Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Jedwabny Szlak / 28.06.2021
Ludwika Włodek

Pies bohater, aresztowani pasterze i odesłany samolot, czyli tadżycko-kirgiski spór o granicę

Stosunki między Tadżykistanem a Kirgistanem jeszcze nigdy nie były tak złe. Konflikt terytorialny między nimi – tak stary jak ich niepodległość – znacznie się nasilił. Sama delimitacja granicy nie rozwiąże jednak problemu, póki służby obu państw nie zaczną traktować mieszkańców z szacunkiem.
Foto tytułowe
Żołnierz tadżycki w Chodżencie niedaleko granicy z Kirgistanem i wsi Maksat (fot. Wikicommons)

Pies przez kilka dni siedział w ruinach. Mimo że nie miał tam co jeść ani pić, nie ruszał się na krok ze zniszczonego domu. Działo się to na początku maja, we wsi Maksat, która pod koniec kwietnia ucierpiała podczas starć pomiędzy tadżyckimi a kirgiskimi pogranicznikami. Właściciele domu i psa zostali wcześniej, wraz z tysiącami mieszkańców własnej i sąsiednich wsi, ewakuowani. Najprawdopodobniej nie mieli jak zabrać ze sobą zwierzęcia, które przeżyło ostrzał i wiernie pilnowało zniszczonego domu, czekając zapewne, aż jego opiekunowie po niego wrócą.

Kiedy strzelanina ustała, na psa w ruinach natknął się kirgiski dziennikarz relacjonujący konflikt. Sfotografował go i wrzucił do sieci zdjęcia z apelem o pomoc. Na jego wezwanie natychmiast odpowiedziało kilkoro obrońców praw zwierząt z Biszkeku. Zorganizowała się grupa ludzi, którzy wspólnymi siłami postanowili przewieźć psa do stolicy i znaleźć mu nowy dom. Zdjęcia wiernego czworonoga w zniszczonym budynku obiegły internet. Pies został szybko nazwany lejleskim Chatiko, od psiego bohatera filmu Mój przyjaciel Hachiko (w rosyjskojęzycznej wersji imię tytułowego bohatera zostało przetłumaczone właśnie jako Chatiko), który opowiada historię psa czekającego 10 lat na swojego zmarłego pana, i od lejleskiego rajonu, czyli okręgu administracyjnego, gdzie toczyły się najcięższe walki i gdzie znajduje się Maksat.

– Jak tylko go zobaczyłem, pomyślałam: „Co za dzielny pies, prawdziwy bohater”. Nawet nie myślałem, że zostanę jego nowym opiekunem – mówił Dosmat Sadyrkułow, który jako pierwszy odpowiedział na apel. Kilkanaście godzin później już odbierał psa z samochodu wolontariuszy, którzy zorganizowali jego transport z południa do stolicy.

Od tej pory Dosmat i Chatiko, który w nowym domu dostał na imię Batyr – po kirgisku: „bohater” – są nierozłączni. Chyba wszystkie ważniejsze kirgiskie i działające w Kirgistanie międzynarodowe media zrobiły o nich reportaż. Sadyrkułow jest znanym i lubianym w swoim kraju byłym baletmistrzem. Już wcześniej ratował bezdomne zwierzęta. Razem z nim i jego rodziną mieszka kilka innych psich i kocich rozbitków. Na dodatek historia jego i Batyra stanowi łady kontrapunkt do smutnych losów konfliktu, więc ich medialna popularność jest jak najbardziej zrozumiała.

55 zabitych

Spór między Duszanbe a Biszkekiem o granice ciągnie się od blisko 30 lat, czyli od chwili, gdy oba kraje z sowieckich republik przekształciły się w niepodległe państwa.

