Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Transatlantyk / 17.01.2024
Drago Jančar, przekład Nikodem Szczygłowski

Archipelag Jugosławia. 30 lat od rozpadu Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii

Trzydzieści lat temu Europa znowu był świadkiem wojny. Tym razem Bałkany stały się areną krwawych zmian politycznych i społecznych. Czym był rozpad Jugosławii dla Drago Jančara, pisarza i intelektualisty zanurzonego w tamte wydarzenia i z nostalgią opowiadającego o świecie, którego już nie ma w takiej formie. Autor pisze te słowa podczas pandemii i kwarantanny. To czas niepewności, lęku o przyszłość, czasem - pisze Jančara wydaje mu się, że jesteśmy naprawdę u kresu wszelkich utopii.
Foto tytułowe
Bazar w mieście Brczko (Shutterstock)


Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!


Gdy życie w małżeństwie staje się nie do wytrzymania, małżonkowie decydują się na rozwód. A gdy po długich i męczących rozmowach, po koszmarnych, upokarzających obie strony formalnościach dochodzi wreszcie do rozwodu, otwiera się pustka. Pustka opuszczonego mieszkania, pustka po amputowanym kawałku życia, pusty dźwięk ciszy w tym, czego zabrakło. Chociaż nie brakowało nieporozumień, a nawet nienawiści. Jednak tam, gdzie jest nienawiść, jest także miłość, przynajmniej tak piszą w każdej groszowej powieści bulwarowej.

Tak myślałem w 1991 roku.

Trzydzieści lat później, gdy myślę o archipelagu jugosłowiańskim, wolę użyć tytułu powieści José Saramaga Kamienna tratwa jako metafory rozpadu dawnego wspólnego państwa. Autor opowiada w niej historię Półwyspu Iberyjskiego, na którym narysowana gałązką wiązu drobna ryska powoduje całe przesunięcia tektoniczne, wskutek czego półwysep odrywa się od kontynentu, staje się wyspą, wspomnianą w tytule kamienną tratwą, płynącą po szerokim morzu; niekompetentni politycy i bogacze zgarniają pieniądze, opuszczone hotele na wybrzeżu okupowane są przez bezdomnych, zapanowuje chaos.

Coś podobnego przydarzyło się Jugosławii, gdy zamieniła się w archipelag z powodu jakichś niewidzialnych linii, które zostały wytyczone między nami. Zapadły się mosty łączące wyspy, zatonęły promy, nawet przewody telefoniczne zostały zerwane i zniszczono podwodne kable na dnie morza, które je łączyły. Sporo czasu minęło.

Teraz statki znów płyną, a kable aż huczą od przepływu komunikacji.

Dziś mogę pisać o Jugosławii, sięgając po metafory literackie. Wtedy, w 1991 roku, moje myśli były znacznie bardziej osobiste. Czy zresztą mogło być inaczej, skoro całe swoje życie aż do tamtego pamiętnego roku spędziłem w kraju o tej nazwie? Myślałem wtedy o momencie rozłąki między Słowenią a Jugosławią, porównałem go do bardzo osobistych przeżyć, to znaczy do historii przyjaciół i krewnych, którzy doświadczyli podobnych rzeczy w swoim życiu prywatnym.


Czy wszystko jest stracone?


