Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 15.03.2022
Kuba Benedyczak

"W najgorszych koszmarach nie przyśniła mi się inwazja na Ukrainę". Spowiedź rusofila

Rosjanie są jak narkomani. Wciągają kreski imperialnej kokainy, ale nie po to, żeby się dobrze bawić, ale żeby nie musieć na trzeźwo rozglądać się wokół i zadawać pytań o samych siebie. Czuję się dziś jak rodzic, który z miłości do dziecka wyrzuca je z domu, posyłając na odwyk.
Foto tytułowe
Strażak gasi zbombardowany przez Rosjan blok w Kijowie (TT @IAPonomarenko)

Moja babcia w wieku 14 lat prawdopodobnie została zgwałcona przez kilku sowieckich żołnierzy. Druga, gdy usłyszała, że jadę pracować w Rosji, chodziła codziennie na 6 rano do kościoła, modlić się, żeby ruskie gady nie zrobiły krzywdy jej najstarszemu wnukowi. Mimo to 10 lat mojego pisania o naszym wschodnim sąsiedzie polegało na próbie zrozumienia Rosjan oraz pokazaniu polskim czytelnikom rosyjskiej wrażliwości, fobii i natręctw, ale też świętości i odmiennego od naszego punktu widzenia. Nigdy nie miałem zamiaru nikogo uwrażliwiać na rosyjskie argumenty za aneksją Krymu, narrację o zabijaniu Rosjan na Donbasie, historyczne kłamstwa Putina i temu podobne – to były kwestie poza dyskusją – ale rosyjskość była mi bliska. Zawsze czułem się bardziej wychowankiem literatury rosyjskiej niż polskiej, wolę ironiczno-ponury ciężar rosyjskiej myśli i filmów niż zwiewną poczciwość Polaków. Bardziej przemawia do mnie międzykontynentalne, całościowe widzenie świata przez Rosjan niż polska ograniczona zachodniocentryczność.

Nigdy nie narzekałem na brak pracy, bo stereotypy na temat Rosjan są mocno wbite w polskie głowy, współczesna rosyjska sztuka i popkultura ze zrozumiałych względów są Polakom kompletnie nieznane, a zmiany społeczne, takie jak emancypacja Rosjanek, westernizacja mieszkańców wielkich miast, działanie ciekawych organizacji pozarządowych i wielu pozapaństwowych mediów pozostają w Polsce prawie niezauważalne.

Mógłbym tak jeszcze wymieniać i wymieniać, ale kompletnie straciło to sens, ponieważ 24 lutego 2022 roku Władimir Putin unieważnił dekadę mojej pracy. I nie tylko mojej. W Polsce pracuje co najmniej kilkanaście osób, które nie piszą o Rosji w kategoriach azjatyckiego stepu, a o Rosjanach jako dzieciach Dżyngis-chana. Jednak przestało to być istotne, ponieważ prezydent Rosji przekierował ją dokładnie na tory statystycznej polskiej percepcji: że to kraj, z którego nie płynie nic oprócz przemocy, gwałtu i podboju. Że Rosji należy się bać i prewencyjnie walić Ruska młotkiem po głowie, w przeciwnym wypadku ruskie onuce do ciebie przyjdą i odbiorą ci kraj, depcząc i rabując wszystko po drodze.

I co tacy ludzie jak ja mają dziś powiedzieć? Że to nieprawda? Niestety, na długie lata utracili do tego mandat. I własne przekonanie.

Banał Miłosza

Adam Michnik niemal przez całe życie powtarza, że jest antysowieckim rusofilem. Mnie przez niemal całe życie to określenie potwornie mierziło, bo przecież i ja mógłbym powiedzieć o sobie „antyputinowski rusofil”. Tylko co to niby znaczy, skoro Władimir Putin nie spadł na Rosjan niczym deus ex machina, ale jest produktem tego narodu i społeczeństwa? W jakiejś części ich uosabia oraz stanowi projekcję ich aspiracji, lęków i charakteru. Przecież Rosjanie lubią jego pagony i siłę. Lubią jego cyniczne, grubiańskie poczucie humoru oraz podwórkowe odzywki w sytuacjach, w których polityczna etykieta ich zakazuje. Lubią jego brawurę i skłonność do ryzyka w relacjach międzynarodowych. Uwielbiają w nim to, że jest tak cholernie dumny z Rosji, i, jak mawia rosyjska ulica, „nie pogardza swoją ojczyzną i rodakami, w przeciwieństwie do rodzimych liberałów lat 90.”

