Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 31.05.2022
Maria Domańska

Kara za nieprawomyślność. Rosjanie w obliczu wojny ukrywają prawdziwe uczucia

Rosjanie mocno wspierają „opercję specjalną” czyli wojnę Kremla z Ukrainą. Te deklaracje ukrywają jednak wiele postaw i motywacji, które stoją za brakiem oporu wobec agresywnego państwa jakim jest Rosja. Nie ma już tego entuzjazmu z 2014 i zajęcia Krymu oraz części Donbasu. Dominują konsumpcja propagandy, fatalizm, frustracja i obawa przed represjami
Foto tytułowe
Ludzie w koszulkach "Armia Putina" podczas koncertu na moskiewskich Łużnikach 8 marca 2022, w ósmą rocznicę aneksji Krymu (fot.Shutterstock)

Podczas gdy opozycja demokratyczna, część środowisk artystycznych i liberalna inteligencja mówią o całkowitej dyskredytacji kraju przez władze i potrzebie „wynalezienia Rosji na nowo”, wciąż mało wiemy o tym, co tak naprawdę myśli o inwazji na Ukrainę rosyjskie społeczeństwo.

Cenzura wojenna została wprowadzona na początku marca 2022 roku ustawą karzącą nawet 15 latami więzienia za fake newsy o rosyjskiej armii. Pogłębiła ona problemy, z jakimi od lat mierzyli się socjologowie próbujący badać nastroje społeczne w coraz bardziej represyjnym systemie. Obecnie nielegalne stało się nawet nazywanie wojny wojną, podobnie jak informowanie o sytuacji na froncie. Dotyczy to przede wszystkim liczby ofiar po stronie rosyjskiej (ministerstwo obrony ukrywa te dane) i przestępstw, jakich dopuszczają się „wyzwoliciele Ukrainy od nazizmu”. Doniesienia o masakrach cywilów czy maruderstwie propaganda nazywa „antyrosyjską prowokacją”.

Rosjanie konsumują zatem całkowicie wypaczony przekaz medialny i wiedzą, że nieprawomyślność podlega karze. Według organizacji broniącej praw człowieka Agora dotychczas wszczęto co najmniej 53 sprawy karne za „fejki”. Sypią się też kary za „dyskredytację” rosyjskiej armii – nowe wykroczenie administracyjne, za które grozi grzywna. Do tej pory sądy rozpatrzyły ponad 2 tysiące takich spraw.
W tych warunkach reprezentatywne badania ilościowe w zasadzie przestają być przydatne. Ich wyniki informują raczej o tym, co ludzie są gotowi mówić publicznie na tematy uznane przez władze za ważne dla bezpieczeństwa narodowego

W połowie grudnia 2021 roku w sondażu państwowego ośrodka WCIOM dotyczącego stosunku Rosjan do Ukrainy jedynie 9% ankietowanych uznało ją za państwo wrogie Rosji. Można zakładać, że deklarowane poparcie dla inwazji byłoby wówczas na podobnym poziomie. Pośrednio świadczą o tym badania niezależnego Centrum Lewady z 2021 roku, z których wynikało, że Rosjanie boją się wojny i jej nie chcą. Obecnie jednak w różnych sondażach (zarówno niezależnych, jak i państwowych ośrodków) deklarowane poparcie dla „wojskowej operacji specjalnej” w Ukrainie plasuje się średnio między 70% a 80%.

W sondażu Centrum Lewady z końca kwietnia 74% respondentów poparło działania rosyjskiej armii (przeciwników było 19%), podczas gdy w marcu poparcie dla nich wynosiło 81%. Między marcem a kwietniem z 53% do 45% spadł udział osób popierających je „zdecydowanie”, a z 6% do 11% wzrósł odsetek tych, którzy są „zdecydowanie przeciwko”. Jak wskazuje dyrektor Centrum Lewady, Denis Wołkow, w porównaniu ze „zdecydowanie popierającymi”, wśród respondentów, którzy „raczej popierają” działania rosyskiej armii, dwukrotnie więcej jest tych, którzy odczuwają lęk lub wręcz przerażenie w związku z sytuacją, a poczucie dumy jest wśród nich wyraźnie słabsze.

Może to świadczyć o narastaniu wątpliwości – bądź co do sensu inwazji, bądź jej przebiegu czy skuteczności (choć 73% wierzy w zwycięstwo Rosji, a jedynie 7% obciąża swój kraj odpowiedzialnością za ofiary i zniszczenia). Świadomość rosyjskich niepowodzeń wsącza się powoli do obiegu informacyjnego przez szczeliny w propagandowych zasiekach. Ci sami propagandyści, którzy jeszcze niedawno grzmieli o „denazyfikacji całej Ukrainy”, dzisiaj wielokrotnie wychwalają wciąż te same drobne sukcesy rosyjskiej armii na Donbasie, strasząc jednocześnie Zachód rosyjską bronią nuklearną. Władimir Putin wygłosił nijakie przemówienie w najważniejszym dniu rosyjskiego kalendarza, 9 maja: w obliczu faktów nawet on nie wykrzesał z rosyjskiej kampanii sukcesów, którymi można by się pochwalić.

Jest jednak zbyt wcześnie, by na podstawie dotychczasowych badań prognozować długofalowe trendy, tym bardziej że deklarowane poparcie dla prezydenta utrzymuje się na stabilnie wysokim poziomie (82% w kwietniu, praktycznie bez zmian w porównaniu z marcem).