Trwają już wyczerpujące rozmowy, drapieżni małżonkowie już przenoszą majątek w bezpieczne miejsce. Rozsądek podpowiada, że tak być musi, gdyż państwo to od początku nie było właściwie skonstruowane. A mimo to… Spędziliśmy z nim i w nim całe życie. Kocham Dalmację, sentymentalne wspomnienia łączą mnie z pełnymi wina nocami, z oszałamiającymi zapachami Morza Śródziemnego, zimnym kamieniem jej placów i kościołów; antyk, renesans, cisza ogrodów w katolickich klasztorach na wyspach. Rzeki Bośni, symbioza kultur i religii w Sarajewie, gwar i ścisk wschodniego targowiska, uderzenia delikatnych młoteczków obrabiających miedź w maleńkich warsztatach w wąskich uliczkach. Biblijna Macedonia, chrapliwa mowa moich macedońskich przyjaciół, pełna przemyślnych, emocjonalnych przeskoków myślowych. Dunaj, Nowy Sad, gdzie w czasie festiwalu sztuk teatralnych przy cygańskiej muzyce celebrowaliśmy przemijającą sławę teatru i topiliśmy w winie równie przemijające momenty (niesprawiedliwych) porażek. Belgrad i jego niespożyta żywotność, poranne zapachy dochodzące z niezliczonych piekarni, serbscy koledzy obdarzeni niegdyś politycznym czarnym humorem, który dziś chyba zaginął, wyrafinowaną ironią i autoironią. Południowa Serbia, miasteczko Vranje, gdzie wbrew mojej woli jako żołnierz spędziłem rok swego życia i gdzie oprócz obrzydliwych koszar poznałem również paradoksalną mieszankę orientalnego sybarytyzmu i prawosławnej mistyki; słodki smutek, Morawa, słowiańskie pieśni przy wtórze orientalnych bębnów. I w końcu Zagrzeb, który w tych rozważaniach na pewno nie chciałby się znaleźć na jednej stronie z Belgradem lub – Boże uchowaj! – południową Serbią. Zagrzeb to już niemal Słowenia, a jednak coś innego, jego historyczny patos, chorwackie szachownice, wyraźnie katolicki mesjanizm, centrum regionu broniącego zachodniej cywilizacji: antemurale christianitatis. Tak, również Zagrzeb znajdzie się w innym państwie, będzie się ono nazywało Republiką Chorwacji. Z pewną obawą i egoizmem myślę więc o moich książkach, które można było znaleźć na półkach i wystawach księgarń we wszystkich tych miastach, w różnych językach, alfabetach i okładkach, o scenach dużych i małych teatrów, gdzie aktorzy duchem i ciałem ożywiali płody mej wyobraźni.

Czy rzeczywiście wszystko to jest stracone? W ten sposób myślałem, pisałem i mówiłem [fragment tekstu za: Wspomnienie o Jugosławii, w: Drago Jančar, Eseje, przeł. Joanna Pomorska, wyd. Pogranicze – przyp. tłum.].

Dalmacja (Shutterstock)
Czasem z nostalgią, czasem z gniewem

Kiedy Predrag Matvejević napisał do mnie, że z powodu swoich wyroków jestem jugonostalgiczny – ostrożnie dodając: „w sensie kulturowym” – miał rację. Byłem i nadal jestem, ale rzeczywiście wyłącznie z powodu kultury, w jej zarówno najwęższym, jak i najszerszym znaczeniu.

Czasami myślę o Jugosławii z nostalgią, czasem z gniewem. Z nostalgią z powodu jej różnorodności kulturowej i przyjaciół, z gniewem zaś ze względu na dyktaturę i głupich polityków, którzy nią rządzili. Gdyby Jugosławia była demokracją, prawdopodobnie by się nie rozpadła. Była to jednak dyktatura z jednym nieomylnym przywódcą na czele i brutalnym aparatem armii, policji, biurokracji, z pionierskimi przysięgami, stadionowymi rytuałami organizowanymi, aby uczcić urodziny Tito. Znałem ludzi, którzy przeszli jugosłowiański gułag na wyspie Goli Otok, znałam tych, którzy stracili ojców w wyniku rewolucyjnej przemocy, znałem też tych, którzy byli wtrącani do więzień z powodów politycznych, czasami wyłącznie z powodu opacznie wypowiedzianego w nieodpowiednim towarzystwie zdania albo żartu o Tito lub jakimś innym komunistycznym przywódcy. Ale wszystko to stało się dla mnie jasne dopiero w latach, kiedy dojrzewałem i kiedy jako młodzieniec przyswajałem sobie wiedzę i wyrabiałem spojrzenie na świat, a wraz z nim sceptycyzm i opór. Wcześniej żyłem w szczęśliwym złudzeniu, że „wspaniale jest być młodym w naszej ojczyźnie”, jak śpiewaliśmy na organizowanych dla pionierów uroczystościach.