Uważałem zatem, że skoro lubię Rosję i Rosjan, to jak mogę być antyputinowskim rusofilem, skoro Wołodia jest z nich i przez nich wykuty? Miałbym jak większość polskiej inteligencji – pytałem samego siebie – lubić wyłącznie rosyjską profesurę i artystów, którzy myślą tak samo jak ja i są do mnie podobni, a którzy stanowią jedynie ułamek społeczeństwa? Miałbym tak jak wielu Polaków patrzeć z góry na tak zwanego biednego Ruska: taksówkarza, panią z mięsnego, pijaka i babuszkę z prowincji, która wpatrzona jest w Putina jak w obrazek?

No nie, kurwa, nie, odpowiadałem samemu sobie.

Toż od polskich ekspertów i dziennikarzy, zajmujących się Afganistanem, Chinami czy Turcją – niezbyt przecież milutkimi krajami – nikt nie wymaga, aby pragnęli demokratyzować te państwa i westernizować społeczeństwa, a najlepiej chcieli wymienić tamtejsze reżimy czy wreszcie żeby kolegowali się wyłącznie z pisarzami-demokratami, z wyższością patrząc na bezwolną, często archaiczną populację. Dlatego upierałem się, że nie mogę oddzielać Putina od Rosjan, i lubić go albo nie lubić, skoro on sam stanowi projekcję i reprezentanta interesów Rosjan.

Czesław Miłosz przyznał kiedyś, że popadł w typowy polski banał: lubi Rosjan, ale nie lubi rosyjskiej władzy. Ja chciałem za wszelką cenę uniknąć Banału Miłosza. Ale po 24 lutego przestało to być możliwe. Każdemu przyzwoitemu człowiekowi zajmującemu się Rosją nie pozostało nic innego jak porzucenie neutralnej, zoologicznej obserwacji zwierzątka Putin i popadnięcie w Banał Miłosza. No i szlag wszystko trafił, na półmetku swojego życia stałem się antyputinowskim rusofilem i zacząłem szczerze nie lubić rosyjskiej władzy. Adamie Michniku, za nic mnie nie przepraszaj!

Tu jednak pojawił się drugi problem. W trakcie wojny Banał Miłosza przestał być Banałem, gdyż lubienie Rosjan, których do tej pory uwielbiałem, nie jest już wcale oczywiste. Nie mamy jeszcze wiarygodnych danych na temat stosunku społeczeństwa rosyjskiego do wojny, bo trudno uznać za takie badania opinii społecznej przeprowadzone przez państwową sondażowanię WCIOM, która twierdzi, że „rosyjską operację wojskową” popiera ponad 70% Rosjan. Ale co nieco już wiemy. Niezależny projekt badawczy Хотят ли русские войны? (Czy Rosjanie chcą wojny?) podaje – bazując na rozmowach telefonicznych z respondentami i badaniach mediów społecznościowych – że 59% dorosłych Rosjan popiera agresję swojego państwa na Ukrainę.

W związku z tym nawet ktoś taki jak ja, znający pojemność rosyjskiej duszy – jej mroków, odmętów i blasków – który z Rosjanami przeżył wiele rozmów przy wódce, w pociągach i na autostopach, w parkach i na manifestacjach, w knajpach i podczas wywiadów, wciąż zadaje sobie jedno pytanie. Jak to możliwe, że w 2022 roku, przy powszechnym dostępie do internetu Rosjanie mogą w swej większości popierać strzelanie z czołgów do narodu, z którym przeżyli w jednym państwie kilkaset lat i pośród którego żyją miliony ich krewnych? O nazywaniu Ukraińców bratnim narodem nie wspominając, bo brzmi to jak przemocowa pornografia. W takich momentach zapewne wielu ludziom, w tym mnie samemu, trudno wzbić się chociażby na poziom Banału Miłosza. Mimo powtarzania wewnętrznych mantr w rodzaju „nie możesz obwiniać całego narodu” albo „nie możesz wrzucać wszystkich Rosjan do jednego worka”.

