Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 08.04.2022
Ula Idzikowska

Bezpieczne miejsce w Ukrainie. Życie codzienne we Lwowie w czasie wojny

Kijów obroniony. Rosjanie wycofali się z północnej Ukrainy, ale wojna się nie skończyła. Nie tylko nasilają się walki na wschodzie kraju, ale także trwają ataki rakietowe i naloty na miasta czasem odległe o setki kilometrów o frontu. W takich chwilach mieszkańcy i mieszkanki Lwowa oraz uchodźcy i uchodźczynie muszą znaleźć miejsce bezpieczne.
Foto tytułowe
Bohdana Syniakevych zaczęłą wyplatać siatki kiedy Rosja zaatakowała Donieck i Ługańsk (foto. Marek Kowalczyk)

„Putin?” „Chuj!” „Russkij korabl?” „Idi nachuj!” – okrzyki wolontariuszy i wolontariuszek niosą się po Prochowej Baszcie w centrum Lwowa. Bohdana Syniakiewicz jest w swoim żywiole. Uśmiechnięta, promienna. Z werwą wykrzykuje pozytywne wiadomości: „Jachty rosyjskich miliarderów zatrzymane! Ikea zawiesiła działalność w Rosji i przekazała Ukrainie 20 milionów euro! Rosyjskie rakiety zestrzelone, nikt nie został ranny!”. Zgromadzeni przerywają pracę i entuzjastycznie witają każde małe zwycięstwo Ukrainy.

„Muszę być na bieżąco, żeby wynajdować te krzepiące newsy. Przebijam się przez masę dramatycznych zdjęć i filmów. Ale nie pozwalam sobie popadać w rozpacz czy otępienie. Ci wszyscy ludzie przychodzą tu, żeby choć na chwilę oderwać się od telefonów, pobyć razem, zająć się czymś pożytecznym. Staram się stworzyć pozytywną atmosferę”.

Dobrze, że nie mamy dzieci

25-letnia Syniakiewicz – przed wojną wykładowczyni uniwersytecka i tłumaczka, teraz koordynatorka bazy, w której dziesiątki chętnych wyplatają maskujące siatki – „jeszcze ma siłę”, jak mówi. Tuż przed rosyjskim atakiem na Ukrainę pojechała w długo odkładaną podróż poślubną. „Polecieliśmy na tydzień na Cypr. Już wtedy sytuacja była napięta. Nie było wiadomo, czy wrócimy. Ale cieszę się, że trochę odpoczęliśmy. Gdyby nie ten wyjazd, słaniałabym się teraz z nóg”.
Studio fitness Differ we Lwowie (foto. Marek Kowalczyk)

Syniakiewicz jest w ciągłym ruchu. Nie przerywając rozmowy, zmierza w kierunku gołej konstrukcji z plastiku. Wprawnymi ruchami pokazuje nowicjuszkom, jak przeplatać kawałki materiałów, by stworzyć maskującą sieć, która ukryje ukraińskie czołgi, wozy pancerne, a nawet samoloty przed rosyjskim wywiadem. Rubinowa czerwień lakieru na paznokciach kontrastuje z czernią tkaniny. Synakiewicz sięga po skrawek z pociętych ubrań: ciemnozielonych i szarych koszulek, które leżą na podłodze. „Dostajemy odzież w odpowiednich kolorach od ludzi i zakładów produkcyjnych. Korzystamy z siatek na bramki do piłki nożnej, siatek do siatkówki i sieci rybackich”, opowiada.

Wolontariuszki kiwają głowami – najpierw w geście zrozumienia, później w rytmie rodzimego reggae. „Gramy tylko ukraińskie kawałki”, wyjaśnia Syniakiewicz. Przystajemy w rogu sali na pierwszym piętrze. Wydaje mi się, że słyszę syrenę. Ostatnio coraz częściej. „Możliwe. My zostajemy tutaj. W końcu siedzimy w fortecy”, Syniakiewicz patrzy na mnie z rozbawieniem, kiedy pytam, dlaczego nie schodzą do schronu. „Gdy jestem w domu z mężem, to też zostaję w budynku. Przeczekujemy trwogę w łazience albo w przedpokoju. Tam nie ma okien”. Schron na osiedlu Syniakiewicz jest za mały. „Wolimy odstąpić miejsce starszym albo rodzinom”.

Dzieci? Syniakiewicz cieszy się, że ich nie ma. „Pewnie zdecydowałabym się wtedy na wyjazd. Myśleliśmy o tym z mężem. Dobrze, że poczekaliśmy”. Wzdycha z ulgą.

Dwa tygodnie później, w dwudziestym dniu wojny, zamieszcza na Facebooku zdjęcie splecionych rąk na tle morza, z promieniami zachodzącego słońca. Z pierwszego dnia tygodnia miodowego na Cyprze. W opisie stwierdzenie, że zostają, choć otrzymali wiele propozycji opuszczenia Lwowa – wyjechania do innych miast w Ukrainie, a nawet do Niemiec. „Zostajemy, dopóki nie zwyciężymy”. Na końcu wpisu flaga Ukrainy i emoji z zaciśniętą pięścią.

