Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 06.04.2021
Paweł Pieniążek

Ucieczka do przodu. Premier Armenii zapowiada przyspieszone wybory, by utrzymać władzę

Z Aleksandrem Iskandarianem, armeńskim politologiem, założycielem Instytutu Kaukazu w Erywaniu, o stanie Armenii i jej władz po przegranej wojnie z Azerbejdżanem rozmawia Paweł Pieniążek.
Foto tytułowe
Demonstracja przeciwko premierowi Paszynianowi w Erywaniu (Shutterstock)

Premier Armenii Nikol Paszynian zapowiedział, że jeszcze w kwietniu poda się do dymisji, by 20 czerwca przeprowadzić przyspieszone wybory. To już pewne?

To bardzo prawdopodobne. Jest jasne, dlaczego przeprowadza się wybory w krajach poradzieckich.

Dlaczego?

Żeby je wygrać. W krajach z rozwiniętą demokracją procedura jest jasna, a rezultat – nie. W krajach poradzieckich i młodych demokracjach często jest odwrotnie. Procedurę podciąga się w taki sposób, żeby osiągnąć cel wyborczy.

Czemu Paszynian zdecydował się na przedterminowe wybory?

Po wojnie poczuł się zagrożona, bo ludzie wyszli na ulice. Chciał zmniejszyć szansę, że protesty przerodzą się w rewolucję. Z czasem jednak sytuacja zaczęła się uspakajać, a zagrożenie minęło. Wtedy Paszynian przestał wspominać o potrzebie wyborów. Dopiero po tym, jak powiedział o nieskuteczności rakiet Iskanderów w trakcie wojny i rozpoczął się konflikt ze zwierzchnikami armii, a w rezultacie znowu sytuacja stała się napięta, temat powrócił. Chodzi o odzyskanie legitymacji.

Wybory są bardzo prawdopodobne, ale nie dlatego, że powiedział o nich Paszynian, bo z punktu widzenia prawa jego słowa nie mają żadnego znaczenia. Jeden człowiek, nawet jeśli to premier, nie może ogłaszać wyborów. Przedstawiciele władz rozmawiali jednak z innymi siłami politycznymi i one też wyraziły zgodę na ich przeprowadzenie. Następnie odwołano stan wojenny. Rozpoczęła się faktyczna, choć nieformalna, kampania wyborcza. Paszynian jeździ po regionach, co robi się właśnie w trakcie kampanii.

Powiedział pan, że wybory organizuje się po to, by je wygrać. Obecny rząd jest zatem pewny, że to się uda?

Sondaże pokazują poparcie dla Paszyniana na poziomie 30%. Jeśli frekwencja będzie niska, a wszystko wskazuje, że będzie, to jest szansa, że z taką liczbą głosów będzie w stanie zdobyć większość.

Dlaczego frekwencja ma być niska?

W pierwszych dniach po wojnie poparcie Paszyniana spadało mocno, około 0,5% dziennie. Teraz już tak się nie dzieje lub dzieje się bardzo powoli, bo został przy nim rdzeń elektoratu. To ludzie, którzy będą go popierać niemal niezależnie od sytuacji. Po drugiej stronie są ludzie, którzy nie poprą Paszyniana, choćby nie wiadomo, co się działo. Nazywają obecną władzę sprzedawczykami i zdrajcami.

I obie są pewnie względnie nieduże?

Widać to choćby po tym, że demonstracje pro- i antyrządowe są bardzo nieliczne. Między zwolennikami i przeciwnikami Paszyniana są tak zwane szerokie grupy społeczne. To na ich apatii opiera się obecnie władza. Ci ludzie nie są gotowi buntować się ani popierać opozycji, też nie są chętni do głosowania. Nie widzą żadnych perspektyw.

Dlaczego opozycja nie zyskuje w sytuacji, gdy władza ma na swoim koncie przegraną wojnę?

Nie łączy jej nic pozytywnego. Trudno wyjaśnić, czego chce, wiadomo tylko, że jest przeciwko Paszynianowi. To dlatego, że są to przeróżne grupy z rozmaitymi poglądami. Tego nie da się ze sobą połączyć. Co daje człowiekowi hasło: „wszyscy przeciwko Paszynianowi”?

Pewnie nic.