Choć Jugosławia była dyktaturą, była dużo bardziej wolna niż inne kraje komunistyczne. W latach 60. otworzyły się granice, ludzie zobaczyli, że w Jugosławii żyje się lepiej niż na Węgrzech czy w Czechach. Przepływ kulturowy i odśrodkowe procesy twórcze były znacznie bardziej otwarte. Gdzie indziej w Europie Wschodniej trudno byłoby sobie wyobrazić książki Sołżenicyna, Kundery, Bunina, Camusa czy Orwella w witrynach księgarń, jak to miało miejsce w Lublanie czy Belgradzie. Ukazywały się krytyczne czasopisma literackie, sporo tłumaczono, a teatry były ekscytującym miejscem do poszukiwania estetycznych i społecznie krytycznych wrażeń. Tak zwana „czarna fala” jugosłowiańskiego filmu odznaczała się znacznym wzrostem artystycznym oraz była odzwierciedleniem ostrego sprzeciwu wobec politycznej jednomyślności.

Jednak otwarte granice i swobody kulturowe nie oznaczały również wolności politycznej. Żyliśmy w dziwnym paradoksie, biorąc pod uwagę, że państwo ze swoim systemem jednopartyjnym i wszystkimi jego instytucjami pozostawało w końcu dyktaturą. Państwem, w którym politycy nie rozumieli, że świat i Europa się zmieniają. Nie jest jednak tak, że właśnie ten, a nie inny układ polityczny i mentalność doprowadziły do upadku gospodarki. W latach 80. rozważaliśmy przekształcenie Jugosławii w państwo demokratyczne i konfederacyjne. Nie mogło jednak do tego dojść, przede wszystkim ze względu na kwadratowe głowy generałów i establishmentu kierownictwa jugosłowiańskiej partii komunistycznej. Jugosławia nie rozpadła się wyłącznie z powodu nacjonalizmów, różnic kulturowych i gospodarczych – owszem, różnice te rzeczywiście działały odśrodkowo, lecz federacja rozpadła się głównie z powodu dyktatury. Władze nie rozumiały, że nieuchronnie nadszedł czas na zmiany. Nawet dzisiaj myślę, że ten wielki kraj nie rozpadłby się na mniejsze części dzisiejszego archipelagu, gdybyśmy jednak mieli jakiś demokratyczny porządek. A gdyby nawet mimo wszystko do tego doszło, nie wydarzyłoby się to w tak przerażający sposób.
Pomnik poety Francea Prešerena w Lublanie

Kogo obchodzą artyści?

Wojna wybuchła najpierw na krótko w Słowenii, gdzie z koszar wyprowadzono na ulice czołgi Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, następnie w Chorwacji, potem zaś rozpętało się piekło w Bośni. Byłem w Sarajewie w czasie wojny i widziałem, co się tam dzieje, na własne oczy. Było to bolesne doświadczenie. Napisałem wtedy esej pt. Krótki raport z długo obleganego miasta [polski przekład Drago Jančar, Eseje, przeł. Joanna Pomorska, wyd. Pogranicze – przyp. tłum.]. Wielu znajomych i przyjaciół odsunęło się ode mnie w tamtych latach, wielu zostało pochwyconych przez wir wojny, w której wybrali tę lub inną stronę.

