Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 02.07.2026
Stasia Budzisz

Paszynian wygrywa po raz trzeci. Prorosyjscy oligarchowie wracają do gry

Nikol Paszynian po raz trzeci stanie na czele armeńskiego rządu, ale jego zwycięstwo nie zakończyło walki o kierunek, w którym podąży kraj. Ormianie wybierali nie tylko między Rosją a Zachodem, lecz przede wszystkim między obecnym rządem a wspieranymi przez Moskwę oligarchami. Z Mikaelem Zolianem, analitykiem z Regional Studies Center w Erywaniu, rozmawia Stasia Budzisz.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



7 czerwca w Armenii odbyły się wybory parlamentarne. Wygrała je, z wynikiem prawie 50 procent, Umowa Społeczna z premierem Nikolem Paszynianem na czele. Oznacza to, że Paszynian po raz trzeci zasiądzie w fotelu szefa rządu. Czy można powiedzieć, że Ormianie są zadowoleni z wyniku wyborów?

Myślę, że tak. Ja jestem – choć muszę przyznać, że zaskoczył mnie tak wysoki procent poparcia dla prorosyjskich partii. Nie spodziewałem się, że dostaną aż tyle.


Rosja robiła wiele, by jej poplecznicy znaleźli się w parlamencie. W nowym rozkładzie znalazło się miejsce dla dwóch prorosyjskich ugrupowań: Silnej Armenii oligarchy Samwela Karapetiana i Bloku Armenia byłego prezydenta Roberta Koczariana. Można to interpretować tak, że Rosja chciała jednak, by to Paszynian, choć bardzo osłabiony, został u władzy?


To, co mówisz, jest logiczne, ale nie wydaje mi się, by na tym jej zależało. Raczej wolałaby się go pozbyć. Gdyby do tego doszło, władzę przejęłyby ugrupowania rewanżystowskie wobec Azerbejdżanu, więc konflikt na nowo by się rozpalił, a na jego podtrzymaniu Rosji zależy najbardziej. Na nowo mogłaby nas godzić, mogłaby między nami mediować. Bardzo jest jej nie na rękę, że wyprosiliśmy ją od stołu negocjacji i zdecydowaliśmy, że nie potrzebujemy pośredników. Moim zdaniem celem rosyjskiej machiny propagandowej, która ruszyła w mediach przed wyborami w Armenii, było właśnie zrobienie wszystkiego, by wybory wygrały prorosyjskie siły, a nie Paszynian. Tym samym Rosja wysłała nam i innym poradzieckim państwom bardzo jasną wiadomość: odwrócenie się od nas do niczego dobrego was nie doprowadzi, więc miejcie się na baczności.


W rezultacie partia oligarchy Gagika Carukiana, Kwitnąca Armenia, która należała do „trójgłowej partii wojny”, jak Paszynian nazywał opozycję, nie weszła do parlamentu. Zabrakło jej niewiele głosów, ledwie około 50. To dobrze czy źle w tym rozkładzie?


Z tych trzech liderów Carukian jest najmniej radykalny i mógłby pełnić funkcję bufora między nimi. Zarówno Silna Armenia, jak i Blok Armenia będą Paszyniana blokować i ciągle wracać do rewanżystowskich narracji.


Wróćmy na chwilę do samej kampanii wyborczej. Największym zaskoczeniem dla mnie okazał się fakt, że na plakatach wyborczych Silnej Armenii widniał Samwel Karapetian, który nie miał prawa brać udziału w wyborach. I de facto go nie brał, ale jednak na plakatach widniał. Zabraniało mu tego armeńskie prawo: prócz armeńskiego posiada bowiem jeszcze rosyjskie i cypryjskie obywatelstwa, przez ostatnie cztery lata głównie mieszkał poza Armenią, no i aktualnie znajduje się w areszcie domowym z zarzutami m.in. prania brudnych pieniędzy i próby przeprowadzenia zamachu stanu. Z plakatów patrzyli Robert Koczarian i Gagik Carukian, którzy także nie mają czystych kryminalnych kartotek. Oni wszyscy obiecywali obywatelom i obywatelkom Armenii bezpieczeństwo i stabilność. Przyznam, że to swego rodzaju kuriozum i trudno to logicznie wyjaśnić w Europie. Jak to możliwe, że – chyba można tak powiedzieć – swego rodzaju przestępcy pretendowali o najwyższe stanowisko w kraju?


