Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 15.01.2021
Piotr Rudkouski

Historia połukaszenkowskiej Białorusi zaczęła się w 2020 roku

W kwietniu, maju i czerwcu ubiegłego roku żyłem w przekonaniu, że wybory w 2020 roku na Białorusi będą mało znaczącą fikcją, nie nadającą się nawet na poważne traktowanie przez ekspertów. Kiedy mój bliski współpracownik, Wadzim Mażejka, wraz z partnerami organizował jedną po drugiej dyskusje na temat wyborów, to tak sobie myślałem: Po co zawracać głowę tymi wyborami, czy nie lepiej zostawić to dziennikarzom?
Foto tytułowe
(Shutterstock)

Przygotowanie białoruskiej opozycji do wyborów zaczęło się już pod koniec 2019 roku. Koalicja centroprawicowa, składająca się z czterech ugrupowań politycznych, zaplanowała coś w rodzaju „prawyborów” – procedury wyłonienia kandydata w oparciu o to, który kandydat uzyska największe poparcie w regionach oraz w głosowaniu internetowym. Pomysł był ciekawy, ale zakończył się niczym: politycy pokłócili się o to, czy głosy urzędników państwowych, którzy na pewnym etapie zaczęli przychodzić na prawybory, można uważać za „głos ludu” czy nie. W marcu w Euroradio odbył się medialny pojedynek między dwoma zawodnikami prawyborów: wiceszefem partii Białoruski Front Narodowy, Aliaksiejem Janukiewiczem i Jurym Hubarewiczem, liderem Ruchu za Wolność. „Jura, czy ty jesteś kretynem?” – w ten sposób pan Janukiewicz dał wyraz swemu oburzeniu z powodu tego, że pan Hubarewicz nie widzi problemu w uczestniczeniu urzędników państwowych w wyłanianiu opozycyjnego kandydata.
Mały i prosty trick manipulacyjny ze strony władz – i cała inicjatywa się rozsypała. Jeśli taki prosty zabieg potrafił skutecznie skłócić opozycjonistów, to cóż się stanie, jeśli władze zaaplikują bardziej wyrafinowane metody, które naówczas były w ich arsenale? Tak sobie wtedy myślałem. Poza tym świeżo w pamięci była apatia społeczeństwa w trakcie (imitowanych) wyborów parlamentarnych w listopadzie 2019 roku, kiedy to nawet mieszkańcy Mińska z irytacją reagowali na próby politycznej agitacji.

Nasze analizy prowadzone w BISS pokazywały, że w białoruskim społeczeństwie jest dość wysoki popyt na demokrację, ale wyglądało na to, że ani społeczeństwo, ani politycy nie są jeszcze gotowi, by się zjednoczyć i solidarnie zawalczyć o demokrację. Powiedziałem wtedy sobie: zmiany na Białorusi nastąpią, ale stanie się to w latach 2024-2025.

W maju i czerwcu nawet nie śledziłem procesu wyborczego (o głównych wydarzeniach dowiadywałem się od swojej żony). Zajmowałem się wtedy analizą różnych strategii zwalczania COVID-19, analizą postaw aksjologicznych. To są tematy – myślałem – które są warte uwagi. A wybory? W 2020 roku?

Opowiem teraz, w jaki sposób stopniowo odkrywałem dla siebie wybory 2020, a razem z tym odkrywałem nową rzeczywistość społeczną. Patrząc z perspektywy czasu, wyróżniłbym pięć momentów, dzięki czemu zdałem sobie sprawę, że mam do czynienia z czymś radykalnie nowym.

Pierwszy moment – kiedy bankier Wiktar Babaryka w maju ogłosił, że startuje w wyborach prezydenckich. Wieloletni szef banku z rosyjskim kapitałem (Biełgazprambank), mecenas kultury (kładący nacisk właśnie na narodową kulturę Białorusi), cieszący się dobrą reputacją w kręgach biznesu – to było coś nowego. Nacjonaliści biją na alarm, a propaganda reżimowa, ongiś tak bardzo prorosyjska i antynacjonalistyczna, im wtóruje. A społeczeństwo nie słucha ani tych, ani tamtych – i popularność Babaryki rośnie lawinowo.

Nie był to jeszcze moment, kiedy stwierdziłem, że coś radykalnie się zmieniło, ale był to dla mnie pierwszy sygnał, że dzieje się coś, co wyobrażałem sobie jako możliwe w 2025 roku. A działo się to w 2020.

