Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 15.09.2026
Bartosz Popadiak

Wojna zmienia ukraińskich bohaterów. Polska i Ukraina pozostają skazane na siebie

„Bandera? Nie jest dla mnie wzorem” – mówi Ołeksandr, zadziorny 17-latek. Dopytuję: „Kto nim jest w takim razie? Kto cię inspiruje?”. Przed chwilą przeleciał nad nami Shahed, a w przecznicę dalej uderzyła rakieta, dlatego kucamy na schodach prowadzących do sutereny w czteropiętrowym bloku. Po chwili Ołeksandr odpowiada: „Żołnierze pułku Azow, no i w ogóle współcześni żołnierze”.
Foto tytułowe
Pomnik z samolotem wojennym w Zaporożu (Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!



Podróż do Zaporoża


Na wschód Ukrainy znowu wyruszam pociągiem. Dwudziestogodzinna trasa Przemyśl–Zaporoże. Spiekota, a za oknami rozgrzana słońcem, letnia Ukraina. Krajobraz niczym jaskrawe, lekko prześwietlone fotografie.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Podróż przebiega spokojnie, dopiero za Dnieprem, półtorej godziny od Zaporoża, sytuacja się zmienia. Pociąg nagle staje, konduktorka zarządza, że wszyscy mają wyjść – to standardowa procedura ewakuacji na ukraińskiej kolei, gdy pojawia się ryzyko ostrzału. W ostatnim czasie Rosjanie coraz częściej atakują infrastrukturę kolejową, w tym także pociągi.

Nie stajemy w szczerym polu, tylko przy betonowej platformie, która kiedyś musiała być częścią stacji. Z dziur w betonie przebija się trawa i kwiaty, ludzie wylegają na zewnątrz. Jest upał, kobieta w średnim wieku wachluje gazetą swoją kilkuletnią córkę. Mężczyzna obok ma wiatraczek na baterie, który przykłada sobie prawie do nosa. Nastolatka przegląda TikToka i naśladuje taniec, który tam zobaczyła, skacząc po samej krawędzi peronu. Niektórzy pasażerowie przecierają oczy i ziewają po przerwanej popołudniowej drzemce.

Po chwili dezorientacja mija i ludzie zaczynają nasłuchiwać. Przez tłum przetacza się pomruk, że to Shahed. Rzeczywiście słychać buczenie, które po chwili cichnie. Wszyscy są skupieni, teraz każdy dźwięk będzie rejestrowany z uwagą i niepokojem. Przez leśną szosę nieopodal przemyka samochód, kilka osób się wzdryga. W lasku obok głośno ćwierka ptak. Mężczyzna z wiatrakiem zaczyna straszyć kobiety, że to nowy rodzaj drona. Nie dają się nabrać i wybuchają nerwowym śmiechem. Po 15 minutach konduktorka zarządza powrót do pociągu. Jest bezpiecznie. Pociąg rusza z metalicznym westchnieniem ulgi.


Miasto pod ostrzałem


Moja baza w Zaporożu to jedno z wielu porzuconych na początku wojny mieszkań. Jedenaste piętro, panoramiczny widok na Dniepr i piaszczystą plażę. Widać stąd Chortycę, kozacką wyspę. Chodzę po mieszkaniu ostrożnie, bo wygląda tak, jakby jego właściciele dosłownie przed chwilą wyszli i zaraz mieli wrócić – na początku wojny wyjechali do Francji. W łazience dwie szczoteczki, opróżniony do połowy flakon damskich perfum bez zakrętki. Rodzinne zdjęcia na ścianach. Brakuje tylko tlących się w popielniczce niedopałków.

Rano widać z balkonu skutki całonocnych ostrzałów. Słupy dymu unoszą się w różnych punktach miasta. Lustrujemy je ponuro z Ołeksandrem, moim przewodnikiem i kierowcą, przy śniadaniu złożonym z soczystych południowoukraińskich pomidorów i jajek. To sześćdziesięcioletni weteran lokalnego dziennikarstwa i fixer, który mimo problemów ze zdrowiem wciąż wozi dziennikarzy na front. Rozmawiamy o napiętych relacjach polsko-ukraińskich. Sasza jest wyraźnie oburzony i zdumiony ostatnimi decyzjami polskich sojuszników. W nieustannie ostrzeliwanym Zaporożu wydają mu się ciosem w plecy.

