pojednania do polityki historycznych roszczeń


Warto pamiętać, że na początku lat dwutysięcznych główny nurt polityczny obu państw wciąż zdawał sobie sprawę z tego zagrożenia. Dlatego w 2003 roku prezydenci Aleksander Kwaśniewski i Leonid Kuczma próbowali skierować dyskusję o Wołyniu na drogę pojednania. Otwarto memoriał w Pawliwce, wybrzmiała formuła „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, podjęto próby uzgodnienia wspólnego spojrzenia na tragiczną przeszłość. W szczególności Rada Najwyższa Ukrainy i Sejm zdołały jednocześnie przyjąć jednolity tekst oświadczenia potępiającego wzajemne zabójstwa.

Jeszcze bardziej wymowne jest doświadczenie prezydentury Wiktora Juszczenki. To za jego rządów państwo ukraińskie po raz pierwszy systemowo przywróciło pamięci społecznej postacie ruchu wyzwoleńczego. Właśnie wtedy Roman Szuchewycz otrzymał tytuł Bohatera Ukrainy. Gdyby prawdziwą przyczyną konfliktów polsko-ukraińskich była sama pamięć o UPA, kryzys powinien był nastąpić właśnie wtedy. Ale tak się nie stało. Prezydent Lech Kaczyński rozumiał znaczenie strategicznego partnerstwa z Ukrainą i nie pozwalał, by spory historyczne niszczyły współpracę między państwami. Zwłaszcza po rosyjskiej agresji przeciw Gruzji w 2008 roku coraz wyraźniej dostrzegał wspólnotę zagrożeń dla Warszawy i Kijowa.

Sytuacja zmieniła się po 2010 roku. Porażka Juszczenki i dojście do władzy prorosyjskiego Wiktora Janukowycza otworzyły nowe możliwości dyskredytowania ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego. Po raz pierwszy narracje antyupowskie zaczęły otrzymywać wsparcie nie tylko z Moskwy i polskich środowisk kresowych, lecz także od części ukraińskiej elity politycznej. Śmierć Lecha Kaczyńskiego i jego najbliższego otoczenia politycznego wiosną 2010 roku zmieniła z kolei obraz prawego skrzydła polskiej polityki, wzmacniając w nim tendencje antyukraińskie.

Symboliczny stał się rok 2013, kiedy deputowani Partii Regionów zwrócili się do polskiego Sejmu z apelem o potępienie działań UPA jako ludobójstwa. W ten sposób prorosyjskie siły w Ukrainie faktycznie legitymizowały zewnętrzny nacisk na własną pamięć historyczną. W tymże roku polscy ustawodawcy po raz pierwszy użyli słowa „ludobójstwo” w ocenie działań UPA, choć w przyjętym akcie mowa była jedynie o jego znamionach. Ostatecznie termin ten utrwalili już w 2016 roku.

Stopniowo temat Wołynia i UPA stał się jednym z głównych elementów polskiej polityki wewnętrznej. Przestał być przedmiotem dyskusji pojedynczych środowisk i przekształcił się w część ogólnonarodowego konsensusu politycznego.


Jaka była prawdziwa UPA


Problem tego konsensusu polega na tym, że coraz mniej opiera się on na rzeczywistej historii UPA. Główny cel Ukraińskiej Powstańczej Armii został sformułowany całkowicie jasno: zdobycie niepodległego państwa ukraińskiego. To właśnie oddawało główne hasło ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego: „Zdobędziesz Państwo Ukraińskie albo zginiesz w walce o nie”.

Polacy nigdy nie byli głównym wrogiem UPA, która postrzegała ich jako przeciwnika tylko o tyle, o ile mogli stanowić przeszkodę w realizacji ukraińskiego projektu państwowego. Ukraińscy nacjonaliści mieli w żywej pamięci wojnę polsko-ukraińską z lat 1918–1919 oraz traktat ryski z 1921 roku, który pozbawił miliony Ukraińców własnej państwowości, dlatego odczuwali silną nieufność wobec polskich zamiarów. Konflikt między ukraińskim i polskim podziemiem nie powstał jednak dlatego, że UPA była z natury antypolska. Przyczyna leżała gdzie indziej. Ukraińskie i polskie podziemie broniły dwóch projektów narodowych, które rościły sobie prawa do tych samych terytoriów. Polskie podziemie dążyło do odtworzenia granic z 1939 roku. Ukraińskie podziemie uważało Galicję i Wołyń za podstawę przyszłego państwa ukraińskiego. To właśnie ta sprzeczność doprowadziła do konfliktu.

