Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 30.08.2026
Zofia Kręc

Bułgarzy nauczyli się żyć obok siebie. Komszułuk pozwala im zachować różnice

Bułgaria przez stulecia była miejscem spotkania różnych religii, języków i wspólnot. Mimo konfliktów, nacjonalizmu i prób narzucania jednej tożsamości przetrwał tam komszułuk – model sąsiedztwa, który pozwala zachować różnice, a jednocześnie żyć razem.
Foto tytułowe
Stary, tradycyjny bułgarski dom w Kompleksie Architekturalno-Etnograficznym Etar (Etara) w pobliżu miasta Gabrowo w Bułgarii.



Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!



Lato 2017 roku. Mój język coraz lepiej radzi sobie z sofijskim standardem, ale wciąż gubi się w spotkaniach z dialektami. Nieplanowany nocleg pod namiotem w Szirokiej Poljanie uświadamia mi, jak wiele jeszcze nie rozumiem. Mieszkańcy wsi witają nas szerokimi uśmiechami, nagrzanymi od słońca pomidorami i tłustymi racuchami. Dzieci zebrane na betonowym placu przed sklepem uczą nas gry w piłkę. Mózg powoli dostraja się do miękkiej, południowo-wschodniej wymowy, ale przy kolejnym słowie brzmiącym zupełnie niesłowiańsko zacina się, wprawiając mnie w całkowitą dezorientację. Widząc moją bezradną minę, z pomocą przychodzi kmet wsi. Upraszcza język do granic możliwości i wyjaśnia:

Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


– Jesteśmy Bułgarami i Turkami. Turkami i Bułgarami.

Uśmiecha się szeroko, z aprobatą kręcąc głową (jak na Bułgara przystało) i zostawia chwilę na pytania. Na większość z nich odpowiedziałam sobie dopiero kilka lat później, już podczas studiów.

Według spisu powszechnego z 2011 roku Sziroka Poljana liczyła zaledwie 321 mieszkańców. Aż 309 z nich zadeklarowało narodowość turecką, dziewięć osób – romską. Wieś nie jest jednak wyjątkiem. Turcy od stuleci stanowią największą mniejszość etniczną w Bułgarii. Według ostatniego spisu powszechnego z 2021 roku kraj liczył około 6,5 miliona mieszkańców. Etniczni Bułgarzy stanowili 84,6 procent osób, Turcy – 8,4, a Romowie – 4,4. Dominujący wśród badaczy pogląd zakłada, że bułgarscy Turcy wywodzą się przede wszystkim od osadników z Anatolii i Azji Mniejszej, którzy przybywali na Bałkany w okresie panowania osmańskiego.

Większość z nich wyznaje islam sunnicki, choć około 28 tysięcy osób zamieszkujących okolice Kubratu, Chaskowa i Tetewenu należy do wspólnot alianów (alewitów), wyznających heterodoksyjną odmianę islamu. Zarówno sunnici, jak i alianie przez stulecia pozostawali pod silnym wpływem lokalnej kultury, dlatego ich religijność ma często charakter ludowy i obyczajowy, odbiegający od kanonicznych wzorców. Znaczna część bułgarskich Turków posługuje się językiem tureckim jako ojczystym. Nie jest to jednak odmiana tożsama ze współczesnym tureckim językiem literackim używanym w Turcji. W wyniku wielowiekowego rozwoju wykształciły się lokalne gwary charakterystyczne dla poszczególnych regionów, między innymi Turków naddunajskich, deliormańskich (łudogorskich) i kyrdżalijskich.

