Nowa Europa Wschodnia (logo/link)

Donieck, wersja piracka. Podróż do miasta, w którym mieszkałam przed wojną

Terytorium Ukrainy kontrolowane przez władze nieuznawanych „republik ludowych” jest zamknięte dla większości obywateli kraju. Niezależni dziennikarze, zarówno z Rosji, jak i Ukrainy, nie mają prawie żadnych szans na dotarcie tam. W efekcie prawie nic nie wiadomo o codziennym życiu współczesnego Doniecka. Jego była mieszkanka, obecnie żyjąca w Kijowie, odbyła podróż na terytorium tzw. Donieckiej Republiki Ludowej w sprawach osobistych – i na prośbę BBC opowiedziała, co udało jej się tam zobaczyć. Publikujemy ponownie reportaż BBC w czasie kiedy prezydent USA ostrzega przed wybuchem wojny a na tych terytoriach ogłoszono ewakuację oraz mobilizację. Raptownie wzrósł ostrzał prowadzony przez separatystów - to ponad 1400 wymian ognia w ciągu jednego dnia. Tak oceniają organizacje obserwujące granicę pomiędzy "republikami" a terytorium Ukrainy.
Foto tytułowe
(Shutterstock)

W sobotę spod McDonalda na placu przed kijowskim dworcem odjeżdża niepozorna marszrutka. Są tu ich dziesiątki. W przeciwieństwie jednak do innych pojazdów zaparkowanych w pobliżu, oznaczonych tablicami z nazwami miast typu „Żytomierz”, „Winnica” czy „Biała Cerkiew”, trasa tej marszrutki nie jest oznakowana. Pasażerowie odnajdą ją po tablicach rejestracyjnych i imieniu kierowcy, o których zawczasu informuje przewoźnik podczas telefonicznej rezerwacji wyjazdu.

Są to przewozy nieregularne w dosłownym tego słowa znaczeniu. Pasażerowie, którzy ładują swoje bagaże do bagażnika, a następnie z podróżnymi poduszkami na szyję usadawiają się w kabinie, nie wiedzą dokładnie, ile czasu spędzą w drodze, jaką trasą będą podążać i ile wyniosą koszty przejazdu. Kierowca niechętnie odpowiada na takie pytania, zresztą nikt nie chce go nimi denerwować. Przed nami prawie dwa tysiące kilometrów i cztery odprawy celne.

Jedziemy do Doniecka.

Kiedyś, w świecie, którego już nie ma, taka podróż trwała jedną noc spędzoną w komfortowym przedziale pociągu ekspresowego o nazwie „Donbas”. Wielu nazywało go – zgodnie z jego dawną nazwą – „Ugoliok” (ros. „Węgielek”). Teraz spędzimy w drodze od 27 do 30 godzin, a może i więcej. W tym czasie z Europy można by się dostać drogą lotniczą do Nowej Zelandii.

Będziemy musieli okazać kilka paszportów podczas kontroli granicznej, wskazać różne cele podróży i bacznie uważać na język, w jakim rozmawia się z celnikiem. Musimy opuścić jeden kraj, minąć drugi i wjechać na terytorium, które nie jest konsekwentnie oznaczone na mapach.

Cztery przejścia graniczne oraz kilka paszportów

Na początku pandemii COVID-19 podróż na terytorium obwodu donieckiego znajdującego się poza kontrolą Kijowa stała się prawie niemożliwa. Przejścia graniczne zostały zamknięte w marcu 2020 roku, gdy w Ukrainie rozpoczęła się tzw. pierwsza kwarantanna. Trzy miesiące później władze otworzyły dwa przejścia, później też pozostałe. Jednak od strony terytorium kontrolowanego przez separatystów wznowiono pracę tylko dwóch.
(Shutterstock)

Jedno z nich znajduje się niedaleko Stanicy Ługańskiej, korzystając z niego można wjechać na terytorium tzw. Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁRL). Drugie, w okolicy miejscowości Ołeniwka, ok. 30 km od Doniecka, jest jedynym punktem, za pośrednictwem którego można się dostać z kontrolowanej przez Kijów części terytorium Donbasu do tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (DRL). To drugie przejście jest czynne jedynie dwa razy w tygodniu, a żeby z niego skorzystać, należy uzyskać specjalne zezwolenie wydane przez główną kwaterę dowodzenia DRL. Trzeba na nie długo czekać, a w większości przypadków otrzymuje się odmowę.

Według strony internetowej Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców przed zamknięciem przejść granicznych każdego miesiąca linię demarkacyjną przekraczało 1–2 miliony osób, obecnie – nie więcej niż 50 tysięcy. Spośród nich jedynie 2 tysiące osób przejeżdża przez przejście w Ołeniwce.

Jedyną metodą przedostania się do Doniecka z Ukrainy pozostają więc prywatne przewozy nieregularne – objazdem, przez Rosję. Objazd oznacza nadłożenie drogi o ponad tysiąc kilometrów i wymaga przekroczenia dwóch granic – najpierw między Ukrainą a Rosją, a następnie między Rosją a DRL. Koszt takiej podróży w jedną stronę z Kijowa do Doniecka wynosi średnio 2900 hrywien, czyli około 4–5 razy więcej, niż kiedyś kosztowała bezpośrednia podróż pociągiem.

