Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 18.09.2021
Agnieszka Bryc

Rosjanie wybierają Dumę. I tak zwycięży drużyna Putina

W wyborach do Dumy rządząca Jedna Rosja jest skazana na zwycięstwo. Nie ma znaczenia, jak bardzo jest niepopularna. Jej zadanie? Zapewnić spokojną reelekcję Władimira Putina w wyborach prezydenckich za trzy lata.
Foto tytułowe
(kremlin.ru)

17–19 września to weekend wyborczy w Rosji. W całym kraju odbywa się głosowanie do parlamentu, Dumy Państwowej, a w niektórych regionach mają miejsce także wybory lokalne – na gubernatorów oraz do władz regionalnych. W tym roku w kilku okręgach można głosować on-line, m.in. w Moskwie i Sewastopolu. O mandaty rywalizuje 14 partii, z których z pewnością do Dumy wejdą cztery – kremlowska Jedna Rosja, komuniści, populiści Żyrinowskiego oraz Sprawiedliwa Rosja. Piątą, która przekroczy próg, może być beniaminek: zbliżeni do Kremla liberałowie, Nowi Ludzie. Połowa mandatów w parlamencie jest obsadzana z głosowania w okręgach jednomandatowych, reszta z list partyjnych. Zwycięstwo Jednej Rosji ma zabezpieczyć reelekcję prezydenta Putina w wyborach w 2024 r.

Partia rządząca nie może uznać kończącej się kadencji za najlepszą. W wyborach w 2016 r. była zwyciężczynią absolutną. Jedinorosy (członkowie Jednej Rosji) uzyskali wówczas 76% miejsc w Dumie, a więc większość konstytucyjną. Dziś mogą liczyć na zaledwie 27% poparcia, czyli najmniej od 13 lat. Do wyborów startują z łatką „partii żuli i złodziei”, jak nazywają ich krytycy Kremla. Nie dziwi więc, że aparat państwa dostał zadanie zrobić wszystko, żeby wygrała „drużyna Putina”.

Coraz słabszy urok cara

Nie takie to jednak proste. Po pierwsze, popularności partii władzy nie przydają problemy gospodarcze, pauperyzacja społeczeństwa oraz niewielkie szanse na poprawę sytuacji. Według oficjalnych danych Rosstatu (Federalnej Służby Statystycznej) z 2020 r. poniżej progu ubóstwa żyje 17,8 mln osób. Minimalny próg egzystencji wynosi w Rosji 11,6 tys. rubli na miesiąc (ok. 630 złotych), natomiast z badań Centrum Lewady z marca tego roku wynika, że realny próg ubóstwa jest dwukrotnie wyższy (24,6 tys. rubli, ok. 1330 złotych). Te same badania potwierdzają, że wówczas połowę Rosjan należałoby uznać za żyjących w biedzie.

Siłą rzeczy narastała frustracja społeczna Rosjan, a wraz z nią protesty, w tym najbardziej spektakularne, po wprowadzeniu w czerwcu 2018 r. kontrowersyjnej reformy podwyższającej wiek emerytalny. Nie bez powodu ogłoszono ją w dniu inauguracji na moskiewskim stadionie Łużniki mistrzostw świata w piłce nożnej. Przez wiele miesięcy demonstrowali także mieszkańcy dalekowschodniego Chabarowska, sprzeciwiający się ręcznemu sterowaniu Moskwy i uwięzieniu ich gubernatora, Siergieja Furgała. Później przyszły antyrządowe demonstracje zwolenników Aleksieja Nawalnego najpierw sprzeciwiających się korupcji władz, a później uwięzieniu lidera opozycji.

Na początku roku ich symbolem stała się szczotka toaletowa, a to za sprawą opublikowanego przez Fundację Walki z Korupcją (organizacji założonej przez Nawalnego) raportu o pałacu Putina nad Morzem Czarnym. Sam kompleks jest wart ponad miliard dolarów, a szczotka do czyszczenia znajdujących się w nim toalet – jak ujawniło śledztwo – 700 euro, czyli wielokrotność minimalnej pensji w Rosji. Obawy władz przed protestami społecznymi wynikały więc z ryzyka ich eskalacji, zwłaszcza że inspiracją do żądania zmiany władzy mogli służyć protestujący przeciwko fałszerstwom wyborów Aleksandra Łukaszenki Białorusini. A rewolucje to nocna mara prezydenta Putina.

