Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 26.10.2021
Kuba Benedyczak

Spotkanie, którego nie było

W polityce są rozmowy bez znaczenia. Są też wiele mówiące "niespotkania", czyli takie, o których nikt nie wie, a jeżeli już się domyśli, to uczestnicy potrafią udowodnić i przedstawić świadków potwierdzających, że w tym czasie i miejscu byli zupełnie gdzie indziej. Kuba Benedyczak opisał jedno ze spotkań, którego nie było, choć zdarzyć się mogło. Dlatego jest to polityczna fikcja.
Foto tytułowe
Rysunek Andrzej Zaręba

– Władimirze Władimirowiczu, wprowadzić go?

– Jeszcze nie.

– Oczywiście, Władimirze Władimirowiczu.

Kazałem przywieźć do mnie Nawalnego zaraz po jego lądowaniu na Szeriemietiewie. Nie to, żebym miał szczególną ochotę na znajomość z „wrogiem Putina numer jeden”, czy jak go tam nazywają zidiociałe dziennikarskie surykatki na Zachodzie. Po prostu chcę mu złożyć korzystną dla nas obu propozycję. Najbardziej dla Aloszki Nawalnego, ostatecznie to nie ja zgniję w łagrze albo zajmą się mną specjaliści ds. wypadków losowych.

Nie ma co przedłużać, wciskam przycisk pod biurkiem. Dwadzieścia sekund później major Julia Michajłowna wprowadza go, zamykając za sobą drzwi. Aloszka rozgląda się dookoła, jak zwykle wściekły i porwany gonitwą złych myśli. Pierwszy dysydent Rosji zasłużył na uroczystą galę w Sali Aleksandryjskiej, a wylądował w pokoju widmo. Mamy pod Moskwą daczę na takie właśnie spotkania, które nigdy się nie odbyły. W tym akurat pokoju panuje prostota i maniakalna sterylność, jakby na co dzień wszystko zakrywano tu folią malarską. Po lewej stoi brązowy, skórzany fotel. Po prawej obszerna sofa, wzdłuż której ciągnie się niski stół. Za biurkiem widać dobrze wyposażony barek z bardzo drogimi, choć zbędnymi trunkami. Nawalny, podobnie jak i ja, nie pije.

W czasie gdy zielone oczyska Nawalnego skanują pokój widmo, ja przyglądam się jemu. Z tej odległości widzę go po raz pierwszy. Przyjechał do mnie ściągnięty prosto z lotniska, dokładnie taki jak w telewizji, ubrany w jasne dżinsy, granatowy sweter i zieloną zimową kurtkę. Patrząc na niego, zastanawiam się czy on w ogóle został otruty, bo to nadal 188 centymetrów tryskającego zdrowiem byczka, jakby polon i spotkanie ze śmiercią zaszkodziły mu tyle o ile. Albo ci durnie z FSB naprawdę spartolili sprawę, albo niemiecka klinika potrafi zdziałać cuda. Tylko czekam na moją kolejną wizytę w Berlinie, gdzie zobaczę billboard „Otruli cię polonem? Nie martw się, wstąp do nas, a będziesz jak nowy”. I obok uśmiechnięta gęba Aloszki z autografem: „Byłem tu, 10/10. Aleksiej Anatolijewicz Nawalny”.
Rysunek Andrzej Zaręba

Gdyby na starość odbiło mi tak samo jak moim poprzednikom – Gorbiemu i Jelcynowi – i zechciałbym spisać wspomnienia, zupełnie nie wiedziałbym, jak opisać moich kremlowskich towarzyszy. Krawat, garnitur, biała koszula, ponura gęba. Krawat, garnitur, biała koszula, robolska gęba. I krosty. Drogi garnitur, zmarszczki, krawat. Odpychająca gęba. Itd., itp. Ale w przypadku lidera naszej opozycji dokładnie wiedziałbym, co napisać: wypierdek globalnej urawniłowki, obywatel Facebooka i polityczny cheeseburger trzeciego milenium. Bliżej mu do premiera Danii, Holandii albo Kanady niż prezydenta groźnej Rosji. W raportach Julia Michajłowna pisała: „Nawalny w każdy czwartek odwiedza barber shop na Czystych Prudach (tutaj dokładny adres i nazwa), gdzie korzysta z usług homoseksualisty Alexa (jego prawdziwe imię to Siergiej jakiś tam), który za każdym razem wykonuje następujące usługi: strzyże włosy, depiluje brwi, wycina włosy z nosa oraz pielęgnuje zarost”. Dalej raportuje, że Nawalny regularnie biega, trenuje na siłowni, chodzi wcześnie spać, wpierdala ryby i chude mięso. Rosyjski, kurwa, Justin Trudeau… I tylko my Rosjanie rozumiemy, że jest jednym z nas, że to najczystsze rękodzieło naszej historii. Nas żaden Uljanow Pugaczow Groźny w konwencji casual Friday nie oszuka. W przeciwieństwie do zidiociałych zachodnich surykatek.