Poza wygórowaną ceną i wyczerpującą drogą takie wyjazdy oznaczają także łamanie prawa. Obywatelom Ukrainy zabrania się przekraczania niekontrolowanego odcinka granicy rosyjsko-ukraińskiej na terenie nieuznawanych republik, a za niepodporządkowanie się do niedawna groziła grzywna. Choć grzywnę ostatnio zniesiono, zakaz pozostaje w sile.

Przy przekraczaniu granicy ukraińsko-rosyjskiej ciężko jest ustalić, dokąd tak naprawdę zmierza nasza marszrutka. Na pytanie pasażerów, co mają powiedzieć pogranicznikom i celnikom, nasz kierowca Andrij radośnie odpowiada: „Mówcie, że jedziemy do Biełgorodu na wesele”. Trudno się nie pogubić w żonglowaniu paszportami. Ukrainę opuszczamy na podstawie paszportu ukraińskiego, przejeżdżamy przez Rosję w trybie tranzytu na podstawie ukraińskiego dowodu osobistego, ten też dokument musimy okazać również na granicy z DRL. Aby wjechać na niekontrolowane przez Kijów terytorium, w dowodzie musi być wpisany meldunek w Doniecku. (Niekontrolowaną przez władze ukraińskie granicę między DRL a Rosją mieszkańcy nieuznanego terytorium mogą przekraczać na podstawie dokumentów DRL lub rosyjskich).

Przed pierwszym punktem kontrolnym pod Charkowem kierowca obok paczek papierosów i puszek z napojami energetycznymi na desce rozdzielczej umieszcza zwinięte w rulonik banknoty. Przy wjeździe na przejście wita się z ukraińskimi pogranicznikami, podając im ręce. Na przejściu ukraińsko-rosyjskim spędzamy około trzech godzin. Ludzie tupią w miejscu z zimna, na mrozie para idzie im z ust. Celnicy w zimowych uniformach i futrzanych czapkach nieśpiesznie snują się w tę i we w tę.

Rozmowa z Urzędem Bezpieczeństwa

Andrij zabierze nas tylko przez jedną granicę. Kolejny pojazd czeka na stacji benzynowej pod Biełgorodem. Przywiózł ludzi z niekontrolowanego przez Ukrainę terytorium i wkrótce ruszy w powrotny kurs. Podczas gdy pasażerowie udają się na długo oczekiwaną kawę i do toalety, kierowcy przenoszą rzeczy z naszej marszrutki z ukraińskimi tablicami rejestracyjnymi do tej z tablicami DRL. Walizki z tamtej marszrutki wędrują w przeciwnym kierunku.

Zaskakuje mnie myśl o podobieństwie naszej sytuacji do nielegalnych migrantów.

Kierowcy Andrij i Dima palą szybkiego papierosa, wymieniają się informacjami o sytuacji na odprawie celnej, podają sobie ręce i wracają do pojazdów. Andrij z nową partią pasażerów zawraca na granicę rosyjsko-ukraińską, którą przed chwilą przekroczyliśmy. Nie może wjechać na terytorium niekontrolowane przez Kijów. Dima musi przejechać tysiąc kilometrów z powrotem z Biełgorodu do Doniecka. Nie może wjechać na Ukrainę na tablicach nieuznawanej republiki. Jest w drodze już ponad dobę. Kiedy zapytałam go, jak to fizycznie znosi, roześmiał się. Żona od miesiąca prosi go o przyklejenie tapety na korytarzu, więc teraz śpieszy mu się do domu.

Jedziemy autostradą M-4, która łączy Moskwę z południowymi miastami Rosji. W południe następnego dnia docieramy w rejon Rostowa i skręcamy do Nowoazowska. Na horyzoncie widać wąskie pasmo wybrzeża Morza Azowskiego, w pobliżu – Chomutowski step, na którym znajdują się scytyjskie kurhany, rezerwat przyrody „Kamienne Mogiły” i stale wiejące, przenikliwe i suche wiatry stepowe.

Wjeżdżamy na punkt kontrolny samozwańczej DRL. W pobliżu szlabanu granicznego znajduje się tablica z napisem „Doniecka Republika Ludowa” w trzech językach: rosyjskim, angielskim i ukraińskim na czarno-niebiesko-czerwonym tle. Pomimo obecności zadaszenia i budek, przejście nie różni się zbytnio wyglądem od ufortyfikowanych workami z piaskiem punktów kontrolnych, które pojawiły się tutaj w pierwszych miesiącach działań wojennych [w 2014 roku – przyp. tłum.].