Pod koniec lat 90. przez trzy dni debatowaliśmy w gronie pisarzy ze wszystkich nowych krajów powstałych po upadku Jugosławii we Frankfurcie podczas targów książki. Wzajemną wymianą doświadczeniami chcieliśmy się oprzeć bezcelowemu zrywaniu wszelkich więzi kulturowych, całkowitemu odcięciu komunikacji pomiędzy wyspami archipelagu. Na koniec przygotowaliśmy oświadczenie o konieczności wznowienia współpracy kulturalnej na obszarze byłej Jugosławii, które podpisaliśmy i wysłaliśmy do wszystkich czołowych gazet i innych mediów od Lublany po Skopje. Nasz apel spotkał się z bardzo nikłą reakcją. Niewielu opublikowało oświadczenie, w odpowiedzi ukazało się natomiast kilka pamfletów, większość zaś po prostu machnęła na nas ręką: kogoż obchodzą ci artyści? Nikogo to już nie obchodziło, ludzie na dobre zadomowili się już na swoich wyspach. Cechą charakterystyczną wyspiarskiego życia było w tamtym czasie zanurzenie się w samym środku zaciekłej rywalizacji o zawłaszczenie pieniędzy i władzy, a tym samym postępowanie wewnętrznej rzezi politycznej, którą Niemcy nazywają mianem Selbstzerfleischung.

Jeszcze wcześniej, kiedy kraj dopiero stanął u progu rozpadu, zacząłem myśleć, że pomimo oporu, jaki czułem wobec jego partyjnych aparatczyków, nie będzie mi łatwo znaleźć się wyłącznie wśród moich ukochanych Słoweńców wkraczających do Europy z ustami pełnymi rozmaitych europejskich frazesów, wśród drapieżnych przedsiębiorców i miłych śpiewaków, pomiędzy wszechwładzą pokrewieństwa a odpowiadającym jej sarkazmem, zazdrością i złością. Pisarz zazwyczaj dobrze zna swoje otoczenie i jego słabości. Ale to byłaby tylko część problemu; to, co czekało na nas wkrótce, było dużo bardziej zaskakujące. Przynajmniej dla tych z nas, którzy uważali, że demokracja jest cudownym rozwiązaniem wszystkich problemów społecznych.

Nie wiem nawet, co dokładnie sobie wtedy wyobrażaliśmy. Z pewnością układ parlamentarny, wolność prasy i słowa, boom gospodarczy. Ale zanim zdaliśmy sobie sprawę z tego, co się dzieje, weszliśmy w okres przemian, jakich ci z nas, którzy byli zwolennikami demokracji, w ogóle nie rozumieli. Napisałem kiedyś: marzyliśmy o demokracji, ale obudziliśmy się w kapitalizmie. I to jakim! Nie był to zwykły kapitalizm. Mówiono, że to okres przejściowy. Był dość dziki i nieokiełznany, pozostawiający na uboczu wielu ludzi– zubożałych, samotnych, zagubionych. Nie tylko w Słowenii i innych krajach byłej Jugosławii, ale w całej Europie Wschodniej. Własność wspólna lub „społeczna” musiała zostać przekazana w ręce właścicieli prywatnych, rozpoczęła się „prywatyzacja”, proces, dla którego w Rosji ukuto nawet wymowny termin prychwatyzacja.

Nie tylko w Słowenii, ale także w całej byłej Jugosławii i innych krajach Europy Wschodniej ludzie pióra nie zastanawiali się specjalnie wtedy nad tym, że kapitalizm rządzi się swoimi prawami, że właściciele kapitału mogą wpływać na politykę, media, całe społeczeństwo, a nawet życie kulturalne. A demokracja z kolei to wyjątkowo kruchy porządek społeczny – zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie pragnąć zawłaszczyć dla siebie jak najwięcej przestrzeni gospodarczej i społecznej. Oczywiście wciąż powtarzam za Churchillem: demokracja może być najgorszym systemem na świecie, nikt jednak jak dotąd nie stworzył lepszego. Nie pomagało nam to jednak zrozumieć życia w nowych warunkach.