Starcia, w których ucierpiał dom z psem (zapewne niejedynym zwierzęciem, które padło ofiarą tego konfliktu), zaczęły się 28 kwietnia, od zajęcia przez Tadżyków punktu rozdziału wody, który do tej pory Kirgizi uważali za swój. Służbom granicznym szybko przyszła na pomoc regularna armia. Ostrzał trwał dobę i pochłonął 36 ofiar śmiertelnych oraz 180 rannych po stronie kirgiskiej oraz 19 zabitych i 87 rannych po tadżyckiej.
Na początku maja, po telefonicznej rozmowie Sadyra Dżaparowa (z Kirgistanu) i Emomaliego Rahmona (z Tadżykistanu), nastąpiło zawieszenie broni. Prezydenci uzgodnili wycofanie sił zbrojnych obu państw w głąb ich terytorium oraz powołanie dwustronnej komisji, której zadaniem będzie delimitacja spornych odcinków granicy. Później nie dochodziło już do poważniejszych starć, ale sytuacja w regionie pozostała napięta. Po tadżyckiej stronie zostało zniszczonych kilkanaście gospodarstw, po kirgiskiej prawie 200. Od ostrzału spłonęła także szkoła w miejscowości Maksat, gdzie uczyło się kilkuset uczniów. Wiele z ewakuowanych rodzin wciąż nie może wrócić do domów, bo te nie zostały odbudowane. Dorobek życia straciło wielu lokalnych przedsiębiorców. Ucierpiały sklepy, stoiska handlowe i małe stacje benzynowe.

Kolejna gorąca noc nastała na początku czerwca, na innym odcinku tadżycko-kirgiskiej granicy, w położonym bardziej na wschodzie rajonie Czon-Alaj. Tam, w nocy z 4 na 5 czerwca tadżyccy pogranicznicy próbowali ustawić tymczasowy posterunek w miejscu, które zdaniem Kirgizów znajduje się kilometr w głąb ich terytorium. Z okolicznych wiosek znów ewakuowano mieszkańców. Następnego dnia Tadżycy się cofnęli i podpisano tymczasowe porozumienie. Przyczyny konfliktu jednak nie ustały i w każdej chwili można się spodziewać nowych napięć. Stosunki tadżycko-kirgiskie nigdy nie były tak złe, jak obecnie.

Osiem enklaw i tysiące kanałów

Granica dzieląca dwa państwa liczy aż 970 kilometrów. Blisko połowa z niej po rozpadzie ZSRR nigdy nie została starannie wyznaczona. Na starych sowieckich mapach z różnych okresów linia przebiega odmiennie i oba państwa powołują się oczywiście na te z nich, które są korzystniejsze dla ich stanu posiadania. (Google Maps też zresztą pokazuje, że wieś Maksat, z której pochodzi pies przygarnięty przez baletmistrza, leży już na terytorium Tadżykistanu).

Problem polega na tym, że wyznaczenie na tym obszarze dokładnej granicy, która bezbłędnie oddzielałaby obszary zamieszkane przez Kirgizów od tych zasiedlonych przez Tadżyków, jest niemożliwością. Kiedy w 1924 r., zaniepokojona wzrostem nastrojów pantureckich i szalejącym antysowieckim powstaniem basmaczy Moskwa postanowiła podzielić Turkiestan na mniejsze jednostki, przyjęto zasadę etniczną. W teren ruszyły całe zastępy etnografów i lingwistów. Badano języki i obyczaje, by starannie oddzielić od siebie zamieszkujące Azję Środkową ludy, które nigdy nie dzieliły się w oparciu o kryterium etniczne. Przed podbojem rosyjskim tamtejsze kraje były typowymi państwami feudalnymi. Często poddani jednego władcy należeli do różnych ludów i mówili wieloma językami. Radziecki pomysł, by implementować na tym terenie zasady europejskiego nacjonalizmu, według których granice polityczne miały się pokrywać z etnicznymi, był już na starcie skazany na porażkę.
Rzeka Ak-Suu. Zasila zbiornik wodny Tortkul w Kirgistanie. Fot. (Wikicommons)
Zwłaszcza na terytorium Kotliny Fergańskiej. Tam, w miastach i na nizinach mieszkali tak zwani Sartowie, ludność osiadła, żyjąca z rzemiosła i handlu, a czasem rolnictwa. Część Sartów była tureckojęzyczna i w domu używała uzbeckiego, część perskojęzyczna i porozumiewała się po tadżycku, ale większość znała oba te języki. W wyższych partiach Kotliny i w otaczających ją górach żyli koczownicy trudniący się wypasem bydła. Byli to przodkowie dzisiejszych Kirgizów. Bogatsi z nich czasem rezygnowali z koczowniczego trybu życia i osiedlali się w miastach, ale na dużą skalę proces sedenetaryzacji tej ludności zaczął się dopiero za czasów sowieckich.
Rezultatem karkołomnych zabiegów oddzielenia od siebie tych wszystkich grup jest wyjątkowo skomplikowany przebieg granicy pomiędzy Uzbekistanem, Kirgistanem a Tadżykistanem w regionie i obecność aż ośmiu enklaw.
Najbardziej problematyczne są dwie z nich: Uzbecka Soch i tadżycka Woruch, obie położone na terytorium batkenskiej obłastii południowo-zachodniego Kirgistanu. O uzbecki Soch też były liczne konflikty kirgisko-uzbeckie, ale w ostatnich miesiącach główna awantura rozegrała się pomiędzy Kirgizami i Tadżykami o Woruch. Tadżyckie władze w ogóle nie uważają Woruch za enklawę. Twierdzą, że droga prowadząca do niego z tadżyckiej Isfary należy do nich. Za swoje uważają też kilka innych miejscowości położonych w okolicy. Kiedy więc wiosną szef kirgiskiego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego Kamczibek Taszyjew, który jest jednocześnie zaufanym człowiekiem prezydenta Dżaparowa, wpuścił do mediów pomysł, aby Tadżycy oddali Kirgizom Woruch, a w zamian dostali inne terytoria położone w okolicy, w Duszanbe aż się zagotowało. Propozycja Taszyjewa nie spotkała się z oficjalną odpowiedzią, ale na Twitterze wyśmiał ją były tadżycki minister spraw zagranicznych. „Jak można nam proponować wymianę jednych naszych ziem na inne?” – drwił. Niedługo potem, 28 kwietnia, Tadżycy zajęli główny punkt rozdziału wody w okolicy. Ze wsparciem pośpieszyło regularne oddziały zbrojne. Tak zaczęły się trwające kilkanaście godzin starcia, bo Kirgizi także dopuścili do akcji wojskowych.