Zabierają nam paszporty i nakazują, abyśmy pozostali w środku pojazdu. Po chwili dokumenty zwracają wszystkim oprócz mnie. Głośno wywołują mnie po imieniu. „Nie martw się, ci z Urzędu Bezpieczeństwa [Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego – przyp. tłum.] zadadzą ci jedynie kilka pytań” – zaspokaja mnie Dima. Wewnątrz słabo oświetlonej plastikowej budki stoi stół ze starym monitorem i krzesło, na którym siadam. Przy stole siedzi mężczyzna w skórzanej kurtce. Wyróżnia się poprawną wymową i przenikliwym spojrzeniem.

Zwracając się do mnie po imieniu i używając otczestwa [uformowanego od imienia ojca; to forma grzecznościowa rozpowszechniona w Rosji oraz – w mniejszym stopniu – w Ukrainie i niektórych innych krajach byłego ZSRR – przyp. tłum.], pyta krótko, ile mam lat, gdzie mieszkam, gdzie pracuję, dokąd jadę, czy często wjeżdżam na terytorium DRL i kiedy ostatnio tu byłam. Odpowiadam równie krótko i wyraźnie, starając się nie odwracać wzroku. Dima mówi, że czasami pytają też przykładowo „Po której stronie walczył dziadek?”, mogą też sprawdzić zdjęcia w telefonie i listę najczęściej wybieranych połączeń albo zażądać wglądu na konta osobiste w mediach społecznościowych. Wygląda jednak na to, że mam szczęście.

Kiedy wracam do busika, pasażerowie wzdychają z wyraźną ulgą. Znak drogowy wskazuje 120 kilometrów do Doniecka, jesteśmy już prawie u celu i nawet zmieściliśmy się w 27 godzinach. Za oknem marszrutki widzę znane z dzieciństwa krajobrazy wzdłuż drogi w kierunku nad Morze Azowskie, ale nazwy miejscowości nabrały innego znaczenia – mijamy właśnie Iłowajsk. Tutaj w sierpniu 2014 roku doszło do jednych z najzacieklejszych starć między ukraińskim wojskiem a separatystami, którzy według ukraińskiego sztabu generalnego byli wspierani przez regularne jednostki armii rosyjskiej. Bitwy te w dużym stopniu wpłynęły na przebieg linii demarkacyjnej na Donbasie.

Przy wyjeździe z Iłowajska znajduje się betonowy postument z ciężarówką rosyjskiego „konwoju humanitarnego” od wdzięcznych mieszkańców DRL. Kolumny takich aut przyjeżdżały tu latem 2014 roku. Według strony rosyjskiej była to pomoc humanitarna, strona ukraińska zaś nie wyklucza, że w ten sposób transportowano broń.

Jestem w domu, ale już go nie mam.

Czy istnieje życie po Euro

Centrum Doniecka wciąż może się pochwalić dawnym blaskiem z czasów Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012. Postawiono wtedy nowe lotnisko, gruntownie przebudowano dworzec kolejowy, odnowiono hotele i naprawiono drogi. Wzdłuż głównej ulicy Artema wytyczono ścieżki rowerowe ze starannie dopasowanymi krawężnikami, a służby komunalne dbały o rabaty kwiatowe nawet w nocy.

Kiedy kibice francuscy, angielscy, hiszpańscy i portugalscy wypełnili ulice, iluzja witalnego europejskiego miasta była niezwykle wiarygodna. Trudno było sobie wyobrazić, że popularny ówczesny dowcip: „Czy istnieje życie po Euro?” stanie się proroctwem, które spełni się w ciągu zaledwie dwóch lat.
Zniszczone lotnisko w Doniecku (Robert Zapf @Flickr)

Obce miasto rodzinne

Wychodzę na ulice miasta, w którym się urodziłam i mieszkałam przez całe swoje świadome życie. Budynki, podwórka i skwery są pełne wspomnień od wczesnego dzieciństwa do ostatnich dni przed wyjazdem w lipcu 2014 roku. Jednak teraz czuję się tu jak turystka, bohaterka powieści fantastycznej, która za pośrednictwem wehikułu czasu dostała się do przeszłości i dochodzi do wniosku, że wszystko zmieniło się nie do poznania. Billboardy z portretami bojowników i symbolami nowej władzy na tle znanych miejskich krajobrazów stworzyły inną rzeczywistość, obcą i absurdalną.

Aby wrócić do mojego zwykłego świata, wyjmuję telefon komórkowy i sprawdzam, czy da się zatelefonować. Ukraiński operator Vodafone nadal działa, chociaż nie od razu udaje mi się wykonać połączenie, a rozmowa jest kilkakrotnie przerywana.

Wielu mieszkańców Doniecka zachowało dotychczasowe numery, ponieważ tylko za ich pośrednictwem możliwa jest łączność z Ukrainą. Konto [ukraińskiej karty SIM – przyp. tłum.] można zasilić przez internet lub za pomocą licznych pośredników. Wcześniej, zanim zamknięto punkty kontrolne, ładowano je podczas wyjazdów na terytorium kontrolowane przez Kijów.

Teraz zadzwonić pod numery lokalne, zamówić taksówkę lub ciężarówkę do przeprowadzki można tylko za pośrednictwem lokalnego operatora łączności komórkowej Feniks. Działa tak samo źle, jak Vodafone. Feniks powstał na bazie przejętej przez separatystów infrastruktury ukraińskiego operatora Kyivstar. Aby kupić jego kartę SIM, należy okazać dowód.