Dla mnie liczy się jedno: że się go boję. Nawalny cuchnie nienawiścią od samych drzwi, a ktoś taki jest nieputenowalny, głuchy na mój głos rozsądku, i będzie chciał ze mną walczyć, aż jeden z nas padnie trupem. Dlatego najbardziej pierwotny instynkt, pierwszy nerw gadziego mózgu każe mi poprosić Julię Michajłowną, aby Nawalny nie wyszedł żywy ze spotkania, które nigdy się nie odbyło.

Wybiła 23:50. Wypada się uprzejmie przywitać… Etykietą Znaczącej Osobistości z Dostojewskiego: „wobec klientów zachowuję po dżentelmeńsku: mało słów, uprzejmie i surowo. Surowo, surowo, surowo”.

– Dobry wieczór, Aleksieju Anatolijewiczu. Władimir Putin.

Kurwa! Toż to nie uścisk dłoni, a kowalskie obcęgi, które mną miotają jak młot pneumatyczny. Co on mi tak w oczy zagląda, czego tam szuka? Grzechu pierworodnego? Moje oczy i gęba to wody Morza Martwego, iluż jeszcze kretynów będzie próbowało cokolwiek wyczytać z ich ołowianej nicości?

– Słyszeliście na Kremlu o mailach lub chociaż telefonach? Są tańsze, zaproszony gość dociera o własnych siłach i nie potrzeba eskorty smutnych panów. Z telefonu nawet pan potrafi korzystać, a internetem sterujecie nie gorzej niż w Korei Północnej.

No niech mu będzie, że aż mnie piecze od jego ciętej ironii, i w ogóle, że ze mnie kawał zacofanego tłuka. Zdjął zieloną kurtkę i runął na sofę, jakby przyszedł pooglądać telewizję. Rozstawił szeroko nogi, a łokcie oparł o kolana, przez co nadgarstki zwisły mu bezwładnie, eksponując zaczerwienione kostki dłoni, z których wychodzą niemiłosiernie długie palce.

– Takie są procedury, Aleksieju Anatolijewiczu. Na Kremlu i na Łubiance nie dowierzamy elektronicznym sposobom komunikacji. E-mail i telefon, a zwłaszcza dotarcie na miejsce o własnych siłach, pozostawiają zbyt wiele śladów, a mnie i pana tutaj nie ma. Proszę nie kazać sobie o tym przypominać dwa razy. I jeszcze jeden drobny szczegół…

Jego odpowiedź to milcząca wzgarda. Plecy mlasnęły o grzbiet sofy, na którym wyciągnął rękę na całą długość.
Rysunek Andrzej Zaręba

– Smutni panowie tworzyli jedynie konwój. Przywiozła pana generał-major Federalnej Służby Bezpieczeństwa Julia Michajłowna. Awansowana po przeniesieniu ze Służby Kontrwywiadu do Służby ds. Ochrony Porządku Konstytucyjnego i Walki z Terroryzmem. Jest miła, ładna, pracowita i… obu nas przewyższa ilorazem inteligencji. W każdym razie mnie na pewno. Chociaż jesteście w podobnym wieku i razem studiowaliście w Ameryce, ona perfekcyjnie posługuje się czterema językami obcymi, pan natomiast wyuczył się jednego – i to kulawo. Brzmi pan jak nasi rodacy z Brighton Beach. Obecne zadanie Julii Michajłowny polega na ochronie porządku konstytucyjnego przed ekstremistami i terrorystami z pańskiej organizacji oraz całej opozycji antysystemowej, której członkowie planują przeprowadzenie zamachu stanu za pieniądze zagranicznych służb. Zarządza zespołem, który inwigiluje pańskich ekstremistów i wkrótce ich rozbije. Jej rady i wiedza są dla mnie bezcenne.

