Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 13.09.2026
Ihar Melnikau

Przeżyła niemiecką niewolę i wróciła do ZSRR. W ojczyźnie czekał na nią kolejny koszmar

Nina Afanasowa przeżyła niemiecką niewolę, emigrację i wojnę domową, by po latach dobrowolnie wrócić do Związku Sowieckiego. W ojczyźnie, za którą tęskniła, została oskarżona o szpiegostwo, skazana na śmierć i wysłana do łagru. Jej historia pokazuje mechanizmy sowieckiego terroru, które – jak przekonuje autor – w zmienionej formie przetrwały również we współczesnej Białorusi.
Foto tytułowe
Rosyjskie natarcie pod Naroczą 1916 r. (Archiwum Autora)



Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!


Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite

W 2023 roku napisałem i wydałem książkę Upadek imperium. Historia bitwy pod Baranowiczami w 1916 roku, poświęconą analizie jednego z najbardziej bohaterskich, ale zarazem niezwykle krwawych epizodów I wojny światowej na ziemiach białoruskich. Podczas pracy nad książką przeanalizowałem ogromną liczbę materiałów archiwalnych. Udało mi się również odnaleźć i nabyć wiele interesujących fotografii, artefaktów oraz dokumentów związanych z wydarzeniami Wielkiej Wojny.

Wśród nich znalazła się fotografia kobiety w mundurze armii rosyjskiej, która dostała się do niewoli niemieckiej podczas bitwy nad Naroczą wiosną 1916 roku. Z pewnością nie była żołnierzem kobiecego batalionu, który powstał dopiero rok później. Na pocztówce widniał napis: „Rosyjski jeniec wojenny, Stachowce, kwiecień 1916 roku”. Zacząłem badać historię kobiety ze zdjęcia, ale nie zdążyłem odpowiedzieć na pytanie, kim była. Zostałem aresztowany, a przez dwa kolejne lata przeszedłem przez cztery białoruskie więzienia i kolonię karną.


Tajemniczy jeniec


Okazało się, że w pewnym sensie uwięziony został również egzemplarz mojej książki. Wszystkie moje publikacje zostały skonfiskowane podczas aresztowania. Później nieznani mi „eksperci” szukali w nich treści uznanych za wywrotowe. Oczywiście niczego takiego nie znaleźli, choć pozostawili w książkach liczne ślady swojej pracy. Szczególnie dużo było ich właśnie w publikacji poświęconej I wojnie światowej.

Nie zważając na to, że była to moja prywatna własność, jeden z „ekspertów” wyjątkowo gorliwie podkreślał i wykreślał słowa, a na niektórych stronach zostawiał własne komentarze. Przy cytacie jednego z oficerów armii carskiej, uczestnika bitwy pod Baranowiczami, dopisał: „biały emigrant”. To właśnie ta adnotacja anonimowego „eksperta”, który w moich pracach szukał dowodów na to, że jestem „wrogiem ludu”, podsunęła mi pewną myśl. Skoro już mowa o białej emigracji, dlaczego rzeczywiście nie poszukać tajemniczej kobiety ze zdjęcia właśnie wśród rosyjskich emigrantów, którzy po wojnie domowej ratowali się przed bolszewickim terrorem w Europie?

Później przyszedł czas na analizę wspomnień rosyjskich oficerów, kwerendę w prasie emigracyjnej oraz badania archiwalne. Dzięki temu udało mi się ustalić, że tajemniczą kobietą w mundurze Armii Imperium Rosyjskiego była szlachcianka urodzona w Petersburgu, Nina Afanasowa (z domu Kołubiakina). Jej historia jest niezwykłym odzwierciedleniem tragedii stalinowskich represji lat 30.–50. XX wieku i stanowi gotowy scenariusz hollywoodzkiego filmu. Co więcej, pod wieloma względami los tej kobiety przypomina mój. Tak jak ona zdecydowałem się wrócić do ojczyzny, do domu, i podobnie jak ona zapłaciłem za tę decyzję wysoką cenę. Ale po kolei.

