Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Transatlantyk / 29.11.2021
Nikodem Szczygłowski

Tęsknota za schyłkowym socjalizmem i Jugosławią sprzed lat

Słoweńcy zachwycają się debiutancką powieścią Bronji Žakelj. Czy jest to przejaw tłumionej nostalgii za dzieciństwem spędzonym w Jugosławii, którą obudziła w nich pisarka, przypominając na kartach powieści o wszystkich drobnych elementach tworzący świat schyłkowych lat SFRJ? A może – jak mówi w wywiadzie Nikodemowi Szczygłowskiemu – dzięki lekturze tej książki ktoś po prostu poczuje się mniej samotny?
Foto tytułowe
Stare zdjęcie rodzinne rodziny z Jugosławii (Shutterstock)

Twoja książka Belo se pere na devetdeset (słow. Białe ubrania należy prać w temperaturze dziewięćdziesięciu stopni) jest bestsellerem w Słowenii, ostatnio znalazła się również na szczycie listy popularności w Chorwacji. Została przetłumaczona na język włoski, a ostatnio – macedoński. Co zdecydowało o jej popularności? Może nostalgia za jugosłowiańskim dzieciństwem dzisiejszych 40-latków?

Jedna rzecz jest pewna. Dla przedstawicieli mojego pokolenia istnieje nostalgia za późnym socjalizmem lat 80. XX wieku, czyli za latami, w których dorastaliśmy. Jednak jest też coś bardziej istotnego – w czasach kreowanej obecnie przez media społecznościowe rzeczywistości wszyscy potrzebujemy czegoś, do czego możemy się odwołać w sposób bezpośredni, co jest nam bliskie. Istotne znaczenie w tym kontekście ma fakt, że ludzie rozpoznali w mojej książce swoje własne historie. Z jednej strony są to oczywiście historie o Jugosławii i socjalizmie, ale z drugiej – stawiam czytelnikowi pytania o przemijalność życia, o samotność, chorobę i śmierć.

Są to pytania, które w codziennym życiu zazwyczaj są spychane gdzieś w kąt, zamiatane pod dywan, z którymi najczęściej nie konfrontujemy się w codziennych rozmowach. A skoro o nich nie mówimy, oznacza to, że pozostajemy z nimi sam na sam. Myślę więc, że ta książka znalazła sposób, aby dotrzeć przede wszystkim do wszystkich tych, którzy czują się osamotnieni. Jednym z najpiękniejszych momentów dla mnie – a odkąd trzy lata temu wydałam Belo se pere…, dostaję wiele listów – jest chwila, kiedy czytelnik lub czytelniczka pisze do mnie, że dzięki mojej książce poczuł się trochę mniej samotny.

Bronja Žakelj (ur. 1969) – fenomen współczesnej literatury słoweńskiej. Jej debiutankcą powieść Belo se pere na devetdeset (Białe ubrania należy prać w temperaturze dziewięćdziesięciu stopni) sprzedała się w nakładzie 18 tysięcy egzemplarzy, co stanowi absolutny rekord w niewielkim kraju, gdzie przeciętny nakład nie przekracza 2 tysięcy.

Według opinii jednego z krytyków Belo se pere… to przede wszystkim opowieść o dorastaniu, o mierzeniu się ze stratą i chorobą, o oswajaniu strachu i o wszystkich tych rzeczach, o których nie chcemy wiedzieć, dopóki nie zostaniemy z nimi skonfrontowani. Twoja powieść, którą powszechnie odbiera się jako autobiograficzną, powstawała przez dłuższy czas. Czy niektóre rzeczy po prostu trzeba ocenzurować, nabrawszy do nich dystansu?

Tak właśnie jest w moim przypadku. Myślę, że byłaby to zupełnie inna powieść, gdybym opublikowała ją w ciągu tych pierwszych lat, kiedy zaczęłam ją pisać. Tak się jednak nie stało. Biorąc pod uwagę, że to naprawdę moja autobiograficzna historia, musiałam wszystko dokładnie przemyśleć, nadać temu odpowiedni sens w trakcie pisania, i właśnie dlatego potrzebowałam na to więcej czasu. Historia zaczyna się w moim dzieciństwie, a kończy się, gdy mam około trzydziestki, więc musiałam się zdystansować, gdyż wydarzyło się w tym okresie zbyt wiele trudnych dla mnie rzeczy, żebym mogła je z lekkością i wiarygodnie opisać. Stawiałam sobie za cel zrobić to bez patetyzmu, bez moralizowania, nie chciałam, żeby to był podręcznik przetrwania, lecz normalna, życiowa historia.