Zajęcie punktu rozdziału wody to poważna sprawa. Całe tamtejsze rolnictwo – a jest to region w przeważającej mierze rolniczy – funkcjonuje dzięki irygacji. Bez nawadniania tamtejsze plony natychmiast usychają. Dlatego zrównoważony i sprawiedliwy podział wody jest kluczowy.
Jak opowiadał mi wiele lat temu tadżycki historyk, Muzaffar Olimow, rolnictwo potrzebujące irygacji dobrze funkcjonuje tylko przy silnej władzy politycznej, która jest w stanie zapewnić ciągły, stabilny nadzór nad kanałami. To system połączony: jeśli ktoś spuści zbyt wiele wody do jednego z nich, pozostałe wyschną, a wraz z nimi – okoliczne pola. Tak zresztą Olimow tłumaczył ukształtowanie się w Azji Środkowej despotycznych systemów władzy. Po rozpadzie ZSRR, gdy scentralizowana władza znikła i cały region ogarnął chaos, tamtejsze rolnictwo także bardzo podupadło. Do dziś uprawia się tu mniej ziemi niż 30, a nawet 50 lat temu, bo niektóre kanały powysychały zupełnie i żyzne niegdyś pola zmieniły się w ugory.

200 nieodbudowanych domów

Woda i sprawne nią zarządzanie oraz transport umożliwiający szybkie i bezpieczne przemieszczanie się pomiędzy państwami to zatem najważniejsze problemy okolic Kotliny Fergańskiej – także tych, na których toczy się dziś spór kirgisko-tadżycki.

Powołana po rozmowie prezydentów komisja do spraw delimitacji spotkała się już kilka razy, podpisano nawet jakieś tajne protokoły. Politycy obu państw zapewniają, że są one korzystne dla ich obywateli. Ale napięcie w regionie nie spada. Sytuacja nie jest symetryczna. Agresorem był tym razem bez wątpienia Tadżykistan. Co do tego są zgodni chyba wszyscy sąsiedzi obu państw. To do Dżaparowa dzwonili z kondolencjami z powodu ofiar prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew i minister spraw zagranicznych Turkmenistanu Raşit Meredow. Obaj oferowali swoje pośrednictwo w załagodzeniu sporu, podobnie zresztą jak uzbecki prezydent Szawkat Mirzojew oraz sam Putin. Wszyscy mają świadomość, że destabilizacja i otwarty konflikt zbrojny pomiędzy Tadżykistanem i Kirgistanem grozi wybuchem wojny w całym regionie. Wszak na spornym obszarze żyją jeszcze Uzbecy, a innych, podobnych miejsc w Azji Środkowej jest kilka.
Prezydent Tadżykistanu Emomali Rahmon z rodziną