Myślę, że w USA nie trzeba tego jakoś specjalnie wyjaśniać, ale w Europie – owszem. Prawda jest taka, że gdyby ci ludzie nie mieli poparcia w Rosji, już dawno siedzieliby w więzieniach i nie mieliby prawa wpływać na politykę kraju w żaden sposób. W takiej sytuacji w Armenii mogłaby pojawić się normalna, demokratyczna opozycja – od prawa do lewa, być może nawet prorosyjska, choć pewnie nie tak zależna od Moskwy jak ta, z którą mamy do czynienia dzisiaj. Po rewolucji w 2018 roku oligarchiczne klany straciły u nas władzę polityczną, ale zachowały bardzo silne wpływy ekonomiczne. No i kieruje nimi Rosja. Przypomnę, że kiedy w 2019 roku posadzili Koczariana, to w dzień jego urodzin osobiście zadzwonił do niego Putin. Do więzienia. Potem, w 2020 roku, kiedy wybuchła wojna o Karabach, wypuszczono go, a sprawa ucichła. I tak to u nas wygląda. Rosja mówi nam, że to jej ludzie i mamy ich nie ruszać. To samo przecież zrobił Putin na spotkaniu z Paszynianem 1 kwietnia. Wstawił się za Karapetianem, zaznaczając, że ten ma rosyjskie obywatelstwo, a siedzi w areszcie. Armenia jest zależna od Rosji, więc niestety nie posiada odpowiednich narzędzi by takich ludzi sprawiedliwie ukarać i potraktować zgodnie z prawem. Sprawy się u nas otwiera, potem wiszą latami i nikt z nimi nic nie robi. Pamiętajmy, że to bardzo bogaci ludzie, których stać na najlepszych prawników. Karapetian zatrudnił na przykład Roberta Amsterdama [amerykańsko-kanadyjski prawnik międzynarodowy, który specjalizuje się w sprawach o silnym tle politycznym. Reprezentował m.in. Michaiła Chodorkowskiego, Apostolski Kościół Ormiański czy rząd turecki przeciwko ruchowi Fethullaha Gülena – przyp. SB]. Mogą sobie na nich pozwolić. Zwykli ludzie, którzy chcieliby zaistnieć w armeńskiej polityce, nie mają z nimi najmniejszych szans. To nie jest konkurencja. Paszynian jest u władzy, więc ma zasoby i możliwości, by się z nimi mierzyć. Startuje z innej pozycji. Tyle że na koniec dnia i tak się okazuje, że mamy wybór pomiędzy aktualnym rządem a oligarchami.


No dobrze, ale dlaczego na plakatach pozwolono pojawić się Samwelowi Karapetianowi, który w ogóle nawet nie był na liście swojej partii?


Na plakat można wrzucać wszystko – co się chce i kogo się chce. Tak głosi prawo. Numerem jeden Silnej Armenii był jego krewny, Narek. Krótko przed wyborami okazało się, że także nie powinien tam widnieć, bo także ma dodatkowe rosyjskie obywatelstwo. Ukrył to. Zostało to zgłoszone do Centralnej Komisji Wyborczej, ale ta nie zdecydowała się na wyrzucenie Silnej Armenii z wyborów. Myślę, że bali się reakcji Putina. Mogły za tym pójść jakieś niepokoje społeczne czy zamieszki.


Twoim zdaniem Rosja jest zadowolona z wyniku wyborów?


