Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 24.06.2021
Agnieszka Bryc

Mity, blefy i biznesy. Przepis na relacje Rosji z Zachodem

W relacjach Rosji z Zachodem mało co jest takim, jakim się wydaje. Jeszcze niedawno ponad 100 tys. rosyjskich wojsk na granicy z Ukrainą zapowiadało wojnę, uwięzienie Aleksieja Nawalnego – dotkliwe sankcje, a zmiana w Białym Domu – ostrzejszą politykę wobec Kremla. Głos krytyki z państw demokracji nie zamienił się na konkretne i oczekiwane działania.
Foto tytułowe
Kreml (fot. Wikicommons)

Eskalacja na granicy rosyjsko-ukraińskiej jak niespodziewanie wybuchła, tak równie szybko wygasła. Kreml postawił Ukrainę na skraju wojny, przetestował zdolności mobilizacyjne jej armii, a przy okazji sprawdził faktyczną gotowość Zachodu do obrony sojusznika. Rzeczywistym celem tego gigantycznego blefu było nie tylko przypomnienie Ukrainie, jak kruche jest jej bezpieczeństwo, ale przede wszystkim skłonienie amerykańskiej administracji do dialogu z Kremlem. Gdy tylko ze strony Waszyngtonu padła propozycja spotkania obu prezydentów, następnego dnia rosyjskie wojska otrzymały rozkaz powrotu do baz. Jednocześnie prezydent Władimir Putin uzyskał potwierdzenie, że Joe Biden, który w kampanii wyborczej zapowiadał powstrzymywanie autorytaryzmów, czyli takich państw jak Chiny i Rosja, jest otwarty na dialog.

Amerykanie wykonali przy tym gest, który Kreml przyjął z ogromnym zadowoleniem, i przed spotkaniem na szczycie 16 czerwca w Genewie wycofali weto wobec Nord Stream 2. Dzięki temu Moskwa będzie mogła sfinalizować swój największy projekt geopolityczny, czyli wzmocnienie zależności Europy Zachodniej od rosyjskiego gazu, „czystszego, tańszego i bardziej ekologicznego [od amerykańskiego – przyp. A.B.]”, jak na „rosyjskim Davos” w Sankt Petersburgu 4 czerwca podkreślał Putin.

Rosyjskim wkładem w budowanie atmosfery przed Genewą był z kolei wyrok sądu, jaki 10 czerwca, czyli na kilka dni przed szczytem, zapadł w sprawie Fundacji Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego, która wraz z regionalnymi sztabami opozycjonisty została uznana za „organizację ekstremistyczną”. Oznacza to ich delegalizację, a współpraca z nimi, wspieranie i propagowane ich działań grozi odtąd nie tyko olbrzymimi grzywnami, ale nawet wieloletnią kolonią karną. Kremlowi udało się jednak przede wszystkim uniemożliwić aktywistom Nawalnego start w zbliżających się wrześniowych wyborach do Dumy oraz zastraszyć wszelkich innych krytyków władzy.

W stosunku do Zachodu była to ostentacyjna demonstracja nieliczenia się z ostrzeżeniami przed tłumieniem niezależnej opozycji.
W logice Kremla groźby muszą być wiarygodne. Zachód, który w obliczu represji prodemokratycznych środowisk w Rosji odwraca wzrok, ewentualnie śle wyrazy krytyki, sprzeciwu i oburzenia, w najgorszym zaś razie zapowiada sankcje, nie jest w oczach Kremla wiarygodny. Co więcej, jest słaby.


Zachód zapowiada sankcje

Europejska kindness [ang. „grzeczność”] jest w oczach Kremla równoznaczna z weakness [„słabością”], co dobitnie potwierdziła wizyta szefa unijnej dyplomacji w Moskwie w lutym tego roku. Upokarzany przez swojego gospodarza, ministra spraw zagranicznych Rosji, Josep Borrell pozostał bierny.
Władimir Putin i Siergiej Ławrow (fot. Wikicommons)