– Cała ta polityka to ch***, nic więcej. Nie wierzę, żeby Polska mogła się obrócić przeciwko Ukrainie. I vice versa. Nie wierzę. – Próbuje się uspokoić. W jego głosie pobrzmiewa jednak niepokój i rozgoryczenie.

Jedziemy przez poranne Zaporoże do miejsca, które niedawno zostało ostrzelane. Już na nas czekają. Dwaj nastolatkowie: Rostysław, lat 14, i Ołeksandr, lat 17 – koledzy z osiedla. Nie wydają się zestresowani, to nie pierwszy wywiad, w którym biorą udział. Obaj byli w swoich mieszkaniach, gdy usłyszeli wybuch. To mogło być tylko jedno. Tak brzmi KAB [rosyjska kierowana bomba lotnicza – przyp. red.]. Natychmiast wybiegli na zewnątrz.

Stacja kontroli pojazdów stała w ogniu, słychać było krzyki rannych i błagania o pomoc. W większości byli to pracownicy stacji i pasażerowie. Razem z kilkoma przechodniami zaczęli wyciągać rannych spod gruzów i przenosić ich na oddalony trawnik, na wypadek ponownego ostrzału.


Ofiary współczesnej wojny


Ołeksandr jak w transie układał rannych w odpowiedniej pozycji, zakładał opaski uciskowe i opatrunki. Instruował młodszego Rostysława. Widok mężczyzny z odmą płucną uświadomił mu ciężar odpowiedzialności. Pytam, gdzie nauczył się pierwszej pomocy. Z dumą i lekko wyzywającym tonem odpowiada, że w pewnej „nacjonalistycznej organizacji”.

– A powtórne ostrzały? Ryzyko, że Rosjanie jeszcze raz uderzą w to samo miejsce, jest przecież ogromne – dopytuję.

– Baliśmy się, jasne, ale co zrobić. Trzeba było przybiec, bo ina…

W powietrzu rozlega się warkot. Shahed. Chłopcy pokazują mi go palcami – mały punkt sunie nad blokami. Nie umiem ocenić, jak daleko jest od nas. Wszyscy czekamy na wybuch z tej strony, tymczasem rozlega się gdzieś za nami. Jest tak silny, że przez powietrze przechodzi wyraźna wibracja, odczuwalna w ciele. To rakieta, może KAB, jakąś ulicę dalej.

– Chodź, tu jest jedno miejsce, gdzie można się skryć – mówi Ołeksandr.

Kucamy na schodach prowadzących do sutereny, pod cienkim daszkiem z blachy. Lepsze to niż nic.

Pytam Ołeksandra, co sądzi o dziedzictwie UPA. Czy Bandera jest dla niego ważnym symbolem?

– Bandera? Nie bardzo.
– Kto w takim razie nim jest? Kto cię inspiruje?

Ołeksandr się zamyśla. W okolicy słychać jeszcze kilka wybuchów. Wreszcie mówi zdecydowanie:

– Żołnierze pułku Azow, no i w ogóle współcześni żołnierze.

Po chwili wybuchy się oddalają i wychodzimy. Żegnamy się. Ołeksandr wciąż patrzy na mnie lekko wyzywająco, tak samo jak wtedy, gdy dowiedział się, że jestem Polakiem. Już w samochodzie orientuję się, że nie zadałem mu najważniejszego pytania. Czy za rok, kiedy będzie już mógł to zrobić legalnie, zamierza wstąpić do armii?

Zapytałem za to, co sądzi o swojej młodości w czasach wojny.

– Wszystko pogrzebane. Przyjaciele wyjechali. Jaka młodość? Wszystko się skończyło – odpowiada.


Droga „Irlandczyka”


Spokojne, uważne spojrzenie ciemnych oczu; długa, ruda broda, od której wziął się jego wojskowy pseudonim – „Irlandczyk”. Ma 30 lat, więc jesteśmy prawie rówieśnikami. Szybko łapiemy kontakt. Siedzimy w kuchni, w tymczasowym mieszkaniu chłopaków z jego oddziału, i popijamy herbatę. Pochodzi z Chersonia, przeżył tam okupację.

– Najbardziej przygnębiały mnie plakaty. Wychodzę rano do sklepu i wszędzie je widzę. Idziemy z żoną do znajomych wieczorem i to samo. Niby odwracasz wzrok, ale wciąż je widzisz kątem oka. I wiesz, co tam jest? – opowiada.

Ma na myśli rozwieszane przez Rosjan w całym mieście plakaty z napisem „Rosja jest tu na zawsze”.