– Nie wiem, co pan przede mną odstawia, ale w trakcie zimnej wojny w Afryce i Ameryce Łacińskiej amie Zachodu taśmowo szkoliły miejscowych patałachów, żeby potem wsadzać ich na prezydenckie stołki. Wybierały do tego niewykształconych analfabetów, w najlepszym razie ledwie piśmiennych idiotów, ponieważ takimi łatwiej później sterować. Na przykład telegrafista i złodziej bydła na Dominikanie…

– Generał Trujillo. Zastrzelili biedaka.

– Zastrzelili, Władimirze Władimirowiczu. Vargas Llosa napisał o nim bestseller, pod wielce znaczącym tytułem Święto kozła. Kolejny to liberyjski sierżant, ukończył jedenaście klas szkoły…

– Samuel Doe. Oj, poćwiartowali nieboraka.

– Egzekucję można obejrzeć w Liveleak, chociaż pan i tak nie wie, co to jest. Między nimi znalazł się też niedoszły ksiądz, który porzucił seminarium i został kucharzem. Marzył o tytule Napoleona, więc sam siebie mianował Cesarzem Republiki Środkowoafrykańskiej…

– Bokassa. Odroczyli mu karę śmierci i pozwolili wyjechać. W czepku urodzony!

– Jest jeszcze jeden kucharz. Ugandyjski syn czarownicy. Za jego rolę Forest Whitaker dostał Oscara. Pan oczywiście nie ma pojęcia, kim jest Whitaker…

– Przyznaję, nie mam, ale Idiego Amina pamiętam. Wygnali go do Arabii Saudyjskiej. Ty mnie, synku, chcesz z nimi wrzucić do jednego worka? Pochodząc z biednej, robotniczej rodziny, ukończyłem prawo i nie wychowała mnie obca armia, tylko moja własna ojczyzna. Rodzime KGB.

– Przywołałem tych nieudolnych troglodytów z dwóch powodów. Chociaż wydaje się to panu odległe, może pan skończyć jak Trujillo i Doe albo jak Bokassa i Amin.

Patrzy i czeka, czy się przestraszę. Kretyn.

– A drugi powód?

– Nie stanowi większego problemu, gdy jakiś niewydarzony dureń sprawuje władzę w Sudanie lub Fidżi. Tragedią jest, gdy mocarstwem rządzi funkcjonalny analfabeta. Gutenberg wynalazł maszynę drukującą książki. Jego wynalazek zmienił sposób myślenia i rozumienia rzeczywistości, żeby w kolejnym kroku doprowadzić do rozpołowienia katolicyzmu, reformacji i renesansu, aż w końcu ewolucji ustroju politycznego i narodzin kapitalizmu. Internet jest wynalazkiem oddziałującym znacznie głębiej, bo nie dotyczy wyłącznie elit. Internet objął zasięgiem populację całego globu i zassał niemal wszystkie dziedziny aktywności człowieka.

– Proszę powiedzieć to Burundyjczykom w słomianych chatach.

– Niech pan przestanie udawać głupiego i choć raz uczciwie na siebie spojrzy: ledwo korzysta pan z internetu, nie ma pan pojęcia, jak robić w nim zakupy, korzystać z banku i komunikować się z ludźmi. Żyje pan poza wymianą myśli i informacji, czyli poza realnością życia. Przy takim stanie wiedzy nie potrafi pan odróżniać prawdy od fałszu. Pozostaje pan głuchoniemym starcem w ogromnym pałacu, skazanym na wieści dostarczane przez posłańców i otoczenie, których nie jest pan zdolny zweryfikować. Bo niby jak? Wyjdzie pan z limuzyny i zacznie wypytywać ludzi na ulicy? Postawi przy każdym urzędniczynie szpicla, żeby kontrolował, czy jego raporty są rzetelne, a ukłon szczery? Przecież to śmieszne! Siedzi pan więc bezradny w swoim gabinecie i czeka na tony makulatury, które może przyniosą prawdę, a może nie. Rozumie pan, na czym polega dramat? Mocarstwem nuklearnym rządzi analfabeta wylegujący się na wysypisku historii. Jest pan groźniejszy od wszystkich niepiśmiennych tyranów Trzeciego Świata razem wziętych.