Nie wiem, ale wydaje mi się, że tak. Silna Armenia, jej czarny koń, dostała się do parlamentu, więc można powiedzieć, że wyszła z tego z twarzą. Te ich 40 procent głosów może pozytywnie wpłynąć na nasze wzajemne relacje. Jest szansa, że zaczną się normalizować.


Z jednej strony coraz częściej słyszy się w Armenii, że społeczeństwo zawiodło się na Rosji, że jej nie ufa, a po ostatniej wojnie z Azerbejdżanem i utracie Karabachu przekonało się, że nie może na nią liczyć w kwestii bezpieczeństwa. Z drugiej jednak strony przeczą temu mandaty zdobyte przez jawnie prorosyjską opozycję i generalnie liczba głosów oddanych de facto przeciwko Paszynianowi – także na inne partie, w tym takie, które korespondują z jego programem. Z czego to wynika?


Myślę, że z podejścia do Paszyniana. Wielu ludzi go nie lubi, czasem wręcz nienawidzi. Ma ogromny elektorat negatywny, który zrobi wszystko, byle tylko odsunąć go od władzy. To przede wszystkim ci, dla których Karabach był i jest nadal najważniejszy na świecie, a za jego utratę winią właśnie Paszyniana. Ten argument doskonale wykorzystała Rosja w swojej przedwyborczej dezinformacji. Do tego doszła propaganda, która znalazła swoich wyznawców w Armenii. Na przykład taki fejk, który głosił, że Paszynian planuje sprowadzić na nasz teren 300 tys. Azerbejdżan. To granie strachem, a ludzie chcą w końcu żyć w pokoju.


Kilka dni przed wyborami Reuters podał informację, że Rosja planuje wysłać do Armenii 100 tys. Ormian z armeńskimi paszportami, by oddali głosy przeciwko Paszynianowi. Ile w tym było prawdy?


Nie wiem. Wydaje się jednak, że jeśli nawet był taki plan, to się nie powiódł. Na pewno nie na taką skalę. Zastanawia wprawdzie fakt, że frekwencja podczas tych wyborów była o 10 punktów procentowych wyższa niż na poprzednich w 2021 roku. To dużo, więc można podejrzewać, że ktoś próbował na to wpływać. Nie ma jednak sposobu, by to udowodnić. To, co działo się na pewno, to rozdawanie łapówek. Kilka osób za to zatrzymano, więc być może niedługo z przebiegu śledztwa dowiemy się, jak się odbywało ich wręczanie. Tak naprawdę oba te zjawiska są niepokojące, bo za chwilę Rosja może się bardziej zmobilizować, rozdać więcej pieniędzy i kupić nasze wybory. Wtedy na pewno na fotel premiera wejdzie ich kandydat.


Samwel Karapetian – mówi się o nim, że jest Iwaniszwilim 2.0. Co o tym myślisz?


Obaj są miliarderami z Rosji, którzy w jakimś momencie z niej wyjechali i wrócili do kraju, a potem weszli do polityki. Niemniej Karapetian zdecydowanie bardziej niż Iwaniszwili zależy od Rosji. Ten drugi, zanim wrócił do Gruzji, sprzedał w Rosji swoje aktywa, a w życiu politycznym swojego kraju uczestniczył bardzo długo. Jak wiadomo, na początku popierał i wspierał finansowo Saakaszwilego, a kiedy go obalił i sam przejął władzę, nie zmieniał kursu Gruzji. Nadal trzymał go na Zachód. Teraz, choć jego relacje z Europą są zdecydowanie trudniejsze, nie można powiedzieć, że prowadzi czysto prorosyjską politykę. A Karapetian jest całkowicie pod kontrolą Rosji i bardzo trudno mi sobie wyobrazić, że prowadziłby jakąkolwiek samodzielną politykę, jeśli doszedłby do władzy.


A kto głosował na Paszyniana?