Drugi moment – kiedy Wieranika Capkała, żona innego nieoczekiwanego pretendenta do udziału w wyścigu prezydenckim, Walerego Capkały, wyraziła solidarność ze Swiatłaną i Siarhiejem Cichanouskimi w związku z aresztowaniem Siarhieja. Ludzie, którzy dotąd żyli w różnych światach, którzy mogli mieć różne motywy, cele i interesy, nagle zaczynają być bliscy i okazują solidarność. Było widać, że to było szczere. Mój wyobrażony 2025 rok zbliżył się do 2020 jeszcze o jeden krok.

Trzeci moment – kiedy trzy sztaby (uwięzionego Babaryki, niedopuszczonego do wyścigu wyborczego Walerego Capkały oraz zarejestrowanej jako kandydatki na prezydenta Swiatłany Cichanouskiej) zjednoczyły się. Koalicja trzech pań – Maryi Kalesnikawej, Swiatłany Cichanouskiej oraz Wieraniki Capkały – miała dwupunktowy program: w przypadku wygranej Cichanouskiej zostaną wypuszczeni więźniowie polityczni i w ciągu pół roku zorganizowane nowe wybory prezydenckie – wolne, uczciwe i przejrzyste.

Program był bardzo krótki, bardzo konkretny i bardzo jasny – taki, że nawet dziecko było w stanie go zrozumieć i zapamiętać. Był to rezultat skromności i autentyczności Cichanouskiej, która ani nie czuła się poważnym politykiem, ani nawet nie chciała tego udawać. Ale akurat taki program był świetnym trafem. Do tego doszła wymowna symbolika: serce, pięść i gest wiktorii, która natychmiast stała się wiralna i doczekała się tysięcy modyfikacji. Co jeszcze: naturalny kontrast, który tworzyły trzy piękne, o wysokiej kulturze osobistej, panie w stosunku do starzejącego się i chamowatego prezydenta-autokraty.
Czwarty moment – kiedy usłyszałem, jak pod koniec lipca przewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej (ZPO), Mikałaj Kazłou, podczas jednej konferencji zaznaczył, że „naszą narodową przywódczynią jest Swiatłana Cichanouska” i że w związku z tym „wokół niej musimy się zjednoczyć”.

Kazłou to podpułkownik, profesjonalista w zakresie śledztwa kryminalnego, który w 2008 roku, jeszcze jako oficjalny urzędnik MSW, nagłośnił sprawę o nielegalnym wrzucaniu biuletynów do skrzynki wyborczej. Niedługo później się zwolnił i przeszedł do opozycji. Od 2018 roku jest przewodniczącym ZPO. Tutaj mogły się wzmóc osobiste ambicje i pojawić się psychologiczna bariera przed uznaniem kogoś takiego jak Swiatłana za „przywódczynię narodową”. W mojej głowie wciąż pobrzmiewało echo „Jura, czy ty jesteś kretynem?” i nie spodziewałem się, że ktoś z takim backgroundem, jak Kazłou, uzna przywództwo Cichanouskiej.

Moje obawy w tej sprawie się nie sprawdziły. I tak, mój wyobrażony 2025 rok jeszcze bardziej zbliżył się do 2020.

Piąty moment – kiedy 10 sierpnia, tuż po wyborach i pierwszym wybuchu protestów, Swiatłana Cichanouska, po wielogodzinnej presji ze strony jastrzębi dyktatora, wystosowała apel o zaprzestanie protestów i wyjechała za granicę. To był smutny moment i niejeden myśli – cóż w tym znamiennego? Otóż znamienną dla mnie była reakcja opinii publicznej – nie było potępienia, rozłamów, kłótni i starć. Poparcie dla Cichanouskiej utrzymało się na dość wysokim poziomie (choć w stosunku do poparcia wyborczego prawdopodobnie nieco spadło).

Piotr Rudkouski - białoruski analityk, politolog i wykładowca akademicki. Jest dyrektorem Białoruskiego Instytutu Studiów Strategicznych (BISS). Doktor nauk humanistycznych, autor czterech książek i ponad stu artykułów. Główne zainteresowanie badawcze: czynnik wartości w relacjach Białorusi i UE, tożsamość narodowa i koncepcja otwartego społeczeństwa.
Niedomaganie się heroizmu, zrozumienie dla ludzkich ograniczeń, które może mieć każdy przywódca, jest objawem dojrzałości społeczeństwa. Tak wyobrażany przeze mnie 2025 rok przekształcił się w realny rok 2020. To jest rok, w którym na Białorusi powstała nowa rzeczywistość społeczna. Odliczanie historii Nowej Białorusi zaczyna się od tego – 2020 – roku.