Nina Afanasowa urodziła się w grudniu 1892 roku w Petersburgu, w rodzinie szlacheckiej Kołubiakinów. Jej ojciec, Aleksandr Kołubiakin, był dziedzicznym szlachcicem. Ukończył Konstantynowską Szkołę Wojskową i został przydzielony do Lejb-Gwardyjskiego Pułku Izmajłowskiego w stopniu podporucznika. W 1897 roku został członkiem Zarządu Ziemskiego Guberni Nowogrodzkiej. W lutym 1906 roku władze oskarżyły go o sprzedaż literatury rewolucyjnej i wszczęły przeciwko niemu postępowanie karne za przemówienie wygłoszone podczas wiecu w Saratowie w 1906 roku i wymierzone w premiera Piotra Stołypinowa. Kołubiakin był aktywnym działaczem ruchu masońskiego – należał do grona założycieli loży Gwiazda Polarna w Petersburgu, później działał również w innych organizacjach masońskich. Jeszcze w trakcie prowadzonego przeciwko niemu śledztwa został wybrany posłem do III Dumy Państwowej. Ostatecznie jednak w 1908 roku został aresztowany i skazany na sześć miesięcy więzienia za to samo przemówienie wygłoszone w Saratowie. Karę odbywał w osławionym więzieniu Kriesty.

Nina rozpoczęła naukę w gimnazjum w 1902 roku, później wraz z rodzicami przeniosła się do Nowogrodu. W 1909 roku studiowała na Kursach Wyższych Żeńskich im. Bestużewa. Po wybuchu I wojny światowej rozpoczęła naukę na kursach sióstr miłosierdzia przy Instytucie Medycznym. Jako osoba uznana przez władze za politycznie niepewną, jej ojciec nie powinien był w ogóle trafić do armii. Aleksandr Kołubiakin zwrócił się jednak z prośbą do cara, który wyraził zgodę na jego służbę. Od listopada 1914 roku służył w 11. Syberyjskim Pułku Strzelców w stopniu sztabskapitana. W styczniu 1915 roku, podczas walk pod Wolą Szydłowską koło Żyrardowa, poprowadził kompanię do ataku na Niemców i wyparł wroga z zajmowanych pozycji. Później objął dowództwo batalionu i został ciężko ranny w rękę. Nie opuścił jednak pola walki, nadal kierując obroną. Podczas kolejnego natarcia zginął od ognia niemieckiego karabinu maszynowego.


Tragedia niemieckiej niewoli


Nina udała się pod Warszawę, gdzie odnalazła ciało ojca. Przewiozła je do guberni twerskiej i tam pochowała. Po pogrzebie wróciła na front, a wiosną 1916 roku znalazła się na ziemiach białoruskich, w rejonie jeziora Narocz. W marcu 1916 roku rozpoczęła się tam wielka ofensywa armii rosyjskiej, która zmusiła Niemców do przerwania natarcia pod Verdun i w praktyce przyczyniła się do ocalenia Paryża. Rosjanie zapłacili jednak za ten sukces bardzo wysoką cenę. Tysiące żołnierzy carskich na zawsze spoczęły w ziemi naroczańskiej. W kwietniu 1916 roku walki nad Naroczą nadal trwały. Podczas jednego z bojów Nina dostała się do niewoli niemieckiej. Tak po latach wspominała te wydarzenia:

Na początku kwietnia 1916 roku rozpoczęła się na naszym odcinku frontu ofensywa. Walki trwały dwa dni, lecz natarcie załamało się. Straty były ogromne, a żadnego postępu nie osiągnięto. W naszym punkcie opatrunkowym panował nieustanny ruch. Ranni napływali pieszo i na noszach. Przed nami rozciągało się przerażające pole bitwy. Przestrzeń pomiędzy naszymi a niemieckimi okopami była usłana ciałami poległych. Leżeli w najróżniejszych pozach, zalani krwią, straszliwie okaleczeni, niekiedy rozerwani na pół. Pomiędzy nimi widniały głębokie leje po pociskach. To właśnie do tych lejów znosiliśmy ciała i szybko przysypywaliśmy je ziemią.