Nawet jeśli powrócę do równowagi, będę się czuł jak w dowcipie o człowieku niesłusznie oskarżonym o kradzież – przedmiot się znalazł, ale niesmak pozostał. Długo, jeszcze bardzo długo nie wyzbędę się urazu do Rosjan, choć za wszelką cenę będę unikać nienawiści obu moich babć. Niech im urna szczelną będzie.

Kokaina nie pomaga ci w depresji

Nawet nie tracąc sympatii, a może raczej sentymentu do Rosjan, znowu nikt przyzwoity nie może przyjąć wobec nich innej postawy niż rodzica, który z miłości do dziecka narkomana wyrzuca je z domu, posyłając na odwyk. Niestety, sankcje państw demokratycznych z całego świata muszą i powinny uderzyć w każdego Rosjanina, nawet w tych bogu ducha winnych. Po pierwsze po to, aby odebrać Rosjanom imperialną kokainę, którą co kilka lat wciągają. Po aneksji Krymu wciągnęli jej tyle, że aż im nosy spuchły. Wciągają imperialne kreski nawet nie po to, żeby się dobrze bawić, ale żeby nie musieć na trzeźwo rozglądać się wokół i zadawać pytań o samych siebie. A powinni to w końcu zrobić bez działającej w krwiobiegu chemii. Inaczej wpadają w pętlę z utworu Kukona i Julii Mikuły:

Lubisz akty miłości z odrobiną agresji
Kokaina nie pomaga ci w depresji
Zasypiamy, popijam pigułę Pepsi
Obiecuję, że nowy dzień będzie lepszy.


Po drugie, chodzi o to, aby rozwalić w drobny mak strefę komfortowej obojętności Rosjan, która od zawsze pozwalała im mówić: „Tu stoimy my, zwykli ludzie, a tam stoi potężna władza, na którą nie mamy żadnego wpływu. To ona za nas podejmuje decyzje”. Nigdy nie podzielałem poglądu, że Rosjanie mają mózgi wywirowane propagandą. Nigdy. W ZSRR najlepsze dowcipy o pierwszych sekretarzach – także te o Stalinie – wymyślali i opowiadali zwykli Rosjanie, stojąc w kolejkach po papier toaletowy. Doskonali rozumieli, w jakim kraju żyją i co się wokół nich dzieje, tylko nie chcieli pójść na odwyk. To ludzie Zachodu wmówili sobie, że Rosjanie niczego nie rozumieją i władza jest im w stanie wmówić każdą bzdurę. A Rosjanom w to graj! Zerowa odpowiedzialność i niezmącony żywot ciała niebieskiego, bo przecież wszystkiemu winny jest Putin.

Podczas gdy Zachód wierzy, że Rosjanie wierzą w putinizmy, duginizmy, euroazjanizmy i konserwatyzmy, oni zrywają boki ze śmiechu, bo jeszcze się taki nie urodził, co by im wmówił jakąkolwiek ideologię. Zdroworozsądkowość i obojętność Rosjan zaimpregnowała ich na wszelki rodzaj izmów. Ich system immunologiczny tak samo skutecznie broni się przed liberalizmem jak przed putinizmem, a wcześniej stalinizmem, komunizmem, caryzmem i każdym innym chuizmem. Putin, Chruszczow i inni mogą sobie do woli odczytywać referaty, ogłaszać odwilże i pierestrojki, albo na odwrót, dokręcać śrubę, kolektywizować, ustanawiać pięciolatki, a oni i tak wiedzą swoje.