– Przez cały czas wierzyliśmy, że ukraińska armia nas wyzwoli, ale momentami się łamałem. Zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno? Może Rosja jest tu naprawdę na zawsze?

Świadomość, do czego zdolna jest Rosja, Irlandczyk wyniósł jeszcze z domu rodzinnego. Po II wojnie światowej jego rodzina była prześladowana przez władze radzieckie za wyznawanie protestantyzmu. Po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę protestantyzm odrodził się z dużą siłą, szczególnie na południu kraju. O tych terenach mówi się nawet jako o wschodnioeuropejskim „pasie biblijnym” na wzór amerykańskiego. Po rozpoczęciu wojny zdecydowali wspólnie, że przejdą z rosyjskiego na ukraiński.

Kiedy „na zawsze” Rosji się zakończyło, wyjechali z żoną do Odessy, gdzie pracował jako szef kuchni. Szybko jednak dojrzał do realizacji planu, który zakiełkował w nim kilka miesięcy wcześniej. Miał jeszcze trochę wątpliwości, ale pewnego słonecznego, odeskiego poranka, idąc do restauracji, po prostu skręcił do najbliższej komisji wojskowej. Kiedy wrócił do domu, nic nie powiedział żonie, ale ona i tak się zorientowała. Nastąpiła w nim jakaś przemiana – w całej jego postawie, spojrzeniu, ruchach.

Jeszcze w Chersoniu postanowił, że zostanie saperem.

– Uznałem, że chcę rozminowywać, żeby nasi chłopcy byli bezpieczniejsi – mówi.


Powołanie


Irlandczyk zaczynał w obwodzie czernihowskim, na pozornie „zimnym” odcinku frontu, gdzie głównie zaminowuje się teren i pilnuje granicy. Rosyjscy dywersanci potrafili jednak przekraczać granicę, zabijać niedoświadczonych żołnierzy, a ich ciała przeciągać na rosyjską stronę, żeby później żądać okupu od rodzin. Przez kilka miesięcy służył w biurze prasowym jednego z oddziałów, na tyłach, jednak wyprosił u przełożonych powrót na linię frontu. Tym razem jako operator drona.

Później był obwód kurski, gdzie w czasie odwrotu Sił Zbrojnych Ukrainy musiał przejąć dowodzenie nad oddziałem.

– Szatkowali nas dronami, wszyscy dowódcy padli. Została nas garstka i ktoś musiał zarządzić, jak będziemy się dalej ewakuować. Zrozumiałem, że to muszę być ja – opowiada.

Pytam Irlandczyka o UPA. Kim jest dla niego Bandera? Czy coś znaczy dla żołnierzy, z którymi służył w różnych oddziałach?

– Jest pewnym symbolem, ale czy szczególnie ważnym? Nie powiedziałbym. Nie spotkałem się z żołnierzami, którzy by się z nim obnosili. W armii są bardzo różni ludzie. Każdy ma swoje motywacje i przekonania, ale w tych warunkach nie ma możliwości, by poświęcać im wiele uwagi.

Inaczej wygląda to na poziomie polityki historycznej. Mój rozmówca tłumaczy, że kluczowe jest zrozumienie, co UPA symbolizuje dla współczesnych Ukraińców.

– Przede wszystkim opór wobec Rosjan. Mało kto myśli, a nawet wie o ich antypolskich działaniach. Ja na przykład bardzo długo nie wiedziałem – wyjaśnia.

Nie mogę go nie zapytać o mitycznych polskich najemników w obwodzie kurskim, którzy – zgodnie z rosyjską propagandą – mieli tam zabijać rosyjskich cywilów.

Śmieje się, że niestety ich nie spotkał, ale bardzo by chciał. Kiedyś pracował w Polsce i chętnie by sobie przypomniał język. Walczył za to przeciwko żołnierzom z Korei Północnej i musi im oddać sprawiedliwość.

– Tam, gdzie Rosjanie pod naszym naporem się cofali albo uciekali, Koreańczycy szli naprzód jak fanatycy i ginęli jeden za drugim.

Liczy na to, że relacje między Polską a Ukrainą się poprawią.

– W naszym położeniu geopolitycznym nie mamy wyjścia. Jesteśmy skazani na siebie. Na dobre i na złe – zaznacza.

Teraz Irlandczyk walczy na odcinku zaporoskim. Dużo się tu dzieje. Mówi się, że to tutaj są największe szanse na udaną kontrofensywę i przełom.