Nowy wspaniały świat

Znaleźliśmy się nagle w zupełnie innym świecie, wyłonili się wśród nas ludzie typu nouveau riche, wzbogaceni poprzez nawpółprzestępczą prywatyzację, piętrzyły się dysproporcje społeczne, walki polityczne stały się naznaczone brutalną demagogią. Życie demokratyczne przyniosło nie tylko wolność słowa, ale także wolność wyrażania i szerzenia zła, złości, zazdrości. Część tego zjawiska należy zapewne zaliczyć do tak zwanego charakteru narodowego, właściwego wszystkim małym narodom, których członkowie wolą mieć do czynienia sami ze sobą, a nie z otaczającym ich wielkim światem. Dołączył do tego dziki materialistyczny wyścig szczurów, charakterystyczny dla tzw. okresu przejściowego, pojawili się prymitywni, a później także nieco bardziej wyrafinowani oligarchowie, powstała warstwa zubożałych ludzi, którzy ledwo zarabiali na życie. Polityczna demagogia wszelkich maści, wraz z mediami cynicznie wykorzystywała ledwie minione cierpienia wojenne i niezagojone rany po nich do okrutnych wzajemnych rozrachunków i konsolidacji wpływów nowych władców na każdej z wysp archipelagu.

Pojawienie się internetu i możliwości prowadzenia debat oraz wymądrzania się na forach ostatecznie obnażyło cały ten chaos demagogii i rozmaitych uprzedzeń, stało się triumfem wielkiego zwycięstwa przemądrzałych, wszechwiedzących głupków, często również skłonnych do przemocy i w imię udowodnienia swojej racji gotowych niemal dosłownie na wszystko, czasami nie tylko werbalnie.

W latach 90. i na początku nowego stulecia poświęciłem dużo energii tekstom dziennikarskim, których celem była krytyka opisanych wyżej procesów oraz nowej, nietolerancyjnej atmosfery społecznej. Aż zdałem sobie sprawę, że wiatraki są niestety prawdziwe, bardzo potężne i że lada chwila powalą mnie na ziemię. Wycofałem się z tej walki i poświęciłem się wyłącznie literaturze.

Co mi pozostało? Co pozostało nam wszystkim?

Wspomnienia o wspólnym życiu w przeszłości, europejska utopia w przyszłości. Dla tych z nas, którzy mieszkali w Jugosławii, oprócz świadomości tej utopii istnieje również obawa, że losy federacji jugosłowiańskiej mogą się powtórzyć. Po wszystkich bolesnych doświadczeniach XX wieku Unia była dla wszystkich narodów Europy najlepszą rzeczą, jaka mogła nam się przydarzyć na tym kontynencie, udręczonym wojnami, konfliktami narodowymi i ideologicznymi. Cóż, teraz Europa zdaje się wchodzić w fazę kolejnego kryzysu. Często jestem pytany, czy myślę, że granice znowu się zamkną. Czy Europa może się znaleźć na skraju rozpadu? Czy może się jej przydarzyć to, co stało się z Jugosławią? Nie sądzę, żeby to porównanie było właściwe, chociażby właśnie ze względu na istniejące wartości, takie jak prawa człowieka, wolność słowa, otwarte granice i wszystko inne, o czym zwykliśmy mówić w Europie. W Jugosławii w pewnym momencie nie było to już możliwe. Nie zważając nawet na obecne niefortunne doświadczenia związane z COVID-19, sporadyczne recesje gospodarcze, pomimo terroryzmu wywołanego przez radykalny islam i pomimo tak zwanego kryzysu migracyjnego, Europejczycy na dłuższą metę już raczej nigdy nie pozwolą na pozbawienie siebie otwartych granic, swobód i demokracji.