Jakby mi w ryj napluł, kurwi pomiot. Liszaj czarnobylski!
Rysunek Andrzej Zaręba

– Zabiorę ci telefon, gówniarzu i będzie po twojej rewolucji. Żaden naród nie jest na tyle szlachetny, żeby przedkładać walkę o twoją sprawę nad gołą dupę, różową iluzję życia, plotki i trupy, w których utonął internet. Kocham internet, chociaż przyznaję – rzadko tam bywam. Twój internet to wirtualna Czeczenia i chaos – środowisko życia KGB. A ja jestem KGB, synku! Wierzę w kontrolę i manipulację. Najpierw kontrola, później wszystko inne. A gdzie możesz tak śpiewająco wodzić za nos i na pokuszenie, dowoli szpiegować, cenzurować, sterować umysłami, jak nie w gugyl-szmugyl i całej reszcie? No gdzie?

– Nie ma władzy, która by nie runęła pod takim ciężarem ignorancji i bezradności. Właściwie to pan otwarcie przyznał, że w waszych rękach nie znajduje się już nic prócz nagiej siły. W 1907 roku były dyrektor tajnej policji… jak on się nazywał? Łopuchin, Aleksiej Łopuchin. Łopuchin pisał, że poglądy jego kamratów sprowadzają się do tego, że władza państwowa jest permanentnie zagrożona przez społeczeństwo, zatem policja ma prawo stosować wszelkie możliwe metody dla ochrony władzy. W efekcie policja i władza osobiście dokarmiają rewolucję, ponieważ obrona władzy przez policję przeradza się w wojnę z całym społeczeństwem, tworząc między nimi przepaść nie do przebycia.

– Nie Aloszka, ty nie masz za sobą „całego społeczeństwa”, a moje 60% poparcia to nie liczba urojona. Ten brulion, widzisz? To raport Julii Michajłowny o tobie. Wiem z niego, że byłeś więźniem sumienia Amnesty International. Foreign Affairs wpisał cię na listę stu najważniejszych myślicieli naszych czasów. YouTube przyznał ci jakąś nagrodę, a moi ulubieńcy z „Time’a” zaliczyli cię w poczet najbardziej wpływowych ludzi internetu. Moje gratulacje! Byłem kiedyś ich człowiekiem roku, wiesz?

– Dwa razy ich człowiekiem roku był Stalin, a w trzydziestym ósmym Hitler.

– Brawo Aloszka, mądry chłopak! I ja w dupie mam rankingi, w których czołówce jestem od lat. Dlatego skupiam się na innych liczbach. Julia Michajłowna napisała, że twój profil na Facebooku śledzi prawie 600 tysięcy ludzi. Twój kanał na YouTubie subskrybuje 6,5 miliona ludzi. Nie wiem, czy to dużo, czy mało, nie wiem też, czym są posty i lajki ani co to znaczy „subskrybować”. Śledzić potrafię jedynie ludzi, zdawałem z tego egzamin w KGB. Ale od razu nasunęło mi się pytanie… Gdybyś przypadkiem nie wyszedł stąd żywy, ilu z tych dobrych, natchnionych twoimi ideami ludzi wyjdzie zza ekranu komputera i zaryzykuje nerki odbite pod pałkami Gwardii Narodowej?

– Oni już wyszli. Niech pan popatrzy, co kilka godzin temu działo się na lotnisku. Ludzie zebrali się w mojej obronie. A będzie nas więcej.

Ileż w nim głupiej i wypłukanej z wyobraźni pewności siebie. „Będzie nas więcej”… Jasne, że więcej, i co z tego? Ileż razy przerabiałem to przez ostatnie 20 lat? Wyjdą na ulicę, pokrzyczą, pomachają transparentami przez dwa, trzy tygodnie. Góra miesiąc. Na moje oko nie więcej niż sto tysięcy ludzi w całym kraju. Podzielić ich przez miasta, podzielić przez dni… Ile tego wyjdzie? Garstka. W tym czasie na Zachodzie potrwa kongregacja-masturbacja wszystkich tych niu jork tajmsów i der szpigli. Jak już skończą, założą spodnie i raz dwa zapomną o Aloszce. Dla zachodnich surykatek Nawalny jest jak prostytutka, która daje przyjemność na godziny. Przez kilka tygodni zapełnia im szpalty, czas radiowy i antenowy, a także, co dla nich równie ważne, podnosi samoocenę, bo bronią dzielnego, uciśnionego Ruska, który chce Putinowi wsadzić pręt w dupę. I nawet nie rozumieją, że my na Kremlu już dawno to rozpracowaliśmy. Ale dosyć tego. Do rzeczy.

