Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 01.03.2022
Jarosław Kociszewski

Mizeria agresora. Pierwsze dni rosyjskiej agresji na Ukrainę nie po myśli Kremla

Rosja po zakończeniu wojny nie będzie miała takiej samej pozycji na arenie międzynarodowej jak przed jej rozpoczęciem. Nie jest to wyłącznie efekt zjednoczenia Zachodu, ale przede wszystkim morale i nieugiętej postawy samych Ukraińców.
Foto tytułowe
Blitzkriegu nie było a Rosjanie ponoszą poważne straty podczas wojny na Ukrainie (fot. Twitter)

Ukraiński kierowca na południu kraju zatrzymuje się koło rosyjskiego pojazdu i pyta żołnierzy, czy nie odholować ich z powrotem do Rosji, skoro zabrakło im paliwa. To jedno z wielu nagrań krążących po sieci i pokazujących mizerię agresora, który nie wygląda już jak „zielone ludziki” z Krymu w 2014 roku. Rosja przegrywa nawet wojnę informacyjną w internecie, która miała być jej domeną.


Rozpoznanie walką

Wojna nie jest ani zakończona, ani rozstrzygnięta, ale już pierwsze doby rosyjskiej agresji na Ukrainę pokazały, że Moskwa nie jest potęgą nie do zatrzymania, która wykorzystując elementy wojny tradycyjnej i informacyjnej, z łatwością pokona i upokorzy wielokrotnie słabszą ofiarę. Zaczęło się klasycznie, czyli od nocnych zmasowanych ataków lotniczych i rakietowych na lotniska, centra dowodzenia i inne cele strategiczne na całym terytorium Ukrainy, po czym pierwsze oddziały lądowe wkroczyły do kraju.
Jedna z ostatnich map pokazująca rosyjską inwazję (Twitter)

Siły obronne nie zostały jednak sparaliżowane, a mechanizmy kontroli i dowodzenia funkcjonują – można jedynie spekulować na temat skali wsparcia informacyjnego i komunikacyjnego udzielonego Ukraińcom przez NATO. Ich samoloty z nieba nie znikły, a atakujący Rosjanie napotkali opór wystarczający, by ich spowolnić praktycznie wszędzie, gdzie zaczęli się zagłębiać w terytorium Ukrainy. W mediach zaczęli się pojawiać rosyjscy jeńcy, często bardzo młodzi poborowi, mówiący, że nie im powiedziano, dokąd jadą. Myśleli, że to kolejne ćwiczenia. Także sprzęt, którym dysponowali, często odstawał od nowoczesnych modeli prezentowanych co roku podczas defilady w Moskwie. Na jednym z opublikowanych nagrań żołnierz ukraiński oglądający zdobyty wóz piechoty dziwił się, że jest bardziej zużyty niż te, którymi dysponuje jego jednostka.

Eksperci oceniają, że początek agresji był tradycyjną rosyjską razwiedką bojem, rozpoznaniem walką: czołowe oddziały miały nie tyle przełamać obronę, co natknąć się na nią i zorientować się, gdzie jest. Jednak nie tylko Rosjanie nie rzucili swoich głównych sił od razu; również Ukraińcy nie wystawili tego, co mają najlepsze.

Największym zagrożeniem pierwszego dnia konfliktu wydawał się desant pod Kijowem, ale tam również Ukraińcy zadali najeźdźcom straty, między innymi strącając dwa śmigłowce.

Kolejne dni z perspektywy Rosji również nie wyglądają na szczególnie udane. Nic dziwnego, że dysponujący gigantyczną przewagą agresor posuwa się naprzód, ale koszt jest bardzo duży, zwłaszcza że Rosjanie nie przejęli kontroli nad przestrzenią powietrzną. Na niebie pojawiają się ukraińskie samoloty i wiele się mówi o niszczycielskim działaniu dronów, zwłaszcza kupionych w Turcji Bayraktarów TB2. Kijów nie publikuje nagrań z uderzeń, aby nie ułatwiać Rosjanom wytropienia i zniszczenia maszyn, ale wypalone kolumny pojazdów, których obrazy trafiają do internetu, są wiązane właśnie z atakami dronów. Funkcjonuje też ukraińska obrona przeciwlotnicza, choć zadawane straty są trudne do oszacowania.

Byle nie drugi Grozny

Od drugiego dnia inwazji widać zaangażowanie coraz lepiej wyposażonych i coraz cięższych sił rosyjskich, ale nadal trudno mówić o przełamaniu obrony Ukraińców, którzy na ruchy napastników odpowiadają własnymi manewrami i bolesnymi kontratakami wymagającymi koordynacji działań, komunikacji i rozpoznania, których ewidentnie nie utracili. Ciężkie walki toczą się w północno-wschodniej Ukrainie, wokół miast Sumy i Charkowa, do którego w sobotę weszła kolumna rosyjskich żołnierzy, po czym została praktycznie rozgromiona przez obrońców. Największe postępy agresorzy poczynili na południu, atakując z Krymu, ale tu widać, że Ukraińcy celowo oddali część płaskiego terytorium na północ od półwyspu, które byłoby praktycznie niemożliwe do obrony w obliczu przewagi wroga.
Hakerzy Anonymus ogłosili wojnę z Rosją w sieci (fot. Twitter)

Wynik wojny nie jest przesądzony, a jej obraz jest bardzo niepełny. Rosjanie posiadają duże rezerwy, które rzucają do walki. Zapewne także otrząsną się z pierwszego zaskoczenia napotkaniem uporczywej i dobrze zorganizowanej obrony Ukraińców. Pierwotny plan szybkiego wtargnięcia do Kijowa z wykorzystaniem grup dywersantów i sił specjalnych w celu sparaliżowania państwa czy zmiany władzy nie powiódł się, co nie znaczy, że Kreml przerwie kampanię. Także cywile na wschodzie Ukrainy nie zbuntowali się przeciwko stolicy, podważając opowieści o „wyzwalaniu” miejscowych Rosjan spod jarzma „faszystów z Kijowa”.