Pamięć o przeszłości


– Przecież to Sowieci. To była ich prowokacja. Każdy o tym wie. Przebierali się raz za polskich, raz za ukraińskich partyzantów. Poszczuli nas na siebie. I dalej to robią – przekonuje Pylyp, pisarz z Zaporoża

W lokalnym teatrze odbywa się spotkanie działaczy kultury z okupowanych terenów obwodu zaporoskiego. Są tu pisarze, badacze lokalnego folkloru, redaktorzy zarówno miejskich, jak i wiejskich gazet. Melitopol, Berdiańsk, Połohy, Hulajpole. W ciągu pierwszych miesięcy wojny udało im się wyjechać do Zaporoża. Jako twórcy ukraińskiej kultury byli szczególnie narażeni na represje.

Zaporoże – w przeciwieństwie do innych obwodowych stolic – praktycznie ani na chwilę nie opustoszało. Ci, którzy wyjechali z miasta na początku wojny, szybko zostali „zastąpieni” przez osoby uciekające z terenów okupowanych. Do Zaporoża uciekło również wielu uchodźców z Mariupola i innych części Donbasu. Większość z nich to osoby starsze, a nawet w podeszłym wieku. Całe życie spędzili w swoich małych ojczyznach. Pisali o nich i starali się organizować życie kulturalne. Teraz są w Zaporożu.

– Po wyjeździe miałam kryzys. Nic nie byłam w stanie pisać, bo wciąż myślałam o domu. A to budziło we mnie tylko bezsilność – wyznaje Natalia, poetka z Połohów

Temat historycznych sporów pomiędzy Polską a Ukrainą budzi wśród nich spore emocje. Iwan, historyk z Hujapola, oburza się:

– Żaden kraj nie powinien nam dyktować, jakich bohaterów mamy czcić. My się do panteonów innych narodów nie wtrącamy. To nie leży w ukraińskiej naturze.

Orientują się w polskiej polityce, kojarzą poszczególne partie i polityków.

– Przywoływanie tych wydarzeń teraz, podczas wojny, to sabotaż. Proszę sobie odpowiedzieć na pytanie, na kogo pracują te siły – podsumowuje Pylyp.

Po spotkaniu odbywa się przedstawienie teatralne z okazji Dnia Konstytucji Ukrainy. Jego znaczna część poświęcona jest pamięci poległych żołnierzy z obwodu zaporoskiego. Aktorzy z patriotycznym patosem recytują wiersze. W tle, za nimi, na wielkim ekranie, wyświetlana jest wygenerowana przez AI animacja pełna ukraińskiej symboliki narodowej, momentami aż groteskowa w swojej sztuczności. Na twarzach zebranych widać silne wzruszenie.


Mit, który wciąż żyje


Chortyca to „miejsce mocy”. Tak na nią mówią lokalni mieszkańcy. Kiedy są zmęczeni nieustannymi ostrzałami, przyjeżdżają tu, żeby się „naładować”.

To największa z wysp na Dnieprze, dawna siedziba Kozaków zaporoskich. Jedno z kluczowych miejsc dla ukraińskiej tożsamości, jak mówi Serhij, lokalny przewodnik. Odtworzono tu kozacką osadę. Drewniane chaty, siedziba starszyzny kozackiej, pośrodku strzelista cerkiew – wzorcowy skansen.

Czy mit kozacki wciąż jest aktualny? Jak najbardziej, twierdzi Serhij. Może nie jest tak wyrazisty jak inne, ale wciąż przenika ukraińskie myślenie o własnej tożsamości. Jego istotą ma być idea wolności oraz demokracji, tak obca dla północno-wschodniego sąsiada. Wszystkie inne mity mają mieć w nim swoje źródło.

Na zewnątrz stoi sklepik z kozackimi pamiątkami. Niektóre z nich „uaktualniono”, tak by nawiązywały do wojny. Krajobraz jest tu niezwykły, bo tuż za drewnianą palisadą rozpościera się widok na Dniepr i olbrzymią Zaporoską Elektrownię Wodną, zbombardowaną przez Rosję w 2024 roku.
Bartosz Popadiak - ukrainista, pisarz, tłumacz. W 2019 roku opublikował powieść "Podzwonne dla Instytutu".

Według Serhija portret Kozaków w Ogniem i mieczem, niepozbawiony zresztą historycznych nieścisłości, pozostaje jednym z najlepszych obrazów Kozaków w kinie. Ukraińska kinematografia wciąż czeka na swoją wielką produkcję poświęconą tej społeczności.

Zaporoże, 24–27 czerwca 2026