Nad ranem obudził mnie sanitariusz Niedzielski: „Proszę wstawać! Słyszy pani ten ostrzał? Chyba Niemcy ruszą do ataku”. Trwała potężna artyleryjska nawała. Wkrótce działa ucichły, a ich miejsce zajęły serie karabinów maszynowych i ogień karabinowy. Do punktu opatrunkowego zaczęli napływać kolejni ranni. Nagle do środka wbiegł śmiertelnie blady sanitariusz i krzyknął do lekarza: „Wasza Wysokobłagorodność, Niemcy już tu są!”. „Nie wpadajcie w panikę, przecież pracujemy” – odpowiedział lekarz. Sanitariusz zdołał jeszcze uciec. Kilka minut później do punktu opatrunkowego wtargnął niemiecki oficer. Tak dostaliśmy się do niewoli. Wciąż żywiliśmy nadzieję, że nasi przejdą do kontrataku, lecz wieczorem walki ucichły. Było nas sześcioro: lekarz, trzech sanitariuszy, sanitariusz Niedzielski i ja. Niemieckie pozycje wyraźnie różniły się od naszych – wszystko było wykonane solidniej, panował większy porządek, zasieki z drutu kolczastego były mocniejsze, a schrony, zbudowane z kilku warstw bali, znacznie lepiej zabezpieczone.


To właśnie wtedy Niemcy zrobili zdjęcie, które wiele lat później pozostało jedyną pamiątką po rosyjskiej żołnierce wziętej do niewoli pod Naroczą. Niedługo później Ninę skierowano do szpitala dla jeńców wojennych w Kownie. Wspólnie z innymi rosyjskimi więźniami próbowała przedostać się z powrotem do swoich oddziałów, jednak ucieczka zakończyła się niepowodzeniem. Po schwytaniu została przewieziona do obozu dla rosyjskich jeńców w Prusach Wschodnich, następnie do obozu w Bytowie na Pomorzu, a ostatecznie do obozu karnego w Havelbergu pod Brandenburgią.

Warunki panujące w Havelbergu były wyjątkowo ciężkie. Wielu rosyjskich jeńców zmarło tam z głodu i chorób. „Obok obozu znajdował się ogromny cmentarz jeńców, którzy zmarli podczas epidemii tyfusu plamistego. Niemcy prowadzili na nich badania, niczym na królikach doświadczalnych, analizując rolę wszy w rozprzestrzenianiu się tej choroby. Wyniki tych eksperymentów opublikowano później w czasopismach medycznych” – wspominała po latach Nina. W październiku 1916 roku, dzięki pośrednictwu Czerwonego Krzyża, Kołubiakina została zwolniona z niewoli i odesłana do Rosji. Wraz z grupą rosyjskich jeńców-inwalidów została wymieniona na niemieckich żołnierzy znajdujących się w rosyjskiej niewoli.
Nina Afanasowa pod Naroczą, 1916 r. (Archiwum Autora)


W batalionie Boczkariowej i w „białej gwardii”


Po powrocie z niewoli Ninę zapraszano na liczne spotkania i odczyty, podczas których opowiadała o swoich doświadczeniach z niemieckiej niewoli. Opublikowała szereg artykułów temu poświęconych. Wkrótce jednak ponownie wyjechała na front rosyjsko-niemiecki na ziemiach białoruskich. Po rewolucji lutowej 1917 roku rozpoczęła służbę w Kobiecym Batalionie Śmierci dowodzonym przez Mariję Boczkariową, jednak nie zdążyła wziąć udziału w działaniach bojowych w jego szeregach.

W 1918 roku w Piotrogrodzie wstąpiła do bojowej komórki prawicowych eserowców, przygotowujących się do walki z bolszewikami. To właśnie z tej organizacji wywodzili się późniejsi uczestnicy zamachu na Włodzimierza Lenina. Sama Kołubiakina przechowywała w swoim mieszkaniu angielskie i francuskie granaty oraz rewolwery. Następnie wyjechała do Rostowa nad Donem i przyłączyła się do ruchu „białych”. W czasie wojny domowej w Rosji pracowała najpierw jako pielęgniarka, a później jako lekarka w szpitalu wojskowym Armii Ochotniczej. Po klęsce „białego ruchu” i zwycięstwie bolszewików zmuszona była opuścić Rosję i udać się na emigrację.