Rosjanie mogą nadal konflikt eskalować, choć jego przeciąganie nie będzie dla nich korzystne. Coraz trudniej będzie im ukrywać straty, nie mówiąc już o gwałtownie rosnącym koszcie takiej operacji. Istnieje ryzyko, że spiesząc się i działając pod presją, Rosjanie mniejszą niż dotychczas wagę zaczną przywiązywać do unikania strat wśród ludności cywilnej i zaczną atakować artylerią broniące się miasta. To obawa przed powtórzeniem się tragedii obleganego Groznego sprzed dwóch dekad.

W sieci i mediach 1:0 dla Ukrainy

W ciągu ostatnich lat Rosja wyrobiła sobie opinię mocarstwa niemal niepokonanego w cyberprzestrzeni i rzeczywiście pierwsze posunięcie poprzedzające inwazję wydawało się potwierdzać to wrażenie. Rosyjskie boty zaczęły masowo zgłaszać do administratorów mediów społecznościowych rzekome naruszenia regulaminów przez konta należące do społeczności OSINT-owej (Open Source INTteligence, ang. „rozpoznanie z ogólnodostępnych źródeł”), czyli osób i organizacji publikujących w sieci fachowe analizy publicznie dostępnych nagrań i materiałów. Od jakiegoś czasu OSINT-owcy śledzili przygotowania Rosjan do inwazji, równocześnie unikając ujawniania informacji na temat Ukraińców. Ograniczenie ich publikacji nie wpłynęłoby na możliwości wojskowe Kijowa, ale z pewnością ułatwiło Moskwie wojnę propagandową za granicą.

Jednak to Ukraina wygrywa walkę informacyjną. Profesjonalne i emocjonalne wystąpienia prezydenta Zełeńskiego mobilizują obrońców i trafiają za granicę – tłumaczka niemieckiej telewizji Welt zaczęła szlochać podczas transmisji na żywo. Fakt, że Zełenski odmówił Amerykanom ewakuacji z Kijowa, bardzo wzmocnił jego autorytet, a absolutnym majstersztykiem w wojnie informacyjnej było krótkie wystąpienie wicepremier Iryny Wereszczuk, która zaapelowała do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o pomoc w przekazaniu Rosjanom zwłok ich żołnierzy. Kreml długo utrzymywał, że nie rosyjska armia nie poniosła żadnych strat i w zasadzie nie ma żadnych walk, tymczasem długie konwoje trumien gwałtownie zmieniłyby sytuację.
W sieci i mediach 1:0 dla Ukrainy. To zdjęcie robi furorę w mediach społecznościowych. Prezydent Wołodymyr Zełenski z ministrem obrony i wściekły Władimir Putin

W świat płynie szeroki strumień informacji z Ukrainy. Część prawdziwa, część nie, są też manipulacje i oczywiste plotki, ale wszystko to buduje mity i nastawienie do stron walczących. Zdanie „Rosyjski okręcie wojenny, pierdol się” (Ruskij wojennyj karabl, idi nachuj) wypowiedziane w odpowiedzi na wyzwanie do poddania się obrońców nieistotnej strategicznie wysepki na Morzu Czarnym stało się symbolem oporu i nieustępliwości. Podobnie jak mit „ducha Kijowa”, pilota myśliwca Mig-29, który w ciągu 30 godzin miał zestrzelić sześć rosyjskich maszyn. Nieistotne staje się, ile jest w tym prawdy, jeśli historie te dodają ducha obrońcom i pomagają zmobilizować społeczność międzynarodową w obronie Ukrainy.

To nie medialne doniesienia przeważyły o nałożeniu na Rosję drakońskich sankcji gospodarczych czy przewartościowaniu niemieckiej polityki wschodniej, ale z pewnością pomogły politykom podjąć korzystne dla Ukrainy decyzje. Wizerunkowa porażka Rosji pociągnęła za sobą lawinę reakcji i mobilizacji, której przykładem jest wypowiedzenie Kremlowi wojny przez globalny kolektyw hackerski Anonymous. Jego członkowie dezaktywowali strony internetowe władz rosyjskich, wykradli bazy danych, zaatakowali firmy powiązane z Kremlem, a równocześnie pomagają chronić sieć ukraińską przed atakami z Rosji. Amerykański miliarder Elon Mask poinformował o udostępnieniu na terytorium Ukrainy niezależnej sieci internetowej Starlink. Bardzo rozsądna wydaje się propozycja demonstranta spod Bramy Brandenburskiej w Berlinie, który zaproponował Putinowi, aby pominąć całą tę historię wojenną i od razy przeskoczyć do etapu rozliczeń za zbrodnie.

Jarosław Kociszewski, publicysta, komentator, przez wiele lat był korespondentem polskich mediów na Bliskim Wschodzie. Z wykształcenia jest politologiem, absolwentem Uniwersytetu w Tel Awiwie i Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Obecnie jest ekspertem Fundacji "Stratpoints" i redaktorem naczelnym portalu Nowa Europa Wschodnia.

To się oczywiście nie stanie, zmagania trwają, ale nie ma wątpliwości, że świat się zmienia na naszych oczach, a Rosja po zakończeniu wojny nie będzie miała takiej samej pozycji jak przed jej rozpoczęciem. Nie jest to wyłącznie efekt zjednoczenia Zachodu, ale przede wszystkim morale i nieugiętej postawy samych Ukraińców, którzy udowodnili, że Moskwie można się skutecznie przeciwstawić zarówno na polu walki, jak i w sieci.