Siergiej Ławrow oskarżał Unię, że „jest niesłowna, a Niemcy i Francja zachowują się arogancko, odmawiając dostarczenia ważnych informacji dla wyjaśnienia sprawy Nawalnego”. Kropką nad „i” było jednak wydalenie dyplomatów z trzech państw unijnych (Niemiec, Polski i Szwecji) za ich rzekomy udział w demonstracjach poparcia dla opozycjonisty. Gość Ławrowa dowiedział się o tym tuż po spotkaniu, w dodatku z mediów. Ponadto, gdy latem ubiegłego roku otruto Nawalnego nowiczokiem, nie trzeba było być Kissingerem, żeby domyślić się, że stoi za tym Kreml. Tymczasem zachodni politycy nabrali wody w usta i wyraźniejszą reakcję – oburzenie i zapowiedź sankcji – wywołała dopiero publikacja raportu dziennikarzy śledczych z organizacji Bellingcat i nagranie, w którym jeden z członków komanda wprost przyznaje, że celem było zabójstwo Nawalnego. Kilka miesięcy później, po powrocie opozycjonisty do Rosji, gdzie został uwięziony w kolonii karnej w oparciu o sfingowane zarzuty, oburzono się po raz kolejny i… zapowiedziano sankcje.

Z powodu aneksji Krymu Unia już od 2014 r. obciąża Rosję sankcjami, najczęściej poszerzając listę osób objętych zakazem wjazdu do strefy Schengen. Znacznie bardziej odczuwalne są te uderzające w gospodarkę, np. zakaz inwestycji, importu z półwyspu, a nawet współpracy turystycznej. W konsekwencji Rosja została zmuszona utrzymywać finansowo Krym, co – jak szacował Bloomerg – rocznie kosztuje ją ok. 2,7 mld dolarów. Jeśli sankcje nie uderzają w czułe, czyli finansowe, punkty reżimu, nie wymuszają na Moskwie zmiany postępowania. Co więcej, 27 państw członkowskich ma dużą trudność z uzgadnianiem ich zakresu. Z tego względu Kreml jest przekonany, że UE jest niezdolna do zdecydowanych działań. Przyczyną jest de facto obawa przez utratą możliwości wzbogacenia się poprzez kontakty handlowe z Rosją. Innymi słowy, nic skuteczniej nie zamyka ust rządzącym na Zachodzie, którzy demokrację, prawa człowieka i liberalizm mają na sztandarach, niż okazja do intratnego biznesu. Stąd twierdzenie Kremla, że egoistyczne interesy narodowe państw członkowskich UE zawsze wezmą górę nad wspólnotowymi.

Konie trojańskie

Na korzyści ze współpracy z Rosją mogą liczyć nie tyko przyjazne jej rządy, lecz też najbardziej zasłużeni politycy. Kreml wybiera partnerów nieprzypadkowo, oferując zyski najbardziej wpływowym członkom Unii Europejskiej (Niemcy, Francja), lub języczkom u wagi, czyli krajom kluczowym doraźnie (Węgry). Budowę gazociągu zaproponowano więc Berlinowi. W 2006 r. Gazprom, E.ON oraz BASF podpisały umowę, a Gerhard Schröder, który rok wcześniej zakończył sprawowanie funkcji kanclerza Niemiec, wszedł do rady nadzorczej Nord Stream 2 AG. Od 2017 roku jest także przewodniczącym rady nadzorczej Rosnieftu, największego rosyjskiego koncernu naftowego. Oficjalnie Berlin i Moskwa tłumaczyły sceptykom w Warszawie i Kijowie, że NS2 jest wyłącznie „projektem biznesowym”. To prawda, korzyść jest obopólna, jako że gospodarka niemiecka zyskuje stałe dostawy taniego gazu z Rosji, natomiast Kreml – partnera: najsilniejsze państwo w Unii. Listę prorosyjskich lobbystów dopełniają politycy: francuski oraz austriacki. François Fillon, były premier Francji właśnie został powołany przez Kreml do zarządu Zarubieżnieftu, a były kanclerz Austrii Wolfgang Schüssel zasiada w radzie dyrektorów Łukoilu, największej prywatnej kompanii naftowej w Rosji.
(fot. Shutterstock)
Za kremlowskie konie trojańskie w Europie uchodzą również partie skrajnie prawicowe i populistyczne, co opisuje raport The Kremlin's Trojan Horses amerykańskiego think tanku Atlantic Council. Pożyczki z Kremla nie odmówiła Marie Le Pen, liderka francuskiego Zgromadzenia Narodowego. Natomiast Matteo Salvini, zwolennik Putina i przywódca włoskiej Ligii Północnej, wraz z premierem Węgier Viktorem Orbánem i szefem rządu RP Mateuszem Morawieckim zapowiedzieli w kwietniu tego roku na spotkaniu w Budapeszcie „renesans Europy”. „Zgodziliśmy się – mówił Orbán – że zajmujemy się godnością, wolnością, chrześcijaństwem, rodzinami. Mówimy zaś «nie» imperium ze stolicą w Brukseli”. Antyliberalizm i antyeuropejskie hasła, w tym przedstawienie UE jako stojącej na skraju upadku Giejropy [ros. „gejowskiej Europy”], zaś prezydenta Putina jako Katechona (siły dobra zdolnej powstrzymać biblijne zło) to przecież nie tylko główne tematy okołoendeckiej Myśli Polskiej, lecz przede wszystkim od lat powielany przekaz dnia propagandy kremlowskiej.