Poszukiwanie własnego miejsca we Francji


Najpierw trafiła do Konstantynopola, a następnie do Bułgarii. Tam otrzymała paszport nansenowski, z którym w 1923 roku wyjechała do Francji. Przez długi czas bezskutecznie szukała pracy i próbowała kontynuować naukę. Ostatecznie znalazła zatrudnienie w jednym z francuskich szpitali. W tym okresie dużo podróżowała po Francji, odwiedziła także Wielką Brytanię. Tęskniła za domem, za Rosją, która była już zupełnie innym krajem – czerwonym, bolszewickim. „Zaczęłam czytać «L’Humanité», organ francuskich komunistów, a także czasopisma «Vu» i «SSSR na budowie». Życie w Ojczyźnie wydawało się pełne energii i piękne, a praca tam – niezwykle interesująca. Coraz bardziej ciągnęło nas do kraju, coraz częściej zrywały się ostatnie więzi łączące nas z emigracją” – wspominała Nina. W tym czasie wyszła za mąż za rosyjskiego emigranta Mikołaja Afanasowa. W 1930 roku oboje złożyli wniosek do konsulatu Związku Sowieckiego o przyznanie obywatelstwa radzieckiego.

Złożyliśmy podanie skierowane do Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego ZSRR. Trzeba było napisać szczegółową autobiografię. Opisałam w niej wszystko, z wyjątkiem jednego, najbardziej dramatycznego epizodu – mojego dwutygodniowego udziału w bojowej komórce prawicowych eserowców, z której wywodzili się uczestnicy zamachu na Włodzimierza Lenina. Tak poradził mi Mikołaj. Był to bez wątpienia straszny błąd. W przyszłości przyniósł mi wiele tragicznych chwil.
W tym samym czasie zainteresowała się nią francuska policja, która obserwowała nastroje w środowisku rosyjskiej emigracji. Po zabójstwie prezydenta Francji Paula Doumera w 1932 roku dokonanym przez rosyjskiego emigranta, Kozaka Pawła Gorgułowa, stosunek władz francuskich do rosyjskich uchodźców wyraźnie się pogorszył. Odczuła to również Nina. Warto dodać, że jej mąż nie tylko sympatyzował z bolszewikami, lecz także współpracował z radzieckim wywiadem.

W 1934 roku Nina otrzymała wreszcie radzieckie dokumenty oraz zgodę na powrót do ZSRR. W grudniu tego samego roku wyruszyła do Leningradu.

Z trudem zachowuję spokój. Obejmuję Mikołaja. Pociąg rusza. Żegnaj, Francjo! Chwilę później siedzę już sama w przedziale, wśród obcych ludzi. Pociąg wiezie mnie coraz dalej od przyjaciół. W sercu czuję niepokój, smutek nie ustępuje. Miałam wtedy 42 lata. Przez Berlin jedziemy długo. Pociąg zatrzymuje się kilka razy w różnych częściach miasta, ale tylko na dwie-trzy minuty, nie ma więc możliwości wyjść i zobaczyć stolicy Niemiec. Przypominam sobie, jak w 1916 roku przejeżdżałam przez Berlin na platformie wagonu pod eskortą niemieckich bagnetów. Po raz ostatni słyszę znienawidzone „Heil Hitler!”. Do wagonu wchodzą polscy pogranicznicy. Rozlega się po polsku: „Dzień dobry!”. Rano przyjeżdżamy do Warszawy. Za Białymstokiem za oknem przesuwają się już ośnieżone pola, mróz trzaska, a siedzący naprzeciw mnie Polak mówi: „Polska Syberia”. Wieczorem dojeżdżamy do granicy. Polak wysiada, a do przedziału wchodzi młody, wyprostowany radziecki pogranicznik w budionnówce: „Dzień dobry, obywatele! Dokumenty do kontroli”. I oto jestem w Ojczyźnie. W Niehorełem znajdował się duży dworzec graniczny. Z jednej strony dochodziły tory, którymi przyjeżdżały pociągi z Zachodu, z drugiej zaczynał się szeroki rosyjski rozstaw szyn dla naszych pociągów. Wieczorem siedziałam już w radzieckim wagonie