– Aleksieju Anatolijewiczu, proszę na chwilę usiąść. Zaprosiłem pana, ponieważ chciałbym coś zaproponować. Pan ma tego swojego antykorupcyjnego kręćka. Pytają pana o upadek czytelnictwa, a pan, że korupcja. Reforma muzeów, a pan, że więzienie i że Syberia. Na hasło „pożary w Orłowsku” krzyczy pan: „Złodzieje!”. Na podstawie raportów i tego, co dowiedziałem się z naszej dzisiejszej rozmowy, dochodzę do przekonania, że demokracja obchodzi pana tyle o ile, za to żywo jest pan zainteresowany likwidacją korupcji i reformami gospodarki. Czy dobrze pana rozumiem?

Oczywiście, że dobrze. Aloszka Nawalny podobnie jak ja rozumie, że demokracji nigdzie na świecie nie ma i nie będzie, są pozory, to tylko jeszcze jeden bałamutny abstrakt-mamidło. Demokracja to tak bez pierdolenia nowy glejt na misjonarstwo Zachodu, parareligijna nadbudowa ekspansji jego koncernów i rządów. I ja, i Aloszka, i wszystkie moje Iwanowy, doskonale o tym wiemy, tylko przyznaję… jak po grudzie idzie nam wynalezienie naszego własnego glejtu. Rosyjskiego.

– Męczy mnie rozmowa z panem. Albo pan powie, o co chodzi, albo niech smutni panowie Julii Michajłowny odwiozą mnie do żony.

– Do żony… Moja oferta to ministerstwo sprawiedliwości i specjalna służba antykorupcyjna w pańskich rękach. Nie zamierzam żyć wiecznie, ma pan jakieś 20 lat na przekonanie do siebie Rosjan, jaki z to pana twardy i sprawiedliwy szeryf. Ale tu z nami, na Kremlu i wewnątrz systemu. Pod moją kontrolą.
Rysunek Andrzej Zaręba

Teraz w jego zielonych oczyskach nastąpiło zwarcie na kablach. Prawie błysnęły. Podnosi cielsko z kanapy, znowu poprawia rękawy swetra. Pochyla się nade mną tak, że znowu nurkuje w martwocie moich oczu. Jeszcze chwila i zetkniemy się nosami. No cóż, wstanę i ja.

– Oto moja propozycja, Władimirze Władimirowiczu: pan i pańska rodzina wyjeżdżacie z Rosji, zachowując pieniądze i zagraniczną własność. Bez wyroków sądu, bez listów gończych i wniosków o ekstradycję. Jeśli nie wyjedziecie, nie kiwnę palcem, żeby którekolwiek z was uratować, gdy pański reżim w końcu runie.

– A kiedy to nastąpi, jeśli mogę wiedzieć, Aleksieju Anatolijewiczu? Zacząłbym się pakować…

– Nastąpi, prędzej czy później, ale nastąpi. Pan nie dożyje spokojnej starości.

– Ty, synku, chcesz spędzić resztę życia w łagrze? Albo żeby któregoś ranka dzieci znalazły cię w łóżku sztywnego, bo jebnąłeś na zawał?

– Zmiecie pana demokratyczna rewolucja, której tak się pan od dwudziestu lat boi albo…

– Drugiej szansy nie dostaniesz, Alosza.

– …albo do kosza na śmieci wyrzucą pana kremlowscy koledzy. W najlepszym wypadku będą wozić jako zaślinionego starca na wózku.

Odwrócił się do mnie plecami i zebrał do wyjścia. Że niby to on skończył rozmowę ze mną. Symboliczna broń pokonanych, puste gesty bezbronnych. Odnotować: przypadek tragicznie nieputenowalny. Ważę jeszcze przez chwilę, czy bardziej mi się przyda żywy, czy martwy. Twardy chłopak, przyznaję, ale jak mawia stare rosyjskie przysłowie, z durniem ani popłakać, ani się pośmiać. Nie pozostaje nic innego, jak wcisnąć przycisk pod biurkiem.
dr Kuba Benedyczak, dziennikarz zajmujący się Rosją i Europą Wschodnią. Współpracuje m.in. z Radiem 357 i Nową Europą Wschodnią oraz wykłada na Uniwersytecie Warszawskim.

– Julio Michajłowno, odwiezie pani Aleksieja Anatolijewicza, a po drodze wytłumaczy mu, dlaczego nie warto się chwalić naszym spotkaniem.

Ostatni raz zwracam się do Nawalnego.

– Weź kurtkę, Alosza. Przyda się.