Rosyjskim pieniądzom nie oparli się także Brytyjczycy. Londyn, nieprzypadkowo nazywany Londongradem, stał się centrum inwestycji rosyjskich oligarchów. Wyłącznie kwestią czasu były porachunki mafijne i polityczne z ich udziałem. Po otruciu polonem Aleksandra Litwienienki (ochroniarza Borysa Bieriezowskiego) w 2006 r. służby Jej Królewskiej Mości szybko zamiotły sprawę pod dywan, choć ślad prowadził wprost do Moskwy. Nieco później, bo w 2013 r., odwrócono wzrok po domniemanym samobójstwie ówczesnego głównego krytyka Kremla Borysa Bieriezowskiego, by ze zdziwieniem odkryć w 2018 r., że nowiczokiem otruto Siergieja Skripala i jego córkę, a sprawcy – oficerowie GRU – paradowali po Salisbury jak turyści.

Rosyjscy likwidatorzy operują w całej Europie. Także w samym centrum Berlina, gdzie w Tiergarten w 2019 r. zginął Zelimchan Changoszwili, jeden z najbliższych współpracowników Szamila Basajewa, lidera czeczeńskich separatystów. Wywiad Niemiec natychmiast powiązał sprawę z rosyjskimi służbami. Relacje między stolicami bardzo się ochłodziły, lecz nie zachwiały Nord Streamem 2.

Maskirowka

Od ośmiu lat Zachód z trudem pracuje nad „zrozumieniem” Rosji, wciąż jednak ulega frazie z poezji Fiodora Tiutczewa umom Rosiju nie poniat’ [„umysłem Rosji nie zrozumiesz”], romantycznym obrazom ojczyzny Puszkina, baletu i wysokiej kultury.
Rosja jest więc wciąż mitologizowana, postrzegana przez pryzmat swojej absolutnej wyjątkowości.
Na przykład największego państwa na świecie, „państwa wyspy” nienależącego ani do Europy, ani do Azji, czy też państwa „skazanego na mocarstwowość”. Stąd szkodliwe, błędne przekonania na Zachodzie, że „z Rosją należy rozmawiać, ponieważ jest zbyt ważna”, „ma ona prawo do swojej strefy wpływów [czyt.: terytorium byłego ZSRR], lub też że „sankcje to zły pomysł”.

Tradycyjnie Niemcy były symbolem Russlandversteher (rozumiejący Rosję), stąd dysonans po tym, gdy Rosja zaczęła sobie pozwalać na agresję wobec sąsiadów. Co dziwi, gdyż już w 2007 r. prezydent Putin podczas dorocznej konferencji bezpieczeństwa w Monachium zapowiedział zwrot ku polityce siły. Szybko, bo już latem 2008 r. przeszedł w Gruzji od słów do czynów. Dla tych, którzy wciąż nie byli w stanie uwierzyć, że Rosja jest mocarstwem rewizjonistycznym, powtórzył akt agresji, w 2014 r. anektując ukraiński Krym i inicjując wojnę w Donbasie.
Mity i błędne przekonania o Rosji według raportu Chatham House Myths and misconceptions in the debate on Russia z 13 maja 2021 r.: Rosja i Zachód są równie złe. Rosja i Zachód chcą tego samego. Zachód obiecał Rosji, że nie będzie rozszerzenia NATO. Rosja nie walczy z Zachodem. Potrzebujemy paneuropejskiego systemu bezpieczeństwa, który obejmie też Rosję. Musimy poprawić relacje z Rosją, jest zbyt ważna. Rosja ma prawo do obrony swojej strefy interesów na terytorium innych państw. Zachód musi wbić klin pomiędzy Rosję a Chiny. Trzeba znormalizować relacje z Rosją, żeby powstrzymać Chiny. Unia Eurazjatycka jest odpowiednikiem Unii Europejskiej. Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini to jeden naród. Krym był zawsze rosyjski. Gospodarka rynkowa w latach 90. była szkodliwa dla Rosji. Sankcje to złe podejście do Rosji. Rosja to Putin. Po Putinie może być tylko lepiej.