Aresztowanie


W Leningradzie Ninę powitała matka i pozostali krewni. Radość z powrotu szybko jednak ustąpiła miejsca niepokojowi.
Jak długo marzyłam o powrocie do Ojczyzny, ale czy byłam wtedy szczęśliwa? Nie. Serce ściskał ból. Już następnego dnia rozpoczęła się moja droga przez mękę. Trzeba było otrzymać paszport, uzyskać meldunek w Leningradzie i znaleźć pracę. Przyjechałam do Związku Sowieckiego w mrocznych czasach rodzącego się kultu jednostki. 1 grudnia zamordowano w Smolnym Siergieja Kirowa. W całym kraju ogłoszono hasło wzmożonej czujności i rozpoczęła się fala aresztowań. Wielu ludzi odnosiło się do mnie z nieufnością


Afanasowa zaczęła szukać pracy, jednak okazało się, że zagraniczny dyplom nie uprawnia jej do wykonywania zawodu w radzieckich placówkach medycznych. Musiała ponownie zdać egzaminy państwowe w Instytucie Medycznym. Po ich ukończeniu udało jej się ułożyć życie i podjąć pracę jako chirurg ginekolog w jednym z leningradzkich szpitali.

Nadzieje na spokojne życie przekreślił rok 1937.

W Leningradzie trwała już fala aresztowań, lecz nadal wierzyłam, że bez powodu nikogo nie zatrzymają. Często spierałam się o to z ludźmi z mojego otoczenia. Kilka dni później do naszego instytutu przyjechało dwóch mężczyzn, rzekomo z miejskiego wydziału ochrony zdrowia. Przeszli przez wszystkie oddziały, a następnie wezwali do gabinetu dyrektora mnie i doktor Polisadową. Wchodziłyśmy pojedynczo. Za biurkiem siedzieli pracownicy wydziału zdrowia. Jednego z nich zupełnie nie pamiętam, natomiast drugi okazał się śledczym NKWD, który później prowadził moją sprawę.


Wkrótce potem Afanasową zmuszono do odejścia z Instytutu. Próbowała znaleźć zatrudnienie w mniejszych miejscowościach, jednak nigdzie nie mogła pracować dłużej. „Kiedy tylko «czarny woron» wywoził kogoś do więzienia, serce ściskał mi ból. Nie sposób już było wierzyć, że aresztowani są wyłącznie wrogowie ludu. Od tamtej chwili nie opuszczało mnie przytłaczające przeczucie zbliżającego się nieszczęścia” – wspominała Afanasowa.

Mogę w pełni potwierdzić słowa Afanasowej na podstawie własnych doświadczeń. Po powrocie na Białoruś w 2023 roku uczucie radości bardzo szybko ustąpiło u mnie miejsca niepokojowi i przekonaniu, że wokół mnie dzieje się coś złego. Zarówno wtedy, jak i dziś system działał według tych samych mechanizmów…

Na początku kwietnia 1937 roku NKWD aresztowało brata Niny, Michaiła, który pracował jako główny księgowy Państwowego Banku w Ustiużnej. Oskarżono go później o działalność kontrrewolucyjną oraz „wrogie pochodzenie społeczne”. W październiku 1938 roku został rozstrzelany.

Wkrótce przyszli również po Ninę.

Sierżant milicji wręczył mi nakaz rewizji i aresztowania. „Czy wszystko jasne?” – zapytał surowo. Odpowiedziałam, że przeczytałam nakaz, ale nie rozumiem, o co jestem oskarżona. Rozpoczęła się rewizja. Zabrano całą moją korespondencję, francuską gazetę L’Humanité oraz anglojęzyczną gazetę wydawaną w Moskwie, którą od czasu do czasu kupowałam, aby ćwiczyć język angielski. Milicjant wezwał samochód i zaczęłam się zbierać. Wyjechałam przekonana, że wszystko szybko się wyjaśni i prędko wrócę do domu. Było mi przykro i bolało mnie, że uznano mnie za wroga



Śledztwo i proces


Początkowo kobietę osadzono w Domu Aresztu Śledczego (mnie zresztą również po zatrzymaniu przewieziono najpierw do Izolatora Tymczasowego Pobytu przy ulicy Okreścina w Mińsku). Wkrótce rozpoczęły się przesłuchania. Na początku śledczy oskarżali Ninę o to, że jej ojciec był białogwardzistą. Gdy jednak Afanasowa zwróciła uwagę, że zginął w 1915 roku, a więc jeszcze przed wybuchem wojny domowej w Rosji, charakter przesłuchań natychmiast się zmienił. Od tej chwili śledczy domagał się, aby przyznała się do własnej działalności kontrrewolucyjnej.