Ale nawet podczas wojny ukraińskie podziemie wypracowywało znacznie szerszą koncepcję polityczną niż tylko walka o terytorium. Wyrażało ją inne kluczowe hasło: „Wolność narodom, wolność człowiekowi”. W tym haśle zawierała się wizja świata jako przestrzeni niezależnych państw narodowych i wolnych obywateli. Była ona przede wszystkim antyimperialna. Głównym egzystencjalnym przeciwnikiem ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego pozostawała Rosja – niezależnie od tego, czy występowała w formie imperium, czy ZSRR.

Dlatego po zakończeniu najostrzejszej fazy konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1943–1944 możliwe stało się zawieszenie broni między ukraińskim i polskim podziemiem, a następnie współpraca. Jej najbardziej wymownym przejawem stała się wspólna akcja UPA i polskiego podziemia w Hrubieszowie w 1946 roku. Gdyby UPA rzeczywiście była ruchem, którego istotę stanowiła walka przeciw Polakom, taka współpraca nie doszłaby nigdy do skutku.


Mit o ksenofobicznej UPA


Współczesny polski obraz UPA opiera się nie tylko na koncepcji „Wołynia’43”, lecz także na szerszej tezie o rzekomo ksenofobicznym charakterze ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego. W tym celu nieustannie powtarza się, że UPA walczyła o państwo etnicznie czyste, że była antysemicka, że uczestniczyła w Holokauście, a jej istotą były nienawiść do innych narodów i ich wyniszczenie na ziemiach ukraińskich, ponieważ postrzegano je jako rzekomą przeszkodę dla ruchu wyzwoleńczego. To właśnie na podstawie takiego obrazu formułuje się wniosek o niemożliwości jakichkolwiek porównań między UPA a Armią Krajową. Tezę tę niedawno ponownie powtórzył prezydent Nawrocki. Tymczasem żadne dokumenty programowe ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego nie dają podstaw do takiej interpretacji. Łatwo się o tym przekonać, ponieważ dokumenty te są od dawna znane.

Obraz ten jest jednak niezwykle wygodny politycznie. Wtedy bowiem przedmiotem krytyki staje się już nie tylko sama UPA, lecz także współczesna Ukraina. Jeśli UPA była siłą ksenofobiczną, to każde jej upamiętnianie automatycznie przedstawia się jako dowód moralnej ułomności państwa ukraińskiego. Właśnie to stanowi podstawę tezy rosyjskiej propagandy o potrzebie denazyfikacji Ukrainy. W rezultacie nazwy jednostek wojskowych, pomniki czy wzmianki o działaczach ruchu wyzwoleńczego zaczynają być traktowane jako zagrożenie również dla Polski. Właśnie tutaj dyskusja historyczna ostatecznie przekształca się w narzędzie współczesnej polityki.


Dlaczego ta dyskusja jest dziś ważna


Dla odbudowy polsko-ukraińskiego porozumienia nie wystarczy po prostu przypominać, że UPA walczyła nie tylko przeciw Polakom, lecz także przeciw nazistom i Sowietom. Trzeba zdekonstruować sam fałszywy obraz UPA jako ruchu ksenofobicznego i antypolskiego. To właśnie ten obraz – stworzony przez propagandę komunistyczną, a później podchwycony przez propagandę rosyjską – jest dziś wykorzystywany w ramach koncepcji „denazyfikacji Ukrainy”.

Problem współczesnego dialogu polsko-ukraińskiego nie polega na istnieniu różnych pamięci o UPA. Polega na tym, że coraz większy wpływ zyskuje obraz UPA, który ma korzenie w sowieckich kampaniach informacyjnych i który coraz częściej jest postrzegany nie jako interpretacja polityczna, lecz jako bezsporny fakt historyczny.
Wołodymyr Wiatrowycz (ur. 1977) – historyk (dr), badacz ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego; pracował jako wizytujący badacz w Ukraińskim Instytucie Badawczym Uniwersytetu Harvarda oraz w Instytucie Hoovera przy Uniwersytecie Stanforda, a także wykładał na Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim i w Narodowym Uniwersytecie „Akademia Kijowsko-Mohylańska”. W latach 2008–2010 kierował archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, a w latach 2014–2019 stał na czele Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Od 2019 roku jest deputowanym do Rady Najwyższej Ukrainy.

Dlatego spór o UPA jest dziś w znacznie mniejszym stopniu sporem o przeszłość niż walką o przyszłość stosunków polsko-ukraińskich. I właśnie dlatego dekonstrukcja tego mitu potrzebna jest nie tylko Ukrainie. Jest potrzebna także Polsce, jeśli oba państwa chcą zachować fundament wzajemnego zrozumienia, który kiedyś położyli ukraińscy i polscy dysydenci, Jerzy Giedroyć oraz politycy widzący w niepodległej Ukrainie nie problem, lecz konieczny warunek bezpieczeństwa całej Europy.