Korzystając z usług Feniksa, można połączyć się z internetem i zadzwonić do Rosji, ale na Ukraiński numer już nie.

Spacer ulicą Artema

Postanawiam się przejść swoją starą trasą spacerową – od gmachu dawnego Instytutu Badawczego Węgla do dumy przedwojennego Doniecka – piłkarskiej Donbas Areny, gdzie grał słynny klub Szachtar i odbywały się mecze Euro 2012. W ponurym i majestatycznym budynku w stylu stalinowskiego empire, gdzie kiedyś mieścił się Doniecki Państwowy Instytut Badawczy Węgla, teraz znajduje się Ministerstwo Dochodów i Podatków nieuznawanej republiki.

Wśród zadbanych klombów i domalowanych linii drogowych na ulicy Artema zaskakują zabite deskami sklepy, opuszczone kawiarnie i porośnięte trawą place zabaw. Korty tenisowe kompleksu sportowego Łokomotiw niedaleko kompleksu olimpijskiego są zarośnięte krzewami wysokości człowieka.

Centrum handlowe Biały Łabędź i sąsiadujący z nim supermarket BUM zostały zamknięte i zamieniły się w gigantyczne zjawy. Biały Łabędź był największym domem towarowym w Doniecku, mieścił sklepy jubilerskie, pasmanteryjne, obuwnicze i AGD. Został zamknięty w maju 2014 roku i odtąd nie otworzył swoich podwoi. Przy wejściu nadal widnieje napis „Dom towarowy tymczasowo zamknięty”.
(BBC Ukraina)

Ścieżki wokół stadionu i przylegający do niego Park Wiktorii stanowiły ulubione miejsce wypoczynku mieszkańców miasta. Teraz trawniki są pokryte wyschniętą trawą. Odrestaurowano jedynie fasadę samej areny, wieczorami włącza się nawet neonowe oświetlenie. Stadion o wartości 400 milionów dolarów stał się teraz jedynie tłem dla selfies młodych ludzi, którzy czasami tu spacerują.

Wszystkie projekty budowlane w mieście, które nie zostały ukończone przed 2014 rokiem, również zostały wstrzymane.

Jeden z najstarszych hoteli w Doniecku i pierwszy dziewięciopiętrowy budynek w mieście – hotel Ukraina – jest w ruinie. Według plotek jego renowacji nie zdążono ukończyć przed Euro 2012 ze względu na problemy z fundamentami. Elewację pokryto wówczas ogromnym banerem z symbolami związanymi z mistrzostwami, który został na budynku przez kilka lat. Hotel wciąż jest pustostanem.

Obok znajduje się pomnik Tarasa Szewczenki. Pod koniec 2013 roku właśnie tu zbierał się doniecki Euromajdan, domagając się dymisji Wiktora Janukowycza. A już wiosną 2014 roku demonstranci postawili tu barykady przed zajętym budynkiem donieckiej administracji obwodowej.

Od budynku administracyjnego – zwanego potocznie Białym Domem – zaczyna się bulwar Puszkina, na którym obecnie toczy się całe kulturalne życie miasta. W kawiarniach i restauracjach siedzą ludzie, działają fontanny. Na afiszach znajdujących się w pobliżu teatrów dramatycznego i operowego widać zawiadomienia o występach zespołów z Rosji. Podobno bilety trzeba kupować z wyprzedzeniem kilku miesięcy.

W kinie im. Szewczenki wyświetlają aktualny amerykański przebój kinowy.

Ta część miasta praktycznie nie zmieniła się od czasów przedwojennych. Tu zazwyczaj spaceruje doniecka śmietanka, widać wiele zaparkowanych drogich samochodów. Sporadycznie na drzwiach sklepu pojawiają się jednak nalepki z przekreślonym pistoletem lub napisy „Broń należy zostawić tutaj” przy wejściu do kawiarni. Na ulicach widać wielu mundurowych, w pojazdach komunikacji miejskiej i na przystankach autobusowych można zobaczyć reklamy wzywające do wstąpienia w szeregi Milicji Ludowej DRL.

Z centrum miasta ostro kontrastują dzielnica Putyliwka w północno-zachodniej części miasta oraz osiedle Oktiabrske. Właśnie te części miasta najbardziej ucierpiały podczas walk o lotnisko w Doniecku. Opustoszały tam całe dzielnice, w murach budynków widać dziury po pociskach, okna z wybitymi od wybuchów szybami zabito deskami. Ślady po ostrzale są widoczne również na budynkach położonych znacznie bliżej centrum, na przykład przy ulicy Czeluskińców obok Muzeum Krajoznawczego – nieopodal Donbas Areny. Niektóre budynki odnowiono, pozostałe stopniowo popadają w ruinę.