Kiedy czytam wspomnienia ofiar stalinowskich represji, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że metody służb bezpieczeństwa niewiele się zmieniły. Coraz częściej przychodzi mi do głowy myśl, że współcześni śledczy korzystają z tych samych schematów i metod, co ich poprzednicy z lat 30. W 1937 roku próbowano zmusić rosyjską emigrantkę z Paryża do przyznania się do działalności kontrrewolucyjnej, natomiast w XXI wieku białoruskiego historyka usiłuje się skłonić do przyznania, że współpracował z zagranicznym wywiadem lub finansował działalność antypaństwową. Jak widać, mechanizmy pozostały niemal identyczne, choć od czasów bolszewickiego terroru minęło już prawie sto lat.

Kiedy w dniu aresztowania weszłam do celi, współwięźniarki natychmiast otoczyły mnie i zaczęły wypytywać o powód zatrzymania. Gdy dowiedziały się, że mieszkałam za granicą, wszystkie zgodnie stwierdziły: „To znaczy, że będziecie szpiegiem”. W celi znajdowali się bardzo różni ludzie – osiemnasto- i dziewiętnastoletnie studentki oraz starsze kobiety, lekarki, inżynierowie, nauczyciele, działacze partyjni i urzędnicy państwowi, kandydaci nauk oraz osoby słabo wykształcone. Byli tam zagorzali bolszewicy i ludzie, którzy wewnętrznie od dawna odrzucili system. Wydawało się tylko, że nie było prawdziwych wrogów.
Podczas śledztwa Ninie zakazano prowadzenia korespondencji. W czasie przesłuchań śledczy usiłował wymusić na niej przyznanie się do współpracy z zagranicznym wywiadem.

„Proszę powiedzieć, kto panią tu przysłał i z jakim zadaniem pani przyjechała”. Odpowiadałam, że wróciłam z własnej woli. Nikt mnie nie wysłał i nie otrzymałam żadnego zadania. Przyjechałam do Ojczyzny, aby pracować jako lekarka i odkupić błędy przeszłości. „Niech pani przestanie opowiadać bajki. Kto pani uwierzy? Była szlachcianka, służyła u białych, uciekła za granicę. Lepiej się przyznać, bo będzie znacznie gorzej” – odpowiadał śledczy, podnosząc głos. Nazywano mnie polityczną prostytutką, oskarżano o współpracę z wieloma zagranicznymi wywiadami oraz emigracyjnymi organizacjami kontrrewolucyjnymi. A gdzieś obok toczyło się zwyczajne, radosne, spokojne życie i właśnie to bolało najbardziej
W tym miejscu również mogę potwierdzić słowa Afanasowej na podstawie własnych doświadczeń. Gdy po ogłoszeniu wyroku wieziono mnie więźniarką z sądu, przez niewielkie okienko widziałem ulice Mińska. Był początek września, panował upał, a miasto tętniło życiem. Ludzie spacerowali, śmiali się, cieszyli ostatnimi dniami lata. Ja natomiast jechałem do dusznej, cuchnącej celi. Świadomość tego sprawiała, że było jeszcze trudniej…
Nina Afanasowa w Paryżu 1931 r. (Archiwum Autora)

Podczas śledztwa Nina spędziła wiele długich miesięcy w więzieniu, gdzie poznała ludzi o bardzo różnych życiorysach. Szczególnie zapamiętała młodą kobietę, Tamarę Gromczenko, urodzoną w Harbinie na Dalekim Wschodzie. Tamara była członkinią Komsomołu i po zajęciu Mandżurii przez Japonię została aresztowana. Japońskie władze oskarżyły ją o szpiegostwo na rzecz Związku Sowieckiego. Była więziona w obozie koncentracyjnym i poddawana torturom. Następnie niespodziewanie odesłano ją do ZSRR, gdzie została ponownie aresztowana – tym razem przez radzieckie organy bezpieczeństwa, które oskarżyły ją o współpracę z wywiadem japońskim. W rezultacie Gromczenko skazano na 10 lat łagrów.