Po drugie, czar „cara” działa coraz słabiej. Poparcie dla prezydenta Rosji oscyluje dzisiaj według sondażowni FOM na poziomie 57%, podczas gdy po aneksji Krymu przekraczało 86%. Coraz większe znaczenie ma w tej sytuacji znużenie ponad dwiema dekadami rządów Władimira Putina, a także pogłębiający się proces zepsucia władz. Dlatego z tak dużą nerwowością Kreml reagował na działalność Nawalnego i jego antykorupcyjną kampanię. Zdecydował się nawet na rozwiązanie ostateczne, a więc (nieudaną) próbę zabójstwa. Wrześniowe wybory to więc sprawdzian dla władz, czy Nalwalny wciąż ma siłę konsolidowania opozycji zza krat, a dla opozycji mocno osłabionej represjami politycznymi – pierwsza okazja do policzenia szabel.

Po trzecie wreszcie, dużym ryzykiem dla władz jest „inteligentne głosowanie”, czyli propagowany przez Nawalnego sposób na walkę z dominacją ludzi Putina. Mechanizm jest bardzo prosty i przetestowany w wyborach lokalnych dwa lata temu. Wskazani wówczas przez Nawalnego kandydaci spoza układu kremlowskiego zdobyli w moskiewskiej Dumie 20 z 45 miejsc. Wystarczyło zagłosować na tego polityka, który ma największe szanse wyeliminować kandydata Jednej Rosji. Nie musi to być „nawalnista”, może być z dowolnej niekremlowskiej partii. Tym razem ludzie Nawalnego czekali do ostatniej chwili i 15 września ogłosili listę 1234 nazwisk rekomendowanych w ramach „inteligentnego głosowania”. Ponad połowa to kandydaci z list Partii Komunistycznej. Dlatego wyniki komunistów to papierek lakmusowy tych wyborów.

Drużyna Putina

Kremlowscy sztabowcy wiedzą, że Jedna Rosja nie ma szans powtórzyć sukcesu z poprzednich wyborów, choć jej zwycięstwo jest niekwestionowane. „Kiepskie notowania jedinorosów tak naprawdę nie mają znaczenia” – przyznawał Aleksiej Muchin ze zbliżonego do Kremla Centrum Informacji Politycznej. „Na korzyść działa niska frekwencja oraz zniechęcenie do wyborów”. Centrum Lewady spodziewa się wręcz rekordowo niskiej, bo 45-procentowej. Na tym właśnie opiera się strategia wyborcza Kremla: zniechęcić aktywistów i krytyków do udziału w wyborach, niezdecydowanych zdemotywować, natomiast własny elektorat skonsolidować.

W tym celu prezydent Putin hojną ręką rozdawał przed wyborami wsparcie finansowe. W pierwszej kolejności 47 milionom emerytów sfrustrowanych reformą z 2018 r. Obiecał im jednorazową wypłatę w wysokości 10 tys. rubli (540 złotych), a emerytom wojskowym 15 tys. rubli (810 złotych). Koszt dla budżetu to „zaledwie” 6,75 mld dolarów, nie przymierzając – ułamek prywatnego majątku Władimira Putina szacowanego przez Harvard Political Review na 60–200 mld dolarów. Do głosowania na Jedną Rosję zachęcał w ten sposób również rodziców uczniów (10 tys. rubli) oraz mundurowych (15 tys. rubli).

Kolejny krok to detoksykacja wizerunku partii. Przed tegorocznymi wyborami schowano do szafy, czyli nie wpisano na listę niepopularnego szefa Jednej Rosji – byłego premiera i prezydenta Dmitrija Miedwiediewa. Wyeksponowano za to czempionów, najbardziej popularnych polityków poza samym prezydentem. Listę Jednej Rosji otwierają więc minister obrony narodowej Siergiej Szojgu oraz szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. „Koledzy zwrócili się do mnie po prostu z prośbą, żeby wpisać ich na listę wyborczą” – wyjaśniał na Wschodnim Forum Ekonomicznym prezydent Putin. Do parlamentu z pewnością nie trafią, gdyż mają być lokomotywami kampanii, a mandat oddadzą kolejnemu z listy. Zresztą sam prezydent nie wyobraża sobie utraty obu polityków. Mało popularna partia władzy musiała wzmacniać się autorytetem głowy państwa. Stąd hasło „Jesteśmy drużyną Putina. Jesteśmy Jedną Rosją”. Nie pierwszy zresztą raz, bo w 2007 r. brzmiało podobnie: „Jedna Rosja, partia Putina”. Na jej listach znalazło się również wielu celebrytów. Jest więc Maria Butina, komentatorka kanału RT, która zasłynęła jako „agentka zagraniczna” lobby zbrojeniowego uwięziona w 2018 r. w USA. Jest także Oleg Matwiejewicz, popularny komentator polityczny, który zabłysnął „marzeniem rozniesienia opozycji czołgami”. Do poważniejszych kandydatów należy Denis Protsenko, szef moskiewskiej Kommunarki, szpitala koronawirusowego, a także Anna Kuzniecowa, rzeczniczka praw dziecka.