W dzień w mieście nie jest mniej pieszych i samochodów niż w czasach przedwojennych. Jednak o godzinie 19:00, może 20:00 ulice wymierają. Kawiarnie są otwarte do 22:00, pół godziny wcześniej ostatni klienci dostają rachunek. Ludzie spieszą do domów, nim zacznie się godzina policyjna, która trwa od 23:00 do 5:00. Już o 23:05 istnieje poważne ryzyko trafienia na komisariat i spędzenia tam nocy w towarzystwie tych, którzy wyszli w kapciach wynieść śmieci i nie zdążyli dobiec z powrotem do klatki schodowej.

Żyj swobodnie, postępuj zgodnie z sumieniem

Zupełnie inną przestrzeń informacyjną tworzą billboardy z portretami „bohaterów rebeliantów” bojowników, graffiti z symbolami Noworosji, flagami i herbami nieuznawanej republiki oraz Rosji. Wzdłuż ulic na każdym kroku wiszą plakaty ze słowami byłego szefa DRL Aleksandra Zacharczenki i bojownika Arsena Pawłowa „Motoroli”. Są to cytaty typu: „Budujemy sprawiedliwe społeczeństwo wolnych i równych ludzi” lub „Żyj swobodnie, postępuj zgodnie z sumieniem”.
Arsen Pawłow „Motorola” (Wikicommons)

Zaledwie kilka kilometrów od centrum miasta na terenie dawnego ośrodka kultury Izolacja znajduje się więzienie. Według słów ocalałych więźniów, w tym m.in. ukraińskiego dziennikarza i pisarza Stanisława Asejewa, ludzie są tam przetrzymywani, torturowani i zabijani bez procesu i śledztwa. Wielu mieszkańców Doniecka nie wierzy w istnienie tego więzienia – albo wierzyć nie chce.

Hasła typu „Nasz wybór to Rosja” i „Jesteśmy rosyjskim Donbasem” dosłownie zalały Donieck w przeddzień wyborów do rosyjskiej Dumy Państwowej we wrześniu 2021 roku. Mieszkańcy terytoriów ukraińskich niekontrolowanych przez Kijów byli aktywnie agitowani do udziału. Zorganizowano nawet wyjazdy autokarami do lokali wyborczych w Rostowie, ci zaś, którzy otrzymali już rosyjskie paszporty, mogli głosować online.

Nowi bohaterowie

Na znanych mi ulicach niespodziewanie zjawiło się wiele nowych pomników. Większość z nich to osoby związane z historią rosyjską i sowiecką, ale nie mające nic wspólnego z Donieckiem, np. książę Aleksiej czy bohater Wielkiej Wojny Ojczyźnianej generał Iwan Panfiłow. W pobliżu pomnika Wyzwolicieli Donbasu weteranom wojny toczącej się od 2014 roku wytyczono aleję Bohaterów Donieckiej Republiki Ludowej. Na postumentach z czarnego marmuru są tu eksponowane popiersia Aleksandra Zacharczenki, piosenkarza Josifa Kobzona oraz bojowników „Motoroli”, „Giwi” i „Mamaja”.

Tylko jeden z nich urodził się i mieszkał w Doniecku – elektryk i biznesmen, a następnie naczelnik DRL Aleksander Zacharczenko. Do 2014 roku dwóch Rosjan – Arsena Pawłowa „Motorolę” oraz Olega Mamijewa „Mamaja” – z Donbasem nie łączyło nic.

Zacharczenko zginął w wyniku zamachu w sierpniu 2018 roku w kawiarni Separ (czyli „Separatysta”) na bulwarze Puszkina. Wciąż nie wiadomo, kto zorganizował zamach; władze DRL i Kijów mają w takiej kwestii sprzeczne i wzajemnie wykluczające się wersje. Na miejscu zabójstwa teraz jest memoriał. Zacharowi, jak go nazywają mieszkańcy Doniecka, przynoszą kwiaty i pluszowe zabawki, poświęcają mu wiersze. Zdaniem wielu za jego rządów życie byle lepsze niż za obecnej władzy – „ceny były niższe i w mieście był większy porządek”.

Nalewka o smaku whiskey

Flagi, herby i inne symbole nierozpoznanej republiki są dosłownie wszędzie – od biletów komunikacji miejskiej i szyldów sklepowych po naszywki na dżinsach, można nawet zrobić manicure w tej stylistyce. Słowa „republikański” i „ludowy” mają obecnie obsesyjny charakter: supermarkety i banki są „republikańskie”, towary – „wyprodukowane w DRL”, nawet o dzieciach mówi się nie inaczej jak poprzez podkreślanie tego, że są „urodzone w DRL”. Kino „Kinokult”, do którego przed wojną chodziłam, by obejrzeć retrospektywę Woody’ego Allena lub filmy utrzymane w stylistyce art house, obecnie nosi nazwę Republikański Dom Sztuki i Kina Ludowego. Wszystkie dawne sklepy sieciowe, zarówno ukraińskie, jak i międzynarodowe, również zostały przemianowane. Supermarket ukraińskiej sieci ATB został Pierwszym Republikańskim, sklepy sieci Amstor noszą teraz nazwę Herkules mleko. Większość nowych nazw współbrzmi z dawnymi: Varus stał się Parus (ros. „żagiel”), sklep sportowy Sportmaster nazywa się teraz MasterSport, a sprzedawca sprzętu AGD Fokstrot – po prostu Foks.