Po historii w Szirokiej Poljanie zaczęła mnie nurtować kwestia możliwości zachowania dobrych relacji między różnymi grupami zamieszkującymi tak mały obszar. Ta myśl wraca do mnie zawsze, gdy jestem w Sofii. Turcy i Romowie nie stanowili i nie stanowią przecież jedynych mniejszości zamieszkujących Bułgarię. Według danych ze spisu powszechnego z 2021 roku do pozostałych grup etnicznych zalicza się 79 006 osób (1,3 procent). Są wśród nich między innymi Rosjanie, Ormianie, Ukraińcy, Anglicy, Karakaczanie (grecka społeczność zamieszkująca głównie góry Pindos w Grecji oraz wschodnią część Starej Płaniny w Bułgarii), Wołosi, Grecy, Żydzi, Macedończycy i Tatarzy. Gdy wysiadam na stacji Serdika w samym centrum miasta, kieruję się ulicą Marii Luizy w stronę Lwiego Mostu. Meczet Bania Baszi jest tuż za moimi plecami – właściwie znajduje się tuż naprzeciwko synagogi wyróżniającej się na tle innych budynków charakterystycznym stylem hiszpańsko-mauretańskim. Obie świątynie oddziela dawna hala targowa, zaprojektowana przez bułgarskiego architekta Nauma Torbowa. Wychylając się lekko w lewo, dostrzegam cerkiew Sweta Nedela. Kilkadziesiąt metrów dalej, za kamienicą z emblematycznym muralem znanej marki lizaków, kryje się wysoka dzwonnica kościoła katolickiego zwieńczona srebrno-czerwonym zegarem.

– W porządku, a gdzie chowacie zmarłych? – pytamy z koleżankami ochroniarza meczetu, przyglądając się temu żywemu pejzażowi i mrużąc oczy od nieznośnego sofijskiego słońca.
– Na Centralnym, choć tam już coraz mniej miejsca. Nasi często żegnają bliskich w Botuncu.

Łapiemy tramwaj z Serdiki i jedziemy na Centralny. Rzucamy okiem na mapę i szybko zdajemy sobie sprawę, że sofijski Cmentarz Centralny jest rodzajem negatywu – symetrycznym odciśnięciem świata żywych po drugiej stronie. Idąc główną aleją, mijamy groby świeckie, prawosławne i katolickie. Skręcamy w lewo i zauważamy mizar, a kilka kroków dalej wyłaniają się macewy. Choć od chodzenia bolą już nogi, cmentarna cisza i cień drzew koją zmęczone upałem oraz ilością nowych informacji głowy. Znów skręcamy w lewo – mijamy kolejno groby ormiańskie, serbskie, greckie i rumuńskie.

Na obrzeżach Botunca, dokąd udajemy się następnego dnia, kilkadziesiąt minut od centrum stolicy, od razu dostrzegamy rzędy białych kamiennych nagrobków (mezar taşı), a tuż obok groby prawosławne. Zza oddzielającego oba cmentarze lichego ogrodzenia z siatki przez wycięty w nim otwór przechodzi do nas lokalny grabarz. Zainteresowany naszą wizytą, wyjaśnia różnice w pochówkach obu kultur, opowiada o ludowych praktykach funeralnych, a także tłumaczy wyjątki od religijnych zasad wynikające z codziennych relacji między wyznawcami obu religii. Pytamy go o pozostawioną na sąsiednim muzułmańskim nagrobku buteleczkę rakii. Odpowiada, że przyniósł ją bliski zmarłego – chrześcijanin, aby wznieść toast ze swoim przyjacielem w zaświatach. Widok prowizorycznej siatki, wyciętego w niej przez odwiedzających przejścia i ta niecodzienna dla mnie sytuacja przypominają mi o pewnym terminie, który często pojawia się na zajęciach i w pracach akademickich poświęconych relacjom międzykulturowym na Bałkanach.