W styczniu 1939 roku odbył się proces Niny Afanasowej. Sądziła ją Trójka NKWD. Podczas rozprawy Nina przyznała, że w 1918 roku należała do bojowej grupy eserowców, stanowczo odrzuciła jednak absurdalne oskarżenia o współpracę z bułgarskim wywiadem. Ostatecznie została uznana za winną szpiegostwa na rzecz Bułgarii i skazana na karę śmierci. Przez następne 108 dni przebywała w celi śmierci więzienia Kriesty – tego samego, w którym 30 lat wcześniej odbywał karę jej ojciec. Afanasowa złożyła apelację. W rezultacie wyrok śmierci zamieniono na 15 lat łagrów, 5 lat pozbawienia praw obywatelskich oraz konfiskatę mienia.

Interesującą różnicą w porównaniu ze współczesnością jest to, że aż do chwili wydania wyroku Afanasowa przebywała wyłącznie z więźniarkami politycznymi. Z pierwszymi więźniarkami kryminalnymi zetknęła się dopiero po przeniesieniu do kobiecego więzienia przy ulicy Arsenalnej w Leningradzie. Warto dodać jeszcze jeden szczegół. Matka Afanasowej bezskutecznie poszukiwała córki w kolejnych więzieniach, gdy dowiedziała się, że po zamianie wyroku została wyprowadzona z Kriestów. „Matkę zapytano: «Kogo pani szuka?». Odpowiedziała: «Córki». Usłyszała w odpowiedzi: «U nas są tylko synowie»”.

W kwietniu 2024 roku moja matka również szukała mnie w więzieniu przy ulicy Wołodarskiego w Mińsku. Powiedziano jej jedynie, że zostałem przetransportowany do Żodzina.


Łagrowy pył


W styczniu 1940 roku Afanasową przewieziono do Karagandyjskiego Poprawczego Obozu Pracy (Karłagu), a następnie do oddziału obozowego Burma. Początkowo wykonywała ciężkie prace rolne. Z czasem została skierowana do Żezkazganu, gdzie pracowała jako lekarka w kobiecej strefie obozowej oraz w centralnym szpitalu więziennym.

Wśród więźniów, z którymi przyszło jej dzielić łagrową rzeczywistość, znajdowali się ludzie bardzo różnych narodowości i losów. Byli tam deportowani z północno-wschodnich województw II Rzeczypospolitej, przyłączonych we wrześniu 1939 roku do Białoruskiej SRR. Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki do obozu trafiły także osoby oskarżone o współpracę z Niemcami, mieszkańcy państw bałtyckich oraz Ukrainy. Liczne były również „członkinie rodzin wrogów ludu” – kobiety, których mężowie zostali skazani na podstawie słynnego artykułu 58 Kodeksu karnego RSFRR za „zdradę ojczyzny”.

Wśród osób aresztowanych po wojnie znajdowała się duża grupa byłych jeńców wojennych. Byli to ludzie o bardzo różnych doświadczeniach. Wielu z nich przeszło przez piekło Majdanka i Auschwitz. Więźniowie z Auschwitz mieli na prawym ramieniu wytatuowaną literę „O”. Wszyscy mówili, że po niemieckich obozach zagłady nasze łagry wydają im się niemal uzdrowiskiem


Pracując w więziennych placówkach medycznych, Nina zdobyła wyjątkowe doświadczenie zawodowe, ponieważ miała do czynienia z wieloma, często bardzo ciężkimi przypadkami chorób.

Wśród wolnych pracowników obozu byli ludzie, którzy naprawdę zasługiwali na miano Człowieka przez wielkie „C”. Widzieli w nas przede wszystkim ludzi, starali się – na ile mogli – ulżyć naszemu losowi, a niekiedy bronili nas przed surowym kierownictwem. Bardzo trudne były natomiast kontakty ze światem przestępczym. Po raz pierwszy zetknęłam się z nim właśnie w łagrze. Był to zamknięty świat złodziei, bandytów i morderców. Mieli własny złodziejski żargon, pełen wulgaryzmów, własne prawa, własne autorytety, a nawet własny sąd.