Drogie neonowe i designerskie szyldy na fasadach sklepów zostały w wielu miejscach zastąpione tanim drukiem panoramicznym. Takie napisy szybko blakną na słońcu.

W Doniecku nie ma już sieciówek takich jak Benetton, Nike, Zara czy Adidas. Ubrania i obuwie są sprzedawane głównie w małych sklepach niczym rodem z lat 90. lub w droższych „butikach” wypełnionych towarami z Turcji lub z mediolańskich wyprzedaży. Ten sam asortyment oferują istniejące jeszcze centra handlowe, na przykład Donieck City, Kontynent lub Złoty Pierścień w pobliżu południowego dworca autobusowego. Na miejscu Sportmaster w pobliżu dawnego domu towarowego Świat Dziecka otwarto wielki sklep z odzieżą młodzieżową chińskiej produkcji marki Like.

Salony drogich marek modowych położone wzdłuż głównej ulicy miasta pozostają zamknięte. Na wielu z nich są jeszcze zachowane stare szyldy, okna zabito deskami. Wynajem tych lokali jest zbyt drogi. Aby się ubrać, kupić sprzęt AGD i inne rzeczy potrzebne współczesnemu człowiekowi, młodzież i ci zamożniejsi jadą do Rostowa, pozostali udają się na targowisko.

Przed pandemią wiele osób zamawiało przez internet towary z Ukrainy do najbliższego oddziału Nowej Poczty [ukraińska firma świadcząca usługi ekspresowej dostawy – przyp. tłum.]. Stamtąd paczka była odbierana przez kuriera i przewożona przez punkty kontrolne do Doniecka. Przesyłka małej paczki o wadze do 3 kg kosztowała wtedy 300 hrywien. Wraz z zamknięciem punktów kontrolnych dokonywanie zakupów w ten sposób stało się zbyt skomplikowane. Moja znajoma opowiada, że obecnie raz na dwa, trzy miesiące wyjeżdża z mężem lub matką do Rostowa, rezerwuje tam hotel na kilka nocy i robi zakupy.

Mieszkańcy Doniecka jeżdżą również do rosyjskich miast po lepszą opiekę medyczną, o ile oczywiście ich na to stać.

W przeliczeniu na hrywny ceny przeciętnych artykułów spożywczych w supermarkecie są mniej więcej takie same, jak w stolicy Ukrainy, ale w średnim segmencie cenowym trudno jest znaleźć żywność dobrej jakości, wybór jest bardzo ograniczony. Na sklepowych półkach widać przede wszystkim alkohole i przekąski. Prawie wszystko jest rosyjskiej produkcji, z kolei przykładowo sery są sprowadzane z Białorusi. Spośród importowanych towarów często zdarzają się podróbki. W dziale alkoholi jednego z położonego w centrum miejskich supermarketów Parus są sprzedawane napoje Black i Red Daniels. Etykiety na butelkach imitują słynną markę whiskey, ale na metce z ceną widnieje napis „nalewka o smaku whiskey”. Napój kosztuje 175 rubli, czyli 10 razy taniej niż oryginalny Jack Daniels, butelka którego stoi na półce tuż obok.

Nie karta bankowa, ale portfel elektroniczny

Od końca 2015 roku rubel rosyjski stał się jedynym środkiem płatniczym w Donieckiej i  Ługańskiej Republice Ludowej. Jesienią 2014 roku w DRL powołano do życia tzw. Centralny Bank Republikański. Jego oddziały otwarto w budynkach odebranych bankom ukraińskim. Na fasadzie jednego z nich – filii Ukrsimbanku – przez długi czas widniał ślad po literach „UKR”, zaś na innym budynku napis „Centralny Bank Republikański” został przyklejony taśmą klejącą bezpośrednio na szyldzie w charakterystycznych zielonych barwach ukraińskiego Privatbanku.

Centralny Bank Republikański wydaje swoje karty płatnicze, ale ich funkcjonalność jest ograniczona. Jak wyjaśnia strona internetowa tego parabanku, jest to rodzaj portfela elektronicznego, za pomocą którego można doładować konto, płacić w dużych supermarketach i wypłacać pieniądze z bankomatów. Takie karty służą do wypłacania pensji i emerytur pracownikom budżetówki i emerytom.

Ponieważ system bankowy z prawdziwego zdarzenia tu nie istnieje, przekazy pieniężne zarówno z terytorium kontrolowanego przez Ukrainę, jak i z Rosji nie są możliwe. Ten problem rozwiązują nielegalne przekazy gotówkowe. Po tym, jak władze republik faktycznie zablokowały możliwość przekroczenia linii demarkacyjnej i większość ludności, przede wszystkim emerytów, straciła możliwość wyjazdu na tereny kontrolowane przez Ukrainę, wzrosła prowizja za przelew gotówki.