Pisarz Wiktor Jerofiejew nazwał to nachuizmem (po rosyjsku pochuizmem), który polega na tym, że władza coś tam gada, a mnie pochuj. Tylko że patologicznym rewersem nachuizmu jest mniej lub bardziej pozorowana niemoc wobec władzy. Także tej obecnej, w pagonach. Władza bombarduje ukraińskie miasta, a Rosjaninowi na różne sposoby pochuj, bo i tak, jak twierdzi, nic nie może zrobić. Sankcje, które uderzą w każdego Rosjanina i Rosjankę, muszą wyrwać ich z wygodnej pozycji liścia niesionego wiatrem, udowadniając im, że są odpowiedzialni za swojego przywódcę, który jest wierzchołkiem rosyjskiej góry lodowej. Dla dobra Europy i samej Rosji sankcje powinny położyć kres zasadzie „to nie my, to nasza władza”, która stanowi prastarą filozofię Rosjan, ich wolność od i wolność do. Ich pokwitowaną niewinność polegającą na tym, że Putin czy pierwszy sekretarz bierze na siebie wszystkie zbrodnie, głupstwa i grzechy, za co Rosjanie pozwalają mu robić, co tylko zapragnie, oraz istnieć w kokonie władzy tak długo, jak tylko zapragnie. Zamiast „inwazja na Ukrainę, a mnie pochuj”, Rosjanin musi powiedzieć „inwazja na Ukrainę to mnie w chuj strasznie”. No i Putin chuj, ale to wiadomo.

Martwe dusze

Podobnie jak wspomniany Jerofiejew uważałem i uważam do tej pory, że pierwsze dziesięciolecie Putina przyniosło Rosjanom wolność życia prywatnego. W rozmowie ze mną w styczniu 2015 roku pisarz mówił: „Tłumaczyłem Zachodowi, że Putin zyskał poparcie Rosjan, ponieważ po raz pierwszy w historii Rosji powiedział: władza dla mnie, a za płotem róbcie, co chcecie. Obecnie pojawiają się próby ograniczenia wolności życia prywatnego (taką próbą jest na przykład ofensywa Cerkwi), ale zasadniczo nikt jej nie narusza. Co więcej, została ona wciągnięta na sztandary protestów. Kiedy człowiek stoi wolny za płotem, pragnie być wolny także obok własnego domu, a potem na swojej ulicy, w swoim mieście. I tak zaczął działać mechanizm tego, co we frankistowskiej Hiszpanii nazywano «sąsiedzką demokracją»”.

Ja, Kuba B., sądziłem, że jeśli tylko Putin pozwoli kontynuować rosyjskie „wolnoć Tomku w swoim domku”, to Rosjanie po przeżyciach stalinowskiego totalitaryzmu i kilkudziesięciu latach komunistycznej dyktatury wreszcie odetchną. Nawet z ograniczaniem demokracji, wsadzaniem oligarchów do więzienia, dumą czekisty i antygejowską propagandą – w końcu w takiej Korei Południowej demokrację i kapitalizm wojskowi budowali znacznie brutalniej – ale bez wojen, rewolucji i burzliwych transformacji ustrojowych. Dzięki temu zostawią za sobą brutalną historię, zaznają spokoju i względnego dobrobytu, a tym samym w ciągu 30–40 lat rozwiną się w swoim własnym euro-rosyjskim, ale jednak pokojowym kierunku. Porzucając imperialne fetysze i fantazmaty, miłość do pagonów i sianie strachu potęgą militarną. Nie musieli przecież od razu godzić się na rolę wykastrowanej Kanady, ich potencjał nuklearny stanowiłby wystarczający argument, by twardo grać o własne interesy. (Takie spojrzenie ułatwiały mi zresztą głupota i zbrodnie Zachodu: inwazja na Irak, ustanowienie niepodległości Kosowa i wsparcie dla Arabskiej Wiosny. Demokratyczna rakieta spadająca na iracki szpital zabija tak samo jak ta autorytarna trafiająca szpital w Charkowie. A Rosjanie mieli rację co do Bliskiego Wschodu, interwencje Zachodu pociągały za sobą wyłącznie chaos i śmierć).

Ale się przeliczyłem.