Patrząc na Bułgarię, a szerzej na Bałkany jako region, w którym przez wieki różne grupy etniczne i religijne współistniały w ramach jednego imperium, badacze zastanawiają się, jak możliwe było utrzymanie codziennych relacji między sąsiadami tak różnymi od siebie. Jedną z odpowiedzi jest pojęcie komszułuku – wypracowanego przez mieszkańców regionu mechanizmu sąsiedzkiego współistnienia. Termin ten pochodzi z języka tureckiego i oznacza sąsiedztwo. Choć we współczesnym języku bułgarskim samo pojęcie pojawia się rzadziej, wciąż powszechnie używane jest słowo komszija oznaczające sąsiada. Dawniej komszułuk określał również charakterystyczną dla bałkańskiej przestrzeni furtkę łączącą sąsiedzkie podwórka. Pozostawała ona otwarta – w przeciwieństwie do masywnych, często zamkniętych bram wychodzących na ulicę, typowych dla architektury osmańskiej, jak pisze Magdalena Lubańska w książce Synkretyzm a podziały religijne w bułgarskich Rodopach. Cytowana przez autorkę profesor Cwetana Georgijewa z Centrum Etnologii przy Wydziale Historycznym Uniwersytetu Sofijskiego zauważa, że w regionach mieszanych etnicznie komszułuk był „skomplikowanym i tradycyjnie regulowanym systemem zasad odnoszących się do ciągłych kontaktów osobistych i społecznych ludzi należących do różnych grup etnicznych i religijnych”. Według badaczki reguły te były znane wszystkim członkom wspólnoty, a ich celem było pokojowe współżycie przy jednoczesnym zachowaniu własnej tożsamości i odrębności. Mechanizm ten był szczególnie istotny na obszarach, gdzie przez stulecia spotykały się wspólnoty muzułmańskie i chrześcijańskie. Jego codzienny wyraz stanowiły wzajemne odwiedziny podczas ważnych momentów życia – narodzin, ślubów, uroczystości rodzinnych czy śmierci bliskich. Była to także wymiana jedzenia, drobnych prezentów oraz wzajemna pomoc. Relacje te rozwijały się przede wszystkim w przestrzeni domowej, niekoniecznie w obrębie świątyń. Zdarzało się jednak, że sąsiedzkie więzi przekraczały granice religijnych zasad. Przykładem może być sytuacja, którą zobaczyłam w Botuncu – buteleczka rakii pozostawiona na muzułmańskim nagrobku przez chrześcijańskiego przyjaciela zmarłego. Gest ten nie był próbą przekroczenia czy zanegowania różnic religijnych, ale wyrazem osobistej więzi silniejszej niż podziały wyznaniowe. Symboliczna furtka komszułuku oznaczała więc nie tyle brak różnic, ile zgodę na ich istnienie. Stanowiła znak, że sąsiad, mimo innej wiary czy pochodzenia pozostaje częścią codziennego świata i jest osobą akceptowaną.

Nie chciałabym jednak romantyzować obrazu Bułgarii ani Bałkanów jako regionu harmonijnej wielokulturowości. Historia pokazuje, że komszułuk to mechanizm kruchy i podatny na rozpad, szczególnie wtedy, gdy pojawiają się silne naciski polityczne, nacjonalistyczne narracje i próby narzucania jednej dominującej tożsamości. Przykładem destabilizacji tych relacji w XX wieku był „proces odrodzeniowy” (възродителен процес) – kampania przymusowej zmiany imion i nazwisk Pomaków (grupa muzułmańskich Słowian posługująca się dialektem języka bułgarskiego; zamieszkują Bułgarię, północno-zachodnią Turcję oraz północno-wschodnią Grecję), Romów oraz Turków w Bułgarii prowadzona przez władze komunistyczne w latach 1984–1989. Działaniami mającymi na celu zatarcie etnicznej i religijnej identyfikacji objęto około 850 tysięcy osób, czyli około 10 procent ówczesnej ludności kraju. Magdalena Lubańska, profesor Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego, zauważa jednak, że mimo traumatycznych wydarzeń historycznych i okresów zachwiania dobrosąsiedzkich relacji praktyki komszułuku wielokrotnie się odradzały. Okazuje się więc, że sąsiedztwo nie jest stanem raz ustanowionym – wymaga codziennego podtrzymywania.