Teraz, aby wypłacić z karty ukraińską emeryturę, ludzie przekazują jej dane pośrednikowi, on przelewa wymaganą kwotę na swoją kartę, a za jej wypłacenie w rublach pobiera od 15 do 20%. Jeśli potrzebujecie przykładowo przekazać pieniądze z Kijowa krewnym w Doniecku, należy je przelać na rachunek pośrednika w hrywnach, on zaś wypłaca odbiorcy gotówką w rublach według gorszego przelicznika i z potrąceniem 5–8% prowizji.

Problem mieszkaniowy

Jeszcze kilka lat temu wieczorami w centralnych dzielnicach miasta światło paliło się nie więcej niż w połowie okien. Obecnie, jak twierdzą trudniący się w branży pośrednictwa nieruchomości, w centrum prawie nie ma już pustych mieszkań. Wykupują je przybysze z innych miejscowości regionu lub ze zniszczonych [w trakcie działań zbrojnych – przyp. tłum.] przedmieść Doniecka.

Każdy, kto został zmuszony do opuszczenia domu, marzy o sprzedaży mieszkania na okupowanym terytorium, lecz mało kto się cieszy z długo oczekiwanej umowy. Ceny nieruchomości spadły trzy-, czterokrotne. Trzypokojowe mieszkanie w bloku typu „stalinka” [potoczna nazwa budynków powstałych w latach 30.–50. – przyp. tłum.] po porządnym remoncie w sercu miasta kosztuje niecałe 30 tysięcy dolarów. Jednak takie mieszkanie sprzedać niełatwo, największy popyt jest na mieszkania w przedziale cenowym 15–18 tysięcy. Są sprzedawane razem z meblami i sprzętem AGD, a podaż jest tak duża, że kupujący może dosłownie wybrać kolor tapety lub markę ekspresu do kawy.
Wielu mieszkańców rejonów dotkniętych przez konflikt przeniosło się do centrum (BBC Ukraina)

Od 2019 roku w DRL sprzedaż nieruchomości na podstawie pełnomocnictwa jest zabroniona. Teraz właściciel musi osobiście przybyć na niekontrolowane przez Kijów terytorium, sporządzić całą dokumentację mieszkania od nowa zgodnie z lokalnym prawem, a następnie na tej podstawie zawrzeć umowę kupna-sprzedaży. Ponieważ od 2017 roku tego typu umowy nie są już zawierane na terytorium kontrolowanym przez Kijów, w ukraińskich rejestrach sprzedający wciąż pozostaje właścicielem mieszkania lub domu sprzedawanego w DRL lub ŁRL. Wszystko to z biegiem czasu może stać się ciekawym precedensem w przypadku odzyskania tych terytoriów przez Ukrainę w przyszłości. Ludzie zaczną wracać do domu i będą mieli pełne prawo do mieszkań sprzedanych zgodnie z nieważnymi kodeksami samozwańczych republik.

Jeśli udało wam się sprzedać mieszkanie, od razu pojawia się kolejne pytanie: jak wywieźć pieniądze i rzeczy z niekontrolowanego terytorium.

Jeśli chodzi o przekazy pieniężne, z pomocą znów przychodzą rozmaite półlegalne schematy finansowe. W określonym kantorze w Doniecku wpłaca się dolary, a wasz powiernik otrzymuje je we wskazanym kantorze w Kijowie. Taki „przelew” będzie was kosztował 3–4% kwoty i pozbycie się znacznej liczby komórek nerwowych. Nie mniej skomplikowane jest znalezienie rzetelnego i godnego zaufania przewoźnika, który zgodziłby się przewieźć wasze rzeczy przez cztery urzędy celne. Przeprowadzka to koszty rzędu 1,5–2 tysięcy dolarów, jednak przewoźnicy nie zgadzają się zabrać wszystkiego. Niewymiarowe meble i sofy, a zwłaszcza książki w urzędzie celnym mogą tkwić tygodniami. Zabronione jest wywożenie znaczków i pamiątek; medali i dokumentów dziadków również nie uda się zabrać ze sobą. Zakazany jest także wywóz książek wydanych ponad 50 lat temu, a takie stanowią większość zbiorów znajdujących się na półkach starych domowych bibliotek.

Przewoźnicy twierdzą, że w ostatnim czasie przeprowadzki stały się szczególnie skomplikowane. Teraz, w celu przejazdu przez rosyjską granicę celną, zabierają ze sobą pasażera z rosyjskim paszportem, który na granicy potwierdzi, że w transporcie znajdują się jego rzeczy osobiste, a w razie potrzeby nawet wymieni imiona osób z rodzinnego albumu ze zdjęciami.

Kolacja w DonMaku

Wieczorem jednego z ostatnich dni w Doniecku spotykam się z moją niegdysiejszą koleżanką z klasy. Proponuję jej kawę w McDonaldzie przy placu Lenina. Restauracje tej sieci zamknięto tu jeszcze wiosną 2014 roku, ale wkrótce w miejscu jej trzech donieckich filii otworzyła się sieć kawiarni, która doświadczyła znanego już zabiegu zmiany nazwy – DonMak.