W drugim dziesięcioleciu stało się coś, czego nie przewidziałem. Przyszedł Krym i wojna na Donbasie, a wraz z nimi potężna machina propagandowa, która przywróciła mroczne skrypty rosyjskiej historii. Przede wszystkim militaryzację i telewizyjną mobilizację oraz gotowość do walki z wrogiem w obronie oblężonej zewsząd ojczyzny. I tu popełniłem kolejny błąd. Jeszcze większy. Wiedziałem, że to coraz bardziej patologizuje kraj i społeczeństwo, ale postrzegałem jako „zwyczajne” przedłużanie legitymizacji i podwyższanie słupków poparcia przez władzę autorytarną. Nie wierzyłem, że jakikolwiek inny przywódca – Nawalny, Iwanow, Miedwiediew, whoever – w odmienny sposób broniłby interesów narodowych zwijającego się mocarstwa przeżywającego bóle fantomowe. Jak się okazało, fatalnie przeczytałem Putina, nie doceniłem stopnia jego determinacji, która każe mu popełnić każdą zbrodnię w imię mocarstwowych celów i historycznych zadań, jakie ewidentnie sam przed sobą wyznaczył.

Dzień oprycznika to napisana językiem stylizowanym na średniowieczny powieść Władimira Sorokina, której akcja toczy się w 2027 roku. Rosja oddzielona jest od państw Zachodu wielkim murem. Rządzi tam tyran wzorowany na Iwanie Groźnym, który ma swoją Opryczninę. Na jej czele stoi tytułowy Andriej Daniłowicz Komiaga. Monarcha nakazał wierność religii i tradycji, spalenie paszportów i wydalenie zagranicznych dyplomatów. Rosjanie są w stanie przeżyć jedynie dzięki eksportowi ropy i gazu oraz dzięki Chinom – jedynym dostawcom niezbędnych towarów, od jedzenia po samoloty.
W najgorszych koszmarach nie przyśniła mi się pełnoskalowa inwazja na Ukrainę, bombardowanie ukraińskich miast, zniszczony Kijów i Charków, mordowanie cywilów i polowanie na ukraińskiego prezydenta, który być może zostanie przez Rosjan rozstrzelany na Majdanie. Ale nie śniła mi się również obecnie instalowana w Rosji dyktatura wojskowa. Przerażającą dystopią w rodzaju Dzień oprycznika wydało mi się to, co teraz obserwuję, a co będzie jedynie narastać: militaryzacja życia codziennego, zablokowanie Facebooka, Twittera i wszystkich niezależnych mediów, cynkowe trumny wracające tysiącami do Rosji, masowe represje, które powodują exodus Rosjan niczym po rewolucji bolszewickiej, aż wreszcie izolowanie państwa od świata zachodniego.

Od zawsze bliskie mi było niemieckie podejście do Rosji zakładające, że trzeba z Moskwą rozmawiać i robić interesy, aby przywiązać ją do siebie gospodarczo, niwelując odruchy wojenne mocarstwa jądrowego z kompleksem weimarskim. Wraz z datą 24 lutego przekręciłem się o 180 stopni. Uważam, że Władimira Putina i Rosję trzeba pokonać wszelkimi realnymi środkami w interesie Ukrainy, Europy i samej Rosji. A na powiązania gospodarcze z Europą Rosja musi zasłużyć, fundując sobie najpierw bolesną psychoterapię i wiwisekcję rosyjskiej duszy, które ją uzdrowią. Inaczej niech moja Rosja i moi Rosjanie nieodwołalnie zapadną się do wewnątrz, przygnieceni własnym ciężarem. Dla Rosji imperialna kokaina właśnie się skończyła.
Dr Kuba Benedyczak, dziennikarz i analityk zajmujący się Rosją i Europą Wschodnią. Współpracuje.in.. z Radiem 357 i „Nową Europą Wschodnią” oraz wykłada na Uniwersytecie Warszawskim.

Inne artykuły Kuby Benedyczaka
Jak w gogolowskim utworze Leningradu:
Martwe dusze w naszej duszy
To ostatni krzyk rosyjskiej duszy.


Więcej grzechów nie pamiętam. Za wszystkie, kurwa, żałuję.