Kiedy myślę o dzisiejszej Europie, często zastanawiam się nad swoim życiem w Jugosławii i losach archipelagu jugosłowiańskiego po 1991 roku. Piszę te słowa podczas kwarantanny, obowiązują ograniczenia w przemieszczaniu się, codziennie za pośrednictwem ekranów telewizyjnych jesteśmy informowani o nowej liczbie zakażonych i umarłych z powodu COVID-19. Żyjemy w niepewności, z lękiem patrzymy w przyszłość, czasem wydaje mi się, że jesteśmy naprawdę u kresu wszelkich utopii, jakbyśmy weszli dla odmiany w okres jakiejś dystopii. Być może zaczęło się to wraz z upadkiem wszystkich utopii XX wieku. W co tylko już wszyscy nie wierzyliśmy! W społeczną utopię, w wielkość naszych własnych narodów, w zwycięstwo „naszej” wiary nad „ich” wiarą, a także w jugosłowiańską utopię. I byliśmy gotowi poświęcić za to życie, zarówno własne, jak i – przeważnie – obce. Ostatecznie pozostała nam przynajmniej Europa ze swoim pragmatyzmem i wysoko podniesieną poprzeczką wartości praw człowieka jako coś w postaci nieco skromniejszej, małej i częściowo zrealizowanej utopii, w którą wciąż przecież możemy wierzyć. Ja przynajmniej wciąż wierzę.

Archipelag literacki

Pisarze od dawna już balansują na krawędzi, już od dawna nie mamy żadnych autorytetów moralnych, nigdzie nie widać Tołstoja ani Camusa, co raczej nie dziwi w dobie internetu, gdzie każdy wie wszystko o wszystkich i też wszystko mu wolno o wszystkim powiedzieć.

Pozostaję więc na krawędzi, obserwując życie, pisząc o nim, odwołując się czy to do czasów historycznych, czy też współczesnych.

W tym miejscu, na zakończenie trzydziestoletniej podróży z Jugosławii do nowego, innego świata, w tym niepewnym dla Europy i świata momencie, w obliczu wszystkich tych kwarantann, ograniczeń w poruszaniu się, wśród ludzi z maskami na twarzach, czekam. Już nawet nie na coś nowego – bo też trochę się nawet tego boję – ale na powrót do normalnego życia. W ciągu tych trzydziestu lat dużo i nieustannie podróżowałem z mojej słoweńskiej wyspy na pozostałe części archipelagu jugosłowiańskiego, głównie w celu prezentacji moich książek, które wciąż były wydawane na wszystkich tych wyspach. Zaprzestałem natomiast walki z politycznymi burzami, które nadal szaleją między nimi i na każdej z nich z osobna.

Nie tak dawno temu siedziałem w kawiarni w Belgradzie z młodszym ode mnie przyjacielem, poetą i wydawcą Gojko Božoviciem, który niedawno opublikował moją najnowszą powieść w swoim wydawnictwie. O polityce rozmawialiśmy niewiele lub wcale. Odległości pomiędzy wyspami zwiększyły się tak bardzo, że doświadczenia zdobyte na jednej z nich nie pomagają w zrozumieniu tego, co się dzieje na drugiej. Rozmawialiśmy jednak sporo o różnorodności i artystycznym przekazie dzieł literackich, po które oboje lubimy sięgać. Wydawnictwo Gojka nazywa się „Archipelag”. Nie mam wątpliwości, że nazwał je właśnie tak, ponieważ wydawane przez niego pozycje wnoszą tak wiele poprzez ich bogactwo sztuki literackiej, ciekawą różnorodność poetyki, wielorakość doświadczeń życiowych, rozprzestrzenianie fantastycznych pejzaży.
Drago Jančar jest słoweńskim pisarzem, eseistą i autorem sztuk teatralnych. W Polsce wydano jego powieści Galernik, Katarzyna, paw i jezuitaWidziałem ją tej nocy, zbiór opowiadań Spojrzenie anioła oraz tomy publicystyki literackiej.

To archipelag literacki, w którym obecnie mieszkam. W czasach, gdy z maską na twarzy ledwo mogę się udać do pobliskiego sklepu, pozwala mi to podróżować daleko i wysoko, czasem nawet w przeszłość, nawet do mojej młodości, kiedy mieszkaliśmy jeszcze obok siebie, zanim staliśmy się jak ci, których kamienna tratwa Saramaga zabrała każdego na jego własną wyspę.

Artykuł został wznowiony. Opublikowany po raz pierwszy 31.10.2021