Akcja twojej powieści rozgrywa się w schyłkowej Jugosławii widzianej oczyma młodej, wchodzącej w dorosłość dziewczyny z trudnymi doświadczeniami rodzinnymi – umiera jej matka i brat, dowiaduje się o własnej nieuleczalnej chorobie. Co ten okres w historii kraju znaczy dla ciebie osobiście? Czy współbrzmienie między prywatnymi nieszczęściami a wstrząsami społecznymi związanymi z załamaniem gospodarczym i rozpadem SFRJ ma w tym przypadku dodatkowy wymiar?

Rozpad Jugosławii dotąd przeżywam w ten sam sposób, co wówczas, gdy miało to miejsce – jako moment szczególny. I kiedy piszę w swojej powieści, że było mi ciężko, gdy rozpadła się Jugosławia, to było mi ciężko nie dlatego, że nie chciałabym, by powstała niepodległa Słowenia, ale dlatego, że rozpadło się wówczas wszystko, co było dla mnie najważniejsze – moja rodzina. Biorąc pod uwagę, że kilka lat wcześniej straciłam matkę, wydawało mi się, że moja matka odeszła gdzieś daleko, że została w tym kraju, którego już nie ma. Był to także szczególny moment, gdyż jednocześnie nieobca mi była euforia związana z naszą niepodległością. W powieści chodzi mi jednak przede wszystkim o emocjonalny i osobisty, intymny wątek tych wspomnień, które w sposób szczególny łączą mnie z moją matką.

Kiedy w 1980 roku zmarł Tito, miałam 11 lat i pamiętam, jak oglądaliśmy w telewizji jego pogrzeb, a moja mama płakała. Ja też bardzo starałam się płakać, ale jakoś mi nie wyszło.

Z kolei tzw. wojna dziesięciodniowa w Słowenii [pisałem o niej w artykule Słowenia, kraj skandalicznie nieznany – przyp. N.S.] odbyła się tuż po mojej rocznej kuracji w Lublanie. Mój młodszy brat był z kolei na wyprawie w górach – uprawiał alpinistykę, a gdy wrócił do domu, to nawet nie wiedział, że w kraju była wojna. Tak przynajmniej twierdził, być może jedynie się ze mną droczył. Jednym z wyrazistych wspomnień z tym związanych był moment, kiedy w mieście wyły syreny, mój ojciec, cały rozhisteryzowany, ponaglał do zejścia do schronu, a ja się upierałam, aby zabrać ze sobą moją małą świnkę morską, na co nie pozwalał. Tata udał się więc do schronu sam, a ja zostałam w domu i oglądałam w telewizji konferencje prasowe.

Czy masz też jakieś żywe wspomnienie z dzieciństwa dotyczące życia politycznego i społecznego w Słowenii, która była częścią SFRJ?

Wiele. To zaś, co najbardziej pamiętam, co mi się kojarzy z tamtymi czasami, to rodzaj wyjątkowej wspólnoty, która nas wówczas łączyła. Kuchnia w naszym mieszkaniu była zawsze pełna ludzi, codziennie były jakieś odwiedziny, duża liczba jakichś ludzi zjawiała się wtedy na naszym progu ot tak, po prostu, niezapowiedziana. W tej kuchni piło się, jadło, rozmawiało, paliło, grało w szachy, w karty. Istniały wtedy jakieś takie niezwykłe z dzisiejszego punktu widzenia wspólnoty krewnych, przyjaciół, sąsiadów, a ja na przykład dość długo nawet nie miałam klucza do swojego mieszkania, ponieważ zawsze ktoś w nim był.

Kolejna istotna rzecz to sposób, w jaki nasze prywatne wspomnienia łączą się w pamięć zbiorową. Wciąż żyjemy w podzielonym społeczeństwie. Przykładowo moja babcia była partyzantką, w czasie wojny walczyła w oddziałach ruchu oporu Tity, a mój ojciec zawsze przeklinał „czerwonych”, więc w rodzinie pod tym względem ciągle panowało pewne napięcie. Moja matka była pośrodku i próbowała to wszystko jakoś łagodzić. Jako dziecko postrzegasz takie rzeczy zupełnie inaczej. Ja i mój młodszy o cztery lata brat śledziliśmy wszystkie wydarzenia w kraju, codziennie o wpół do siódmej wieczorem włączaliśmy telewizor i oglądaliśmy Dnevnik – główne wydanie wiadomości. Wszystko, co słyszeliśmy dookoła, miało na nas wpływ – a słyszeliśmy przecież, że Jugosławia jest najlepsza, że Tito jest kochany na całym świecie itd. W ten sposób ówczesne społeczeństwo miało niewątpliwie wielki wpływ na moje postrzeganie świata i samej siebie w nim. Byłam bardzo dumna z tego, że jestem Jugosłowianką.