Choć mogłoby się wydawać, że komszułuk dotyczy przede wszystkim mniejszych przestrzeni, zwłaszcza wiejskich, gdzie wymiana jedzenia czy wzajemna pomoc nabierają szczególnego znaczenia w trudniejszych chwilach życia wspólnoty, praktyki dobrosąsiedzkie między różnymi grupami etnicznymi i religijnymi były widoczne również w miastach. Pejzaż takiego miasta, w którym poszczególne wspólnoty zamieszkiwały odrębne dzielnice, a jednocześnie wypracowywały codzienne relacje sąsiedzkie, odnaleźć można między innymi w literaturze. Płowdiw przedstawiony w książkach Dimitré Dineva (wciąż niestety nieprzetłumaczonych na język polski) czy Angela Wagensteina jest właśnie takim miastem. Płowdiw przez wieki słynął ze swojego wielokulturowego charakteru. Zamieszkiwali go Żydzi (Romanioci, Sefardyjczycy i Aszkenazyjczycy), Ormianie, Turcy, Romowie oraz Albańczycy. Niegdyś tętniące gwarem miasto było jednym z najważniejszych ośrodków handlowych Imperium Osmańskiego. Dziś, mimo przemian, jakie przyniósł XX wiek, pozostaje miejscem etnicznie zróżnicowanym, a o jego wielokulturowej historii oprócz literatury opowiada przede wszystkim architektura.

Podobnie jak inne miasta regionu, Płowdiw był podzielony na mahałe – dzielnice zamieszkiwane przez społeczności określonego pochodzenia lub wyznania. Choć w miejskiej przestrzeni nie znajdziemy już symbolicznej furtki między sąsiednimi podwórkami, lubię myśleć o dawnych miejscach wspólnych jako o jej odpowiedniku. Taką funkcję pełniły między innymi czarszije – dzielnice, ulice i place o charakterze handlowo-rzemieślniczym, gdzie ludzie różnych wyznań i etnosów spotykali się nie tylko po to, by kupować i sprzedawać, ale także by rozmawiać, wymieniać informacje i po prostu być razem. Mężczyźni spotykali się dodatkowo w kawiarniach i karczmach. Jedną ze społeczności, które zajmowały się handlem i prowadziły swoje sklepy w płowdiwskich czarszijach, byli Ormianie. Według źródeł społeczność ormiańska zaczęła osiedlać się w Płowdiwie już około V wieku, kiedy do miasta przybyła duża grupa Ormian z Bizancjum. Kolejna znacząca fala migracji dotarła do Bułgarii po ludobójstwie Ormian, gdy uchodźcy przekraczali terytorium Turcji. Wielu z nich osiedliło się wówczas w rzemieślniczej dzielnicy Kapana oraz na Trójwzgórzu. To właśnie na placu Marukjan w Kapanie znajdował się sklep żelazny należący do rodziny Marukjan. Wiadomo, że rodzina ta osiedliła się tutaj w 1925 roku, przybywając z Adrianopola, i założyła własny biznes. W okresie komunizmu sklep został znacjonalizowany, jednak w latach 90. zwrócono go spadkobiercom i ponownie funkcjonował zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem. Dziś w modernistycznym budynku działa bar, który zachował wygląd i atmosferę miejsca, a także dawną nazwę – Железария

. Innym ważnym śladem obecności Ormian w Płowdiwie jest położony w centrum miasta błękitny Dom Hindlijana. Należał on do zamożnego kupca Stepana Manuka, znanego szerzej jako Stepan Hindlijan. Tureccy mieszkańcy nazywali go również Hindioğlu (syn Indii), ponieważ liczne interesy handlowe prowadziły go aż do Indii. Dom został wybudowany w latach 1835–1840, a samo wykonanie malowideł we wnętrzach zajęło sześć miesięcy. Obecnie jest doskonale odrestaurowany i udostępniony zwiedzającym. Dziś społeczność ormiańska w Bułgarii liczy około 5300 osób. Mieszkańcy Płowdiwu podkreślają jednak, że to właśnie tutejsza wspólnota należy do najbardziej aktywnych i najlepiej zorganizowanych w kraju.