Czyszczenie drogi

Kandydaci Kremla nie mogli mieć konkurencji. Dlatego należało oczyścić drogę jedinorosom z „agentów zagranicznych”, „ekstremistów” oraz „zwykłych kryminalistów”, jak władze określają sympatyków Nawalnego oraz liberalną opozycję. „Mamy do czynienia z kryminalizowaniem dysydentów, aktywistów obywatelskich oraz wolności słowa” – oceniał politolog Kirył Rogow. Stąd stare, wypróbowane metody niedopuszczania ich do startu w wyborach.

Sztaby Nawalnego, jego Fundacja Walki z Korupcją oraz wiele instytucji obywatelskich wpisano na listę „ekstremistów i terrorystów”, co z automatu zakazuje im jakiejkolwiek aktywności politycznej. Krytyczne wobec Kremla media oznaczano statusem „agenta zagranicznego”, jeśli wykazywały jakiekolwiek finansowanie z zagranicy. A prodemokratyczne instytucje, jak Otwarta Rosja, uznano za „organizacje niepożądane”. Niezależny ruch społeczny Gołos już w czerwcu alarmował, że restrykcje pozbawiły prawa do kandydowania w wyborach w sumie 9 mln Rosjan (8% populacji), czyli więcej, niż w czasach radzieckich. Wykluczeni są m.in. posiadacze podwójnego obywatelstwa (6 mln) oraz skazani za drobne przestępstwa, jak kradzież (1,1 mln), czy wykroczenia pod wpływem narkotyków (300 tys.).

Władze blokują również w sieci strony „inteligentnego głosowania” oraz zażądały od Google’a i Apple’a usunięcia aplikacji „Navalny” z ich sklepów internetowych. Roskomnadzor zapowiedział 2 września, że odmowa zostanie uznana za mieszanie się w jej wybory. Po odmowie obu firm ambasador USA John J. Sullivan został wezwany do MSZ, gdzie poinformowano go o „niezaprzeczalnych dowodach”, że giganci technologiczni łamią rosyjskie prawo wyborcze. Nie sprecyzowano jednak, o które firmy chodzi ani jakie przepisy łamią. Za to rzeczniczka resortu Maria Zacharowa zasugerowała na Telegramie, że „inteligentne głosowanie jest związane z Pentagonem”.
Brudnych trików jest znacznie więcej. Oficjalnie z powodu restrykcji pandemicznych władze rosyjskie nie zaakceptowały pełnych list obserwatorów z ramienia OBWE. W reakcji organizacja zdecydowała wcale nie wysyłać misji na wybory w Rosji. Pozostają więc obserwatorzy krajowi. Lecz ci są ponoć „ogarnięci”. Tak wynika z nagrań opublikowanych 2 września przez „Nową Gazietę”. Słychać na nich, jak Żanna Prokofiewa, współpracowniczka mera podmoskiewskiego Koroliewa, instruuje członków komisji, jak fałszować listy, podrabiać podpisy i nie przejmować się obserwatorami z innych partii, bo „wszystko jest dogadane”. Najważniejsze, podkreślała, że Centralna Komisja Wyborcza jest zainteresowana „konkretnym wynikiem konkretnej partii”. Padły też liczby: 42–45%, zbieżne zresztą z „przewidywaniami” zbliżonych do Kremla sondażowni, jak VCIOM czy FOM. Według wiceszefa administracji prezydenckiej Siergieja Kirijenki „optymalne dla Jednej Rosji jest 45% głosów i 45-procentowa frekwencja”.

Po co Rosji wybory

Wybory do Dumy wyborami więc nie są. To plebiscyt władzy. Duma nie jest parlamentem, a maszynką do głosowania na żądanie partii rządzącej. Partie, które tam funkcjonują, są „na licencji” Kremla, także te opozycyjne. Prawdziwa opozycja jest poza systemem, zdziesiątkowana restrykcjami lub w kolonii karnej.
dr Agnieszka Bryc - adiunktka na Wydziale Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie UMK w Toruniu. Była członkini Rady Ośrodka Studiów Wschodnich. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej aktywności Rosji.
Wyniki wyborów nie odzwierciedlają prawdziwych postaw politycznych Rosjan, są raczej efektem doraźnych obietnic władz. Pluralizm jest fikcją, bo i tak zwycięża „drużyna Putina”. Wybory mają służyć uspokojeniu świata zewnętrznego. I podtrzymania złudzenia, że „suwerenna demokracja” w Rosji nie jest trupem politycznym. Do czasu.