Ostatnio w Słowenii coraz częściej słychać głosy – zwłaszcza ze strony obecnie rządzącego obozu politycznego z premierem Janezem Janšą na czele – o rzekomej potrzebie wyrównania rachunków z dziedzictwem kulturowym Jugosławii. Co dla ciebie i twojego pokolenia oznacza 30. rocznica niepodległości Słowenii, którą kraj obchodzi w tym roku?

To bardzo ważny moment, który emocjonalnie przeżywam, niezależnie od tego, jak się czułam wtedy, gdy upadła Jugosławia. Owszem, czułam się wtedy źle, ale jednocześnie uwielbiałam naszą Słowenię. Jestem patriotką, kocham mój kraj, ale koncepcja patriotyzmu – podobnie jak rocznica 30-lecia niepodległości – została nam skradziona przez skrajną prawicę. Odczuwam z tego powodu duży niepokój i dyskomfort. Ale to wcale nie znaczy, że nie mogę nadal kochać Słowenii. Ostatnio wręcz popadam w konflikt z przedstawicielami lewicy, którzy przykładowo mają problem z wywieszaniem flagi, ponieważ w ich oczach automatycznie oznacza to, że się jest prawicowcem. A przecież jeśli jest się słoweńskim patriotą, bynajmniej nie oznacza to, że ma się problem np. z przybywającymi do nas uchodźcami – to zupełnie inna sprawa! Niestety, samo pojęcie patriotyzmu z powodu tego zawłaszczenia przez skrajną prawicę traci obecnie na wartości.

Coraz więcej słoweńskich pisarzy sięga ostatnio po wątki związane z doświadczeniem jugosłowiańskim – wystarczy wspomnieć choćby Gorana Vojnovicia czy Mihę Mazziniego. Czy uważasz, że ten rozdział w historii kraju jest nadal źródłem inspiracji dla pisarzy i nie został odpowiednio zamknięty w słoweńskim społeczeństwie?



Choć czytam sporo, nie jestem typem osoby, która chłonie wszystko, co ukazuje się drukiem. Kiedy pisałam swoją powieść, zagłębiłam się w ten mikroświatek, który istniał w latach 70. i 80., w kręgu nikomu nieznanej, niewyróżniającej się niczym szczególnym rodziny z klasy średniej w Lublanie. W zasadzie to jest właśnie życie. Takie opinie też później odbierałam, m.in. właśnie Vojnović napisał świetny felieton w „Dnevniku” o tym, jak musiała się zjawić niejaka Bronja Žakelj, żeby mu odkryć trochę więcej ówczesnego życia z punktu widzenia tych wszystkich drobiazgów, które opisałam. On sam, kiedy pisał swoje Čefurji raus!, również się tym zajmował, ale w innym kontekście, nikt wcześniej nie opisał tego z punktu widzenia zwykłej słoweńskiej rodziny. I może właśnie dlatego ludzie dosłownie rozchwytują moją książkę. Kiedy Beletrina postanowiła ją wydać – renomowane, duże wydawnictwo – byłam bardzo podekscytowana, ale wciąż obawiałam się, że nikt nie będzie chciał tego czytać. Ale największą wartość, jak sądzę, czytelnicy widzieli w tym, że powieść po prostu opisywała, jak żyliśmy w tym czasie. Jak powiedział Vojnović, „wszyscy jedliśmy ciasteczka «Jaffa» w ten sam sposób” [chodzi o popularne w całej SFRJ wyroby fabryki Jaffa Crvenka w Serbii – przyp. N.S.]. To właśnie takie małe rzeczy, drobne szczegóły, które oddają ducha czasów, przyciągają tak wielu ludzi i sprawiają, że chcą czytać.

Dodam jeszcze, że kiedy pisałam tę powieść, unikałam czytania czegokolwiek, co byłoby zbliżone tematycznie. Nie czytałam wspomnianego Vojnovicia, gdyż bałam się, że jest tak dobry w tym, o czym pisze, że nie mogłabym już napisać niczego lepszego. Chciałam też trzymać się swojego stylu i uniknąć nawet podświadomego kopiowania innych autorów.

Twoja powieść odniosła sukces również w krajach sąsiednich, takich jak Chorwacja czy Włochy. Jak myślisz, dlaczego?