Zamawiamy burgera, frytki i kawę, po czym siadamy przed starą mozaiką z Żar-Pticą [Żar-Ptak, często spotykany w baśniach rosyjskich ognisty ptak – przyp. tłum.], którą pamiętam z dzieciństwa. Mimo podobieństwa wyglądu (także opakowań), serwowane dania uderzająco różnią się smakiem od potraw znanego producenta fast foodu. Zwracam uwagę koleżance, że jedzenie, które mamy na stole, jest atrapą. Odpowiada z żalem: „Tutaj wszystko jest takie! Wszystko, co było wcześniej, zostało zastąpione niskiej jakości podróbką”.

„Żyjemy tu jak w jakiejś dystopii – mówi. – Ludzie ledwo wiążą koniec z końcem, a hasła zapowiadają wspaniałą przyszłość. Pamiętasz, jak dawniej było, bilet lotniczy do Gruzji z Doniecka kosztował 800 hrywien, a teraz szczytem marzeń jest udanie się do Siedowych”. To niewielki kurort nad Morzem Azowskim, jedyny na niekontrolowanym przez Kijów terytorium.

„W ciągu siedmiu lat w mieście nic się nie zmieniło, nie ma pracy, biznes się nie rozwija – koleżanka ciągnie opowieść. – Każdy problem, jak za Sojuza, rozwiązują jedynie łapówki, ale jednocześnie wszystkich straszą «piwnicą». W kółko powtarzane są historie o tym, jak wsadzono któregoś z urzędników państwowych. Ludzie ciągle się głowią, gdzie znaleźć normalne jedzenie i jak się ubrać. Dobrze, że moje dzieci są jeszcze małe. Jeszcze nie rozumieją, ale wkrótce dorosną i nie mam pojęcia, jak im wtedy to wszystko wytłumaczyć”.

Pamiętając o niegdysiejszych proukraińskich poglądach koleżanki, pytam, czy chciałaby, aby Ukraina tu wróciła, ale odpowiada wymijająco. „Z roku na rok coraz mniej ludzi w to wierzy. Większość z nich ma już rosyjskie paszporty. W ciągu dwóch lat pandemii ludzie praktycznie przestali jeździć na Ukrainę, natomiast z rynku codziennie wyrusza kilka piętrowych autokarów do różnych miast w Rosji”. W przeciwieństwie do ruchu na Ukrainę, granicę rosyjską przekraczają w miarę szybko, na podstawie dowolnego z trzech dokumentów – ukraińskiego, rosyjskiego lud „deerelowskiego” dowodu osobistego.

Mieszkańcy Doniecka do Rosji wyjeżdżają też na wakacje i marzą o wysłaniu tam dzieci na studia. Dla obywateli nieuznawanych republik kraj ten upraszcza wszelkie formalności. Rodzice niepełnoletnich dzieci, które otrzymały rosyjskie paszporty, mogą teraz ubiegać się o wypłaty [z Rosji – przyp. tłum.] na podstawie tzw. kapitału macierzyńskiego nawet dla dzieci urodzonych przed 2014 rokiem.

„To taka powszechna okupacja umysłów” – podsumowuje moja koleżanka, dodając jeszcze: „z kolei wielu boi się powrotu Ukrainy”. Ci, którzy pracują w strukturach państwowych DRL, obawiają się represji lub utraty pracy, wszyscy – wyższych ukraińskich czynszów. W nieuznawanych republikach pozostały prawie na tym samym poziomie jak przed 2014 rokiem, a na Ukrainie od tego czasu wzrosły pięcio-, sześciokrotnie.

Kiedy zegar wskazuje godzinę 20:00, żegnamy się, spiesząc do domu. Chociaż do początku godziny policyjnej pozostaje jeszcze trzy godziny, na ulicach nie ma już żywej duszy, sklepy inne niż spożywcze są zamknięte, komunikacja miejska jeździ rzadko. Udaje mi się wskoczyć do „dwójki” – trolejbusu, który jedzie z Donieckiego Zakładu Metalurgicznego przez centrum na dworzec. Trasa prowadzi zgodnie z kierunkiem, w jakim rozwijało się miasto – od małej robotniczej wsi Józiwka, która wyrosła w pobliżu fabryki, po nowoczesne milionowe miasto przemysłowe, które do 2014 roku łączyły ze światem nowiutkie dworzec kolejowy i lotnisko. Od kwitnącej ukraińskiej metropolii do nieuznawanej stolicy.
21 stycznia 2022 roku

Imiona osób zostały zmienione. W artykule wykorzystano zdjęcia wykonane przez autorkę podczas kilku jej podróży do Doniecka. Tekst publikujemy za zgodą BBC Ukraine, gdzie ukazał się po raz pierwszy.

Trolejbus odjeżdża z przystanku. Komunikat z głośnika złowieszczo pobrzmiewa w pustej kabinie: „Ministerstwo Sytuacji Nadzwyczajnych Donieckiej Republiki Ludowej ostrzega, że chodzenie po cienkim lodzie jest niebezpieczne”.