Nie rozumie, po co ma głosować. Jeśli Ormianie pozbędą się Paszyniana, to co potem? Odzyskają Karabach? Przywrócą kontrolę nad granicami? Rosjanie wyjadą? Takim hasłem trudno zmobilizować ludzi. Ze względu na pracę chodzę na protesty jednej i drugiej strony, by je obserwować. Biorą w nich udział głównie mężczyźni, większość ma ponad 40 lat i zazwyczaj (przynajmniej w przypadku protestów opozycji) są to mieszkańcy miast. To są osoby, które naprawdę interesują się polityką. Nie bez powodu nie ma tam tych, dla których najważniejsze są sprawy społeczne.

W 2018 r. doszło do protestów w Erywaniu, w rezultacie których Paszynian doszedł do władzy. Brało w nich udział wielu młodych, zaangażowane były kobiety. Dlaczego teraz nie ma ich na ulicach?
Nikol Paszynian w kwietniu 2018 r. stał na czele protestów (Shutterstock)

Wówczas Paszynian mówił o sprawach społecznych. Chciał, by Armenia stała się nowoczesnym krajem, odeszła od poradzieckości i weszła do Europy. Nie zawsze wyjaśniał, co to znaczy, ale chodziło o modernizację w duchu demokratycznym. To była rewolucja mająca na celu wyrwanie się do przyszłości. Stali za tym młodzi ludzie, którzy zmęczyli się – jak ich nazywa obecna władza – „starymi”, radzieckimi politykami. Paszynian stracił ich poparcie w ciągu pierwszych kilku miesięcy swoich rządów. Co do zasady ich oczekiwań nie dało się spełnić, bo z Armenii nie da się w miesiąc zrobić Szwajcarii.

Obecnie protesty wybuchły od razu po podpisaniu przez Armenię, Azerbejdżan i Rosję porozumienia o zawieszeniu broni w Górskim Karabachu, to jest w nocy z 9 na 10 listopada 2020 r. Nie były liczne, ale wywoływały mnóstwo emocji, także osób postronnych. Dlaczego nie przerodziły się w nic większego?

Ludziom mówiono, że wszystko jest pod kontrolą, a każdy komunikat kończono słowem „zwyciężymy”. Oczywiście każdy, kto był w stanie przenalizować oficjalne komunikaty, siedzieć z mapą, patrzeć na liczby, rozumiał, co się dzieje. Nie wszyscy są jednak politologami i specjalistami do spraw wojskowości. Dlatego gdy powiedziano im, że wojna nie została zwyciężona, to wyszli na ulice. To był szok, wybuch emocji, a nie zjawisko polityczne. Wtedy protestowali przeciwko wydarzeniu, a nie konkretnym osobom.

Dopiero z czasem pojawili się politycy, którzy stawali na czele demonstracji i chcieli je zinstytucjonalizować. Ten proces trwa do dzisiaj. Choć połączona negatywnymi hasłami, opozycja stopniowo się jednoczy. Paszynian chce zdążyć z wyborami, nim to się stanie. Jego kadencja trwałaby jeszcze trzy lata, ale w tym czasie może powstać struktura opierająca się na haśle: „wszyscy przeciwko władzy”.

To protest elit – od duchownych poprzez artystów i dziennikarzy po generałów – które w ogromnej większości są przeciwko Paszynianowi. Nie mają oni dużego znaczenia przy urnach, bo jest ich mało, ale długofalowo mogą zmieniać dyskurs – przedstawiają i tworzą opinię publiczną. Dlatego władza chce ich uprzedzić, zdobyć legitymację, by powiedzieć, że zostali wybrani przez naród.

Czyli w przyspieszonych wyborach chodzi wyłącznie o dodatkowe dwa lata rządzenia?

To bardzo dużo czasu dla polityków. Do tego dochodzi kwestia odzyskania legitymacji. Opozycja nie podważa legalności wyborów z 2018 r. Mówi jednak, że jedno to być wybranym przed wojną, a co innego – trwać przy władzy po wojnie. Paszynian więc na to odpowiada, że potwierdzi swoją legitymację.

To jednak nie rozwiąże problemów. Poprzez wybory można uzyskać legitymację biurokratyczną, ale nie społeczną. Na państwa zachodnie czy Rosję może ona zadziałać, ale nie zmieni poparcia społecznego. Po wyborach na pewno padną oskarżenia o fałszerstwa i sytuacja się nie poprawi. Do tego nadciąga kryzys ekonomiczny, co widać już po wzroście inflacji. Problem Górskiego Karabachu nie zniknął. Do kraju nie zaczną napływać inwestycje. Dla społeczeństywa wybory oznaczają kolejne turbulencje i brak stabilności.