Prowincja. Paszynian w czasie kampanii bardzo dużo jeździł po regionach, rozmawiał z ludźmi, nie unikał ich. Armenia jest mała, więc nie było mu trudno wykonać to zadanie. Ważniejsze od jego obecności było jednak to, że przez osiem lat swoich rządów wiele się tam zmieniło na lepsze. Podniosła się jakość życia tych ludzi. Paszynian postawił na remont albo budowę nowych dróg, doinwestował część przedszkoli i szkół, dał miejsca pracy i przede wszystkim rozprawił się ze skorumpowanym systemem, który w naszym kraju działał w najlepsze. Te zmiany ludzie odczuli na własnej skórze i na własnym portfelu. W przygranicznych regionach od ponad dwóch lat mamy spokój i nikt nie strzela, a to było normą niemal od trzech dekad. To naprawdę wielka zmiana jakościowa. Nie wydaje mi się, że miał potrzebę wykorzystania zasobów administracyjnych. Powtarzał, że jeśli ktoś będzie próbował zmuszać ludzi do oddania głosu na jego partię, to zostanie ukarany. Niemniej, z racji tego, że był u władzy, miał wpływ na prawo. Wprowadził więc podwyżki emerytur i powszechne ubezpieczenie medyczne, co na pewno dodało mu głosów. Poza tym Paszynian miał przez cały czas trwania kampanii nieporównywalnie więcej czasu medialnego niż inni kandydaci, a to też działa. W Erywaniu również zagłosowało na niego więcej osób niż choćby w 2021 roku. Trzeba dodać, że zmieniło się też pokolenie w diasporze. Nowe uważa, że nie powinno mieszać się w wewnętrzne sprawy Armenii, ponieważ w niej nie mieszka. Starsze pokolenie myśli całkowicie inaczej. Uważali nas za prowincjałów, którym wszystko należy wytłumaczyć i pokazać, jak mamy postępować. Wydaje im się, że wiedzą lepiej. A skoro żyją w Nowych Jorkach, Paryżach czy innych Moskwach, to z założenia są mądrzejsi. Taka postawa bardzo drażni ludzi w Armenii.


A nie drażni ich paszynianowska koncepcja Realnej Armenii, która zakłada Armenię skurczoną do 29 tys. km2, pozbawioną nie tylko Karabachu, ale także Araratu, który zresztą już zniknął z pieczątek wbijanych jeszcze niedawno przez straż graniczną do paszportów?


To prawda, wielu ludzi to denerwuje, ale jednocześnie odnoszę wrażenie, że coraz więcej rozumie, że nie mamy innego wyjścia i musimy to przyjąć. To nie jest w mojej ocenie kaprys Paszyniana, a rezultat tego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku lat. On się nauczył na własnych błędach i dlatego zdecydował się zmienić podejście. Nasze poprzednie myślenie doprowadziło do tego, że dziś mamy pozamykane granice z Turcją i Azerbejdżanem, nie mamy Karabachu i nadal podpisanego traktatu pokojowego. Musimy coś zmienić, żeby iść do przodu. Na spotkaniu z diasporą w Szwajcarii powiedział, że wcześniej wszystkie partie w Armenii były powiązane ideologicznie z Dasznakami [Armeńska Federacja Rewolucyjna „Dasznakcutiun”, nacjonalistyczna partia, która ma mocne korzenie w kręgach diaspory, chcą m.in. utrzymania sprawy Karabachu i kwestii powrotu Ormian, międzynarodowego uznania ludobójstwa z 1915 roku i reparacji z tego tytułu – przyp. SB]. Dlatego dziś musimy skoncentrować się na realnej Armenii, na tym, co realnie mamy w naszych blisko 30 tys. km2 ziemi, bo każdy inny wariant doprowadza nas do konfliktu z sąsiadami i opłakanych rezultatów. To się nie wszystkim podoba, ale uważam, że musimy to w końcu zrozumieć i iść tą drogą.


A jak, Twoim zdaniem, do wyników wyborów odnosi się Baku? Jest zadowolone z takiego rozkładu sił?