W przeciwieństwie do nas znajdowali się oni w uprzywilejowanej sytuacji. Z wyjątkiem recydywistów uważano ich mimo wszystko za obywateli radzieckich. Sądzono, że przestępców należy resocjalizować i wychowywać, natomiast nas – karać. Jeśli więzień kryminalny dobrze pracował, był nagradzany i awansowany, a nawet mógł liczyć na skrócenie wyroku. Do nas, więźniów politycznych, odnosili się z jawną pogardą, uważając nas za wrogów ludu. Przed wojną nazywano nas trockistami, a od 1941 roku zaczęto nazywać faszystami


I tutaj ponownie nasuwa się analogia do współczesności. W białoruskich koloniach karnych administracja opiera się na „aktywistach”, wybieranych spośród więźniów odsiadujących wieloletnie wyroki za zabójstwa, przestępstwa narkotykowe czy oszustwa. To właśnie oni najczęściej odnoszą się do więźniów politycznych z otwartą wrogością. Za powód do dumy uważają donoszenie na nich administracji.

Przypomina mi się sytuacja z mojego własnego pobytu w kolonii karnej. Więźniowie polityczni z naszego oddziału byli wyprowadzani na rozmowy telefoniczne z rodzinami oddzielnie od pozostałych osadzonych, ponieważ każdą rozmowę kontrolował funkcjonariusz operacyjny. Pewnego dnia zostaliśmy wezwani na telefony. W lokalnej strefie stali właśnie „aktywiści”, skazani między innymi za zabójstwa. Gdy nas zobaczyli, zaczęli się śmiać i głośno wołać: „O, wrogowie ludu idą dzwonić!”. Kiedy usłyszałem te słowa, złapałem się na myśli, że nie jest rok 2025, lecz 1939 czy 1941.


Koniec piekła…


W 1954 roku, po odbyciu całej kary, Ninę Afanasową zesłano do Kraju Krasnojarskiego. Tam pracowała jako lekarka w szpitalu. Dwa lata później otrzymała paszport i zgodę na przeprowadzkę do Kaługi. Dopiero w 1958 roku jej sprawa została ostatecznie umorzona z powodu braku znamion przestępstwa.

Odwiedziłam również Prokuraturę Wojskową, aby dowiedzieć się czegoś o swojej sprawie. „Ale czy pani sama uważa się za winną?” – zapytał z uśmiechem prokurator. „Oczywiście, że nie”, – odpowiedziałam. „Pani sprawa została przekazana do Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego w Moskwie. Proszę czekać na decyzję”. I wreszcie nadszedł pamiętny dzień – 13 czerwca 1958 roku. Po zakończeniu dyżuru pobiegłam do komendanta. Uśmiechając się, podał mi dokument. Zgodnie z decyzją Kolegium Wojskowego Sądu Najwyższego moja sprawa została umorzona z powodu braku znamion przestępstwa. Miałam ochotę skakać i śpiewać z radości.

Ihar Melnikau - doktor historii. Zajmuje się okresem międzywojennym na terenie województw północno-wschodnich II RP, przedwojennej granicy polsko-radzieckiej na Białorusi, oraz służby Białorusinów w przedwojennym Wojsku Polskim. Autor 15 monografii historycznych. Laureat nagrody im. L. Sapehy w 2020 za zachowanie historycznej spuścizny Białorusi.

Inne artykuły Ihara Melnikau

Do końca życia Nina Afanasowa pracowała w Szpitalu Obwodowym w Kałudze, a następnie w tamtejszej przychodni. Zmarła w 1979 roku.

O czym mówi ta smutna historia? Przede wszystkim o tym, że przestrzeń postsowiecka nigdy nie rozliczyła się z przestępstw systemu komunistycznego. Aparat represji oraz mechanizmy jego działania, ukształtowane w latach 30. i 40., z biegiem czasu ulegały ewolucji, lecz nigdy całkowicie nie zniknęły. Niestety wiele dawnych praktyk przetrwało do naszych czasów i w różnych formach jest nadal stosowanych.