Wspomniał pan o nadchodzącym kryzysie ekonomicznym. Co na niego wskazuje?

W Górskim Karabachu znajdowało się 36 elektrowni wodnych. 30 przeszło pod kontrolę Azerbejdżanu. W południowej części enklawy było dużo upraw – od winogron do pszenicy; na wschodzie – granaty. Były tam też hodowle. Potrzebna jest pomoc dla osób, które ucierpiały na skutek wojny, dalsze wydatki na armię. Armenia – mówiąc łagodnie – nie jest teraz atrakcyjna dla inwestorów. Wcześniej też nie było świetnie, ale był wzrost gospodarczy. Nie mówię już o takich rzeczach jak zupełnie złe nastroje panujące w społeczeństwie, co też odbija się na ekonomii. Rośnie też inflacja, a państwo się zadłuża.

Do tego jest jeszcze COVID-19.

Mówię tylko o skutkach wojny. COVID-19 oczywiście też ma na to wpływ, bo w ogromnym stopniu ograniczył turystykę, a także transport.

Dlaczego elitom tak nie podoba się Paszynian?

One mogą się ze sobą nie zgadzać praktycznie w każdej kwestii, ale traktują obecny rozwój wydarzeń w kraju jako zgubny proces. Problem w tym, że nie mówią ludziom, co się stanie, jeśli Paszynian zostanie pozbawiony władzy.

Nie mają na to odpowiedzi?

Mają różne. Wśród nich jest lewica i prawica, są prorosyjscy i prozachodni. Trudne im znaleźć wspólną odpowiedź. Ponadto mówią, że po odsunięciu Paszyniana od władzy trzeba będzie ciężko pracować, by odbudować zrujnowane państwo. Kto takimi hasłami zmobilizuje ludzi? Potrzebny jest też jakiś pozytywny program, a go nie ma.

Kiedy Paszynian podał do dymisji pierwszego zastępcę sztabu generalnego, w odpowiedzi sztab generalny wezwał rząd do dymisji. Premier uznał to za próbę przewrotu wojskowego. Czy istnieje takie zagrożenie?

To było tylko oświadczenie i nic więcej. Pucz wojskowy robi się inaczej. By otoczyć budynek administracji rządowej, potrzeba pewnie ze stu osób. Potem wydaje się oświadczenie i w ciągu 15 minut wyprowadza czołgi na ulice. To byłby pucz. To było tylko zwrócenie się zwierzchników armii do Paszyniana z wezwaniem do ustąpienia. Do tego samego nawoływali prezydent, katolikos kościoła ormiańskiego i wielu innych.

W Armenii nie ma tradycji wtrącania się armii w politykę, choć w 1998 r. wojskowi byli zaangażowani w dymisję prezydenta Lewona Ter-Petrosjana. Jest za to tradycja podporządkowania armii politykom. To, co się teraz dzieje, tylko to potwierdza. Zresztą jaki armia może mieć stosunek do Paszyniana po wojnie? Władze mówią, że to nie ich wina, tylko wojska. Generałowie twierdzą, że władza mieszała się bezpośrednio w prowadzenie działań zbrojnych.

Przez lata nie udawało się znaleźć kompromisu w sprawie Górskiego Karabach. Czy po przegranej wojnie ormiańskie społeczeństwo stało się bardziej otwarte na dyskusję o regionie?

Póki co nie, bo trwa w szoku. Wszystkie rozmowy dotyczące Karabachu są emocjonalne. To minie i przyjdzie czas na racjonalne. Przed społeczeństwem stoją ogromne problemy: znalezienie domów dla uchodźców, pomoc rannym w wyniku działań zbrojnych, a także poradzenie sobie ze stratą bliskich. By się nimi zająć, potrzebne jest skonsolidowane państwo, instytucje, ciężka praca i pieniądze, których nie ma. Trwa proces przeciwny – deinstytucjonalizacja.

Konflikt trwa, choć prawda na mniejszym terytorium zamieszkałym przez mniejszą liczbę ludzi. Przyjdzie czas, by znowu podjąć próbę jego rozwiązania, ale na razie jest na to za wcześnie.