15 maja tadżyccy pogranicznicy zatrzymali na kilka godzin objeżdżającą zniszczone wioski kirgiską działaczkę praw człowieka Gułgaky Mamasalijewą. 10 dni później z Biszkeku zawrócono do Duszanbe samolot państwowych tadżyckich linii Somon Air z kompletem pasażerów na pokładzie. Następnego dnia Kirgistan całkowicie zamknął granicę z Tadżykistanem i oświadczył, że jej nie otworzy, póki wszystkie sporne kwestie nie zostaną wyjaśnione. Tego samego dnia kirgiscy pogranicznicy zatrzymali i po kilku godzinach przewieźli do aresztu w Oszu dwóch Tadżyków, którzy wypasając owce, rzekomo dopuścili się nielegalnego przekroczenia granicy.

Politycy obu stron nie znajdują się w identycznej sytuacji. W Kirgistanie, w odróżnieniu do Tadżykistanu, działają wolne media, a obywatele mają więcej możliwości, by wyrażać swoje niezadowolenie niż w sąsiednim Tadżykistanie, który już kilka lat temu osunął się w mroki dyktatury. W rozmowie z Radiem Azattyk zwrócił na to uwagę tadżycki politolog Parwiz Mułłodżanow: „Różnica polega na tym, że władze Tadżykistanu mogą zmusić miejscową ludność do pójścia na ustępstwa. W Kirgistanie jest zupełnie inny układ sił politycznych i wpływ opinii publicznej na rządzących. I dlatego Biszkek musi bardzo ostrożnie przedstawiać mieszkańcom każdą propozycje uregulowania sytuacji”.

Przygraniczne kirgiskie wioski kipią z niezadowolenia, bo rząd obiecał pomóc w odbudowie 200 zniszczonych domów i biznesów, a pieniędzy na razie nikt nie dostał. Po tadżyckiej stronie granicy zniszczeń było znacznie mniej, a wszystkie zrujnowane domy zostały już, z rządową pomocą, odbudowane.

Jedyny skuteczny sposób

Jakie by nie były pomysły na dokładne wyznaczenie granicy, sama delimitacja nie rozwiąże problemów tego wieloetnicznego pogranicza. Ludzie nadal będą mieli rodziny po obu stronach granicy, Kirgizi nadal będą potrzebowali kupować od Tadżyków owoce i warzywa. Asel Murakułowa, kirgiska etnografka, która spędziła wiele lat na badaniach terenowych w batkenskiej obłastii, podkreśla, że największą bolączką, na którą zgodnie skarżą się wszyscy mieszkańcy regionu, jest brak szacunku okazywany im przez władze drugiego kraju. Z chamstwem, a czasem nawet brutalnością pograniczników z Kirgistanu spotykają się Tadżycy, dokładnie tak samo jak Kirgizi są narażeni na podobne zachowania tadżyckich mundurowych.

Pomysł grupy kirgiskich posłów, by na mocy ustawy zezwolić obywatelom strefy przygranicznej na posiadanie broni, jest chyba najgłupszym z możliwych wyjść. „W czasie trwania ostatniego konfliktu cywile obrzucali się kamieniami. Jeśli będą mieli po domach broń, w podobnych wypadkach zaczną strzelać. To sprowadzi na region tylko kolejne napięcia, a może i wojnę”. – mówił w rozmowie z telewizją Nastojaszcze Wremia kirgiski ekspert do spraw bezpieczeństwa Artur Miedietbekow. Wydaje się, że jedynym trwałym i skutecznym sposobem na rozwiązanie konfliktu jest nie wyznaczenie nowych granic, ale ich zniesienie.
Ludwika Włodek jest socjolożką i reporterką. Pracuje jako adiunktka w Studium Europy Wschodniej, gdzie kieruje specjalizacją Azja Środkowa.
Tak udało się złagodzić wiele konfliktów granicznych w Europie. Spory ustawały, gdy skłócone państwa powchodziły do Unii Europejskiej i zaczęły stosować na swoich terytoriach zasady wolnego przepływu osób, towarów i usług. Do tego jednak jest potrzebny poważny projekt integracyjny w regionie. A na ten póki co się nie zanosi, bo integracja bez demokracji nigdy dobrze nie działa.