Oczywiście w płowdiwskim krajobrazie odnajdziemy także ślady innych społeczności: meczet Dżumaja, synagogę Syjon czy Orta Mezar – łaźnię turecką z XV wieku, przez mieszkańców miasta nazywaną potocznie „żydowską”. Nazwa ta wiąże się z faktem, że z czasem w okolicy osiedlili się żydowscy uchodźcy, choć sama łaźnia istniała tam już wcześniej. Niestety budynek nie zachował się w całości – po pożarze w 2016 roku wciąż czeka na remont.

A jak dzisiaj wygląda praktyka dobrosąsiedztwa? Choć na bułgarskich wsiach wciąż można dostrzec furtki łączące sąsiednie podwórka, w większych ośrodkach budowaniem i podtrzymywaniem więzi zajmują się organizacje społeczne. Jedną z nich jest działający od 2011 roku kolektyw Multi Kulti, który wspiera integrację migrantów i uchodźców w Bułgarii, monitoruje politykę integracyjną oraz przeciwdziała dyskryminacji, rasizmowi i mowie nienawiści. Organizacja prowadzi kampanie społeczne, szkolenia i badania, a także regularnie organizuje wydarzenia integrujące lokalne społeczności. Jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych projektów jest ogólnokrajowa kampania „Мигранти с таланти” („Migranci z talentami”), promująca pozytywny wizerunek migrantów i uchodźców. Zamiast sprowadzać ich do kryzysów i statystyk, kampania przedstawia migrantów jako współtwórców współczesnej Bułgarii – kucharzy, artystów, sportowców i przedsiębiorców. Uczestnicy biorą udział w festiwalach, spotkaniach, prowadzą warsztaty i występują w mediach, opowiadając własne historie własnym głosem.

Nasz nocleg tego pamiętnego 2017 roku należał do kategorii nietypowych. Właściwa część – ta polegająca rzeczywiście na spaniu – rozpoczęła się dopiero o świcie. Całą noc spędziliśmy na wspólnym smakowaniu lokalnych potraw i trunków z mieszkańcami, rozmowach (z naszej strony ograniczonych do prostych zdań i komunikatów, które jednak wywoływały u rozmówców ogromny entuzjazm) oraz tańcach przy bułgarskim MTV nadawanym z telewizora przyniesionego na podwórko. Nad ranem do mojego namiotu zajrzała żona kmeta. Na wpół przebudzona odebrałam od niej kolejny talerz pełen pysznych, tłustych racuchów – dziś już wiem, że były to mekici – z białym słonym serem i soczystymi pomidorami.
Zofia Kręc – slawistka, specjalizująca się w języku i kulturze bułgarskiej. Współtworzy nieregularnik slawistyczny Smokiniata oraz zajmuje się przekładem literatury z języka bułgarskiego. Współpracowała m.in. z bułgarskim dramaturgiem Christem Bojczewem oraz fotografem Konradem Koźmińskim. Obecnie uczestniczy w projekcie CELA (Connecting Emerging Literary Artists), wspierającym rozwój nowego pokolenia twórców i tłumaczy literatury z 11 krajów Europy.

W chwilach niepokoju i niestabilności, gdy osoby mające wpływ na kształt naszego świata rozdrapują stare rany, podburzają i próbują nastawić nas przeciwko sobie, lubię wracać myślami do tamtego wieczoru. Wracam do notatek ze studiów, do zajęć o komszułuku, czytam o jego przykładach, przypominam sobie lokalne realizacje i szukam nowych. Czasem zdarza mi się go romantyzować. Mimo to wybieram tę perspektywę zamiast języka nieufności i wzajemnej wrogości. Bo czy nie jest dobrze (dobrze) razem żyć?