Różnie rozumiana inność jest zwykle przedmiotem zainteresowania czytelników czytających przekłady. Włosi byli bardzo zainteresowani tym, jak wówczas żyliśmy w Jugosławii, ponieważ oni w zasadzie wyobrażali sobie życie tutaj prawdopodobnie tak, jak my z kolei wtedy wyobrażaliśmy sobie życie w Polsce – świat za żelazną kurtyną po prostu nie istniał. Dla Włochów myśmy byli po jej drugiej stronie, a z kolei z naszej perspektywy tam byli Polacy. I dlatego pierwsza część książki opowiada o tym nieznanym dla obcych świecie, z kolei druga jest raczej uniwersalna. Opowiada o problemach, z którymi musiałam się zmierzyć: śmierć matki, cisza, choroba, samotność, to, jak trudno jest stawić czoło lękowi przed śmiercią. Są to niełatwe tematy – ale dla mnie to przede wszystkim książka o życiu, no i oczywiście mój hołd, który w ten sposób oddaje matce.

W 2019 roku zdobyłaś za swoją powieść Nagrodę Kresnika, najważniejszą w literaturze słoweńskiej. Jesteś dopiero trzecią kobietą, która otrzymała to wyróżnienie. Czy mimo wielu znanych słoweńskich pisarek – takich jak Mojca Kumerdej czy Gabriela Sušnik – literatura słoweńska nadal ma przede wszystkim męskie oblicze?

Męskie oblicze ma przede wszystkim nasze społeczeństwo, literatura jest jego odbiciem. A mężczyźni, niestety, wciąż definiują naszą rzeczywistość. Nadal żyjemy w patriarchalnym społeczeństwie. A to, że jestem dopiero trzecią kobietą, która zdobyła Nagrodę Kresnika, i to, że jest to w ten sposób podkreślane, jest już wystarczająco wymowne same w sobie. Myślę, że dziś w naszym społeczeństwie zrobiliśmy wręcz krok wstecz pod tym względem. Oczywiście nie powiem, że teraz znów nawołuje się kobiety, by wróciły do garów, ale fakt, że obecny polski rząd widzi w naszym rządzie sojusznika w kwestiach takich jak wycofanie się Słowenii z Konwencji Stambulskiej, znaczy już wiele. Jest to dla mnie straszne, gdy prawa, które zostały już kiedyś nabyte, wciąż przez niektórych nie są uznawane za oczywiste. Kobiety, czy to przyznajemy, czy nie, nadal odgrywają podrzędną rolę w naszym społeczeństwie.

Czy uważasz, że okres transformacji systemowej, której Słowenia doświadczyła w latach 90., różni się od innych krajów byłej Jugosławii i Europy Wschodniej lub Środkowej, czy też proces ten miał wiele cech wspólnych we wszystkich tych państwach?

Trudno mi mówić o całym bloku wschodnim, jednak w Słowenii w następstwie pandemii zobaczyliśmy bardzo wyraźnie, jak działa nasz obecny model rozwoju, w całej jego destrukcyjności.
Nikodem Szczygłowski - podróżnik, pisarz, eseista, reporter. Absolwent Archeologii śródziemnomorskiej Uniwersytetu Łódzkiego i CEMI - Central European Management Institute w Pradze. Biegle włada językiem litewskim i słoweńskim, znawca kultury słoweńskiej. Obecnie mieszka w Wilnie, laureat nagrody za osiągnięcia w publicystyce Ministerstwa Kultury Republiki Litewskiej (2020).

Więcej artykukłów Nikodema Szczygłowskiego
Myślę, że doprowadziło nas to do kompletnego egoizmu, braku solidarności, której wszyscy obecnie potrzebujemy, do sytuacji, kiedy każdy dba tylko o siebie i nie troszczy się o społeczeństwo jako całość – za przykład niech posłuży chociaż sytuacja z niskim odsetkiem zaszczepionych przeciwko koronawirusowi lub fakt bezprecedensowej kradzieży sprzętu medycznego w skali całego kraju [chodzi o aferę z przetargami na zakup sprzętu medycznego i maseczek ochronnych, która wybuchła w kwietniu 2020 roku w Słowenii, pisałem o niej w artykule Wzloty i upadki Marszałka Twitto. O kontrowersyjnym premierze Słowenii Janezie Janšie – przyp. N.S.]. Mówię o pewnego rodzaju bankructwie solidarności. Naszym marzeniem było kiedyś, abyśmy stali się drugą Szwajcarią, ale wciąż nią nie jesteśmy.