Dla Azerbejdżanu Paszynian jest najlepszym kandydatem. Przyjmują go jako gwaranta pokoju. Myślę, że gdyby na czele państwa stanął Karapetian czy Koczarian, to Azerbejdżan szybko wróciłby do polityki sprzed 2023 roku, tyle że bez Karabachu po naszej stronie. W tej sytuacji walka by szła o Siunik [południowa prowincja Armenii, przez którą ma przebiegać tzw. korytarz zangezurski, TRIPP, czyli Szlak Trumpa na rzecz Międzynarodowego Pokoju i Dobrobytu, tuż przy granicy z Iranem, który połączy Azerbejdżan z eksklawą Nachiczewan – przyp. SB]. Myślę, że w tym tkwił rosyjski plan. Ten rozkład zadowala Azerbejdżan. Przed wyborami zachowywał się on bardzo ostrożnie, nie prowokował żadnych niepotrzebnych ruchów, by nie obniżyć szans Paszyniana na wygraną.


Ale Paszynian nie zdobył większości konstytucyjnej, a to oznacza, że nie będzie w stanie przeprowadzić referendum w sprawie zmiany konstytucji, której wymaga Azerbejdżan, by podpisać pokój.


To realny kłopot. Być może stanie się tak, że procesy pokojowe będą się nadal toczyć, ale samego pokoju nie da się podpisać. Dla Azerbejdżanu ten punkt jest niezwykle istotny, więc prawdopodobnie się z niego nie wycofa. Mam nadzieję, że da się jednak otworzyć granice i ustanowić relacje dyplomatyczne. Znamy już takie przypadki w historii. Po 1945 roku Japonia i ZSRR także nie podpisały pokoju, ale ruszyły relacje i handel między krajami.


A jak Rosja zapatruje się na TRIPP? Nie wydaje się, by była zadowolona, że nadzór nad jego bezpieczeństwem będzie sprawowała Ameryka. Jakie szanse TRIPP daje Armenii?


Rosji jest bardzo nie na rękę, że USA będzie kontrolować tę trasę. Dla Armenii to jednak wielka szansa na rozwój. Dzięki temu zaczniemy zarabiać na tranzycie. Poza tym to szansa na stworzenie wzajemnych zależności z Azerbejdżanem i możliwość dalszego rozwoju dróg w ramach tego projektu. Dzięki TRIPP-owi Armenia może stać się krajem tranzytowym, a projekt „Skrzyżowanie Świata” zacznie działać. Z Rosją lekko nie będzie, ale na tę chwilę nie chce psuć relacji z Trumpem, więc trzeba to wykorzystać.

Stasia Budzisz – reporterka, tłumaczka języka rosyjskiego i dziennikarka współpracująca z "Przekrojem" i "Krytyką Polityczną". Specjalizuje się w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest autorką książki reporterskiej Pokazucha. Na gruzińskich zasadach.

Inne artykuły Stasi Budzisz

W Europie wybory przedstawiano jako cywilizacyjny wybór Armenii między Rosją a Zachodem. Nie wszystko jest jednak tak proste. Paszynian powtarza, że nie zamierza odwracać się czy oddalać od Rosji. Jak to widzisz? Armenia w ogóle może odciąć się od Rosji?


Nie za bardzo. Zależymy od niej w kwestii energetyki, eksportu, importu, nasza kolej jest ich własnością, no i mamy na terenie kraju 102. bazę wojskową. Dlatego Paszynian robi wszystko, by nie drażnić Rosji i nie chce ani od niej odejść, ani wystąpić z Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Jeśli zaś Rosja zdecyduje się nas wyrzucić, to będzie jej decyzja, nie nasza. Jeśli to zrobi, to zyskamy swobodę działania, a ona zwiąże sobie ręce, bo straci podstawy, by nas karać. Tu działa taka sama zasada jak w przypadku kogoś, kto chce odejść z pracy, ale nie chce sam się z niej zwolnić. Robi więc wszystko, by pracodawca podjął za niego tę decyzję. Armenia próbuje to zrobić z Rosją.


Przeczytaj wywiad z Ilgarem Velizade tutaj