Wojna jest dla Rosji naturalną kontynuacją polityki. Współcześnie aksjomatem Kremla, powielanym przez geopolityków, wojskowych, ekspertów, a nawet politologów jest przekonanie, że Rosja musi się bronić w obliczu drugiej wielkiej fali agresji ze strony Zachodu. Pierwszą była pierestrojka, której rezultatem był rozpad radzieckiego imperium. Druga rozpoczęła się na początku stulecia, a jej główny przejaw stanowią „kolorowe rewolucje” pod hasłami wolnościowymi i demokratycznymi, które – jak przekonują rosyjscy geopolitycy (Aleksander Dugin, Igor Panarin) – są instrumentem „sterowania społecznego i agresji informacyjnej ze strony USA”. W starciu konwencjonalnym Rosja jest bez szans, dlatego była zmuszona rozwijać umiejętność prowadzenia wojen nowego typu, czyli informacyjnej (propaganda, wojny sieciowe, dezinformacja), oraz wykorzystywać słabe punkty świata demokratycznego (wolne wybory, swobodny przepływ informacji, transparentność). Istotą tych działań jest podstęp, znany jako maskirowka. Obejmuje wszystkie możliwości, które służą do osiągnięcia celu, lecz nie wprost. Ze strategii wojskowej, gdzie maskuje się sprzęt, ruchy wojsk, zamiary wojenne i prawdziwe motywy, maskirowka przeszła do polityki. Tu także wprowadza się przeciwnika w błąd odnośnie do prawdziwych intencji, dezinformuje, zastrasza, a jeśli to możliwe, wiąże fałszywymi sojuszami. W tym sensie tegoroczna eskalacja w Donbasie była maskirowką. Ruchy wojsk miały wprowadzić Zachód w błąd: Ukrainę i Europę zastraszyć, a USA związać rozmowami w Genewie.

To już piąty prezydent

Faktycznym celem rozmów w Genewie jest dla Putina wymuszenie na USA uznania czerwonych linii, czyli sytuacji, którym Moskwa będzie przeciwdziałać siłą: po pierwsze zaproszenie Ukrainy do NATO, po drugie rozmieszczenie tam wojsk i/lub systemów obronnych, po trzecie zgoda Waszyngtonu na zbrojne odzyskanie przez Kijów Donbasu i Krymu oraz po czwarte wspierane demokratycznych dążeń opozycji białoruskiej. Prezydent Putin liczy na pragmatyzm swojego amerykańskiego odpowiednika. A w istocie na to, że Joe Biden jako lider świata zachodniego będzie kierował się logiką Kissingera, że wartości, liberalizm i prawa człowieka nie przysłonią mu wspólnych interesów twardego bezpieczeństwa. „Mamy tyle problemów do rozwiązania. Wszystko poza nimi [czytaj: Nawalny – przyp. A.B.] to strata czasu” – mówił Putin w pierwszym od trzech lat wywiadzie dla mediów amerykańskich, NBS News. „Biden to doświadczony człowiek, mam nadzieję, że wyważony i precyzyjny. A także na to, że nasze spotkanie będzie konstruktywne”. Konstruktywne, czyli w tłumaczeniu z rosyjskiego: po myśli Kremla.

Nieprzypadkowo Rosjanie są uczeni prowadzić rozmowy dyplomatyczne wyłącznie do zwycięstwa, a kompromis wciąż jest rozumiany przez nich jako zgniły. Aby nie tłumaczyć się więc z ustępstw, na które gotów jest Kreml w rozmowach z Waszyngtonem, na długo przez spotkaniem w Genewie szef rosyjskiej dyplomacji zapewniał: „Rosja nie ma specjalnych oczekiwań względem spotkania Biden–Putin”. A prezydent Rosji na marginesie przypominał, ze Joe Biden to piąty prezydent USA, z którym rozmawia.
dr Agnieszka Bryc - adiunktka na Wydziale Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK w Toruniu. Była członkini Rady Ośrodka Studiów Wschodnich. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej aktywności Rosji.
Przed nim był przecież Donald Trump, Barack Obama, George W. Bush i Bill Clinton. A później przyjdą następni. Pozostanie przecież gospodarzem Kremla najprawdopodobniej przez kolejnych 15 lat, czyli do 2036 r.

Nie należy optymistycznie zakładać, że Zachód zdąży w tym czasie nauczyć się „czytać” Kreml. Nawet jeśli poszczególni przywódcy pozbędą się złudzeń, to pozostaje jeszcze romantyzm, mity i biznes. A te są jak religia, wieczne.