Prawdziwe pięści Syniakiewicz zaciska się z bezsilności, gdy – już po godzinach w Baszcie – przegląda tragiczne wiadomości. „Jedną sobie nawet zachowałam”, mówi, pokazując zdjęcie na telefonie. „Te bliźniaki zostały sierotami zaraz po urodzeniu. W ciągu dziesięciu minut znalazła się rodzina zastępcza. To mną wstrząsa. I mnie jednocześnie wkurza. To, że zabijają cywilów, niewinne osoby”.

Liczba ofiar rośnie. Do tej pory zginęło co najmniej 1611 cywilów, a 2227 osób zostało rannych, podaje ONZ. Rzeczywiste liczby są jednak znacznie wyższe. W samym Mariupolu wskutek miesięcznego oblężenia zginęło 5 tysięcy osób, w tym ponad 200 dzieci, jak podał rzecznik burmistrza.

Amnesty International oceniła, że rosyjska inwazja na Ukrainę to zbrodnia w świetle prawa międzynarodowego i katastrofa praw człowieka. Organizacja wzywa do pociągnięcia do odpowiedzialności „wszystkich zaangażowanych w te zbrodnicze działania”.

Innym pomagasz, a co ze mną?

Ciała krewnego Oksany Zatorskiej do tej pory nie odnaleziono. „Młody chłopak, pod Kijowem walczył. Właśnie się dowiedziałam”. Pijemy kawę, zajadając eklerkiem. Tak, jak się zajada smutek – bezwiednie, mechanicznie. Zostawiamy niedopite napoje, bo przychodzi po nas Lidia. „Chodźcie na terapię dla wolontariuszy i wolontariuszek”.
Nazarij pracuje jako wolontariusz w studium fitnessu Differ (foto. Marek Kowalczyk)

Sesja terapeutyczna we lwowskim studium fitness Differ, które stało się ośrodkiem dla uchodźców i uchodźczyń, odbywa się jak każde inne zajęcia – na bladozielonych matach rozłożonych na podłodze. Siedzimy w kręgu. Każda z osób opowiada o tym, co ją boli. Panią Oksanę – śmierć krewnego. Lidię – to, że podchmieleni mężczyźni wyzywają ją od dywersantek, bo nie reaguje na ich pijackie okrzyki „Slava Ukraini!”. Julia już przywykła – ucieka od wojny od ośmiu lat. Jej rodzina została na Wschodzie. Tylko Weronika nie może z siebie nic wykrztusić. „Niektórzy tłumią emocje. Ale one w pewnym momencie muszą znaleźć ujście. Dlatego lepiej sobie chwilę popłakać przed pracą”, radzi psychoterapeutka Elena Antonowa. Siedzi z podwiniętymi pod siebie nogami, w ubraniu przypominającym elegancki dres. Pod koniec sesji zachęca, by znaleźć bezpieczne miejsce – w wyobraźni. „To może być znane ci miejsce lub takie, o którym marzysz. Co widzisz? Co czujesz? Jakie zapachy do ciebie dochodzą? Jakie słyszysz dźwięki?”.

Gdy na matach zostajemy same, Antonowa pyta, co zrozumiałam z godzinnej sesji. Wydaje mi się, że połowę słów, ale emocje wszystkie. Pytam, jakie uczucia towarzyszą Ukraińcom i Ukrainkom, których i które wspiera. „Dominuje poczucie zagubienia, trwoga, panika”. Od początku wojny Antonowa biega z jednego końca miasta na drugi, żeby podnieść na duchu wolontariuszy i wolontariuszki. „Moja osiemnastoletnia córka się buntuje. Siedzi sama w domu. Jak przychodzę, to ma do mnie pretensje. Innym pomagasz, a co ze mną?”. Antonowa wyjechałaby z nią, gdyby nie syn. „On też pracuje jako wolontariusz. Jest kierowcą. I stwierdził, że nie ma szans, żeby opuścił ludzi w potrzebie”. Wyjechać tak czy inaczej nie może – jest w wieku poborowym. A Antonowa nie wyobraża sobie zostawić go samego. Po całym dniu w terenie odpręża się w wannie. „To moje bezpieczne miejsce. Spływa ze mnie całe zmęczenie”.

Syniakiewicz też najbezpieczniej czuje się w domu. „Wiem, że mogę tam zginąć – to w końcu nie schron. Ale kiedy po całym dniu spotykam się z mężem, gdy jemy razem kolację, oglądamy coś lub zajadamy się słodyczami, żeby się zrelaksować, to czuję, że to najbezpieczniejsze miejsce na świecie”.
Ula Idzikowska - dziennikarka, reporterka. Pisze o migracji i tematyce społecznej, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, Oko.press i „non/fiction”. Teraz we Lwowie.

Inne artykuły Uli Idzikowskiej
Jednocześnie Syniakiewicz myśli o tych, którzy tego bezpiecznego domu nie mają. W mediach społecznościowych pisze o sytuacji w oblężonym Mariupolu: „Najważniejsze jest to, żebyśmy nie zapomnieli o tym miejscu. Nie zapominajmy o tym mieście”.