Zwykli Rosjanie patrzą na wojnę

Mimo że przytoczone liczby zdają się świadczyć o powrocie imperialnej euforii, jaką pamiętamy z okresu po aneksji Krymu, w rzeczywistości Rosjanom daleko do „krymskiego” entuzjazmu. Żeby zrozumieć mechanizmy deklarowanego poparcia, dużo bardziej przydatne są badania jakościowe, pogłębione wywiady prowadzone przez niezależnych socjologów (m.in. z Centrum Lewady czy Public Sociology Laboratory), których celem jest analiza sposobu argumentacji i mechanizmów myślenia respondentów, przede wszystkim zwolenników władzy. W przeciwieństwie do badań ilościowych nie są one reprezentatywne dla całości społeczeństwa. Podczas takich wywiadów kładzie się nacisk nie na pytania „plebiscytowe” (czy jest pan/pani „za” czy „przeciw”), ale takie, które mają ujawnić motywacje respondentów, a często – niekonsekwencje w udzielanych odpowiedziach i ich przyczyny.

Jak wynika z tych wywiadów, bezkrytycznych zwolenników wojny jest stosunkowo niewielu. Według Aleksieja Lewinsona, socjologa Centrum Lewady, mogą oni stanowić około 20% społeczeństwa, podobnie liczna jest grupa przeciwników. Pozostali to tzw. bagno (ros. bołoto) – ludzie de facto bez poglądów, dostosowujący się do wymogów okoliczności. Co ważne, odpowiedzi tych samych osób mogą się różnić nawet w zależności od okoliczności prowadzonej rozmowy.
Krasnojarsk, marzec 2022 r. Rosyjski znak propagandowy "Z" z hashtagiem „Nie zostawiamy naszych” i „specjalna operacja wojskowa” na Ukrainie"

Robiące karierę w internecie sceny patriotycznego wmożenia (quasi-faszystowskie w swej poetyce mityngi poparcia dla inwazji, dzieci ustawione w kształt litery „Z”, uczniowie i studenci skandujący hasła poparcia) są na ogół zorganizowanymi przez władze, wyreżyserowanymi ustawkami, do udziału w których zmusza się ludzi uzależnionych od państwa: lokalnych urzędników czy pracowników sektora budżetowego. Dekonstrukcja transmisji z imprezy propagandowej na moskiewskim stadionie Łużniki 18 marca, przeprowadzona przez rosyjskich blogerów, podważyła zarówno wiarygodność oficjalnej liczby 200 tysięcy uczestników, jak i ich entuzjazm (wiele osób szybko opuściło stadion – najpewniej niedługo po tym, jak odhaczyli się na listach obecności). Wykorzystywanie dzieci w celach politycznych, ich indoktrynacja spotyka się nierzadko z ostrą reakcją rodziców – szczególnie w wielkich miastach; wielu dyrektorów i nauczycieli również nie wykazuje się gorliwością we wdrażaniu odgórnych poleceń w tej kwestii.

O chłodnym stosunku do wojny świadczy też m.in. niskie poparcie dla powszechnej mobilizacji, w tym rosnąca liczba żołnierzy i funkcjonariuszy Rosgwardii (formacji łączącej cechy sił wojskowych i policyjnych, służącej do pacyfikacji zajętych terenów), którzy odmawiają walki w Ukrainie (obrońcy praw człowieka szacują, że ich liczba idzie w tysiące). Jednak ponieważ Rosja formalnie nie jest w stanie wojny z Ukrainą, władze mają ograniczone narzędzia nacisku na nieposłusznych. Symptomatyczny był także marcowy komunikat władz wojskowych w Petersburgu. Po tym, jak nagłośniono przypadki wysyłania na wojnę źle wyszkolonych poborowych, władze przyznały, że z uwagi na „wojnę psychologiczną ze strony wrogów Rosji”, wzrasta lęk przed służbą wojskową i nasilają się nastroje antypaństwowe. Od 24 lutego w Rosji próbowano podpalić co najmniej 13 komisji wojskowych. W kwietniowym ogólnorosyjskim sondażu niezależnej grupy Russian Field 56% mężczyzn oznajmiło, że nie wzięłoby udziału w „operacji specjalnej”. Największą gotowość do walki deklarowali emeryci i ludzie z wysokimi dochodami – czyli ci, którzy i tak nie zostaliby wysłani na front z racji wieku albo możliwości wykupienia się od służby.

Trudno rozpoznać, jaka część Rosjan w pełni świadomie i samodzielnie wybiera postawę antyukraińską, a jaka deklaruje ją bezrefleksyjnie, ze strachu, z obojętności, albo żeby ankieter, w oczach respondenta uosabiający państwo, po prostu dał już spokój. Choć Centrum Lewady odnotowuje wysoki poziom deklarowanej dumy z armii i prezydenta (około połowy ankietowanych), to niewiele niższy jest poziom negatywnych emocji: w związku z aktualną sytuacją około 40% Rosjan odczuwa wstyd, wzburzenie, gniew bądź depresję. Bardziej świadczy to o polaryzacji niż o jedności społeczeństwa.

Przeciwko wojnie jest najczęściej najmłodsza grupa wiekowa (18–29 lat – odsetek sprzeciwu wynosi w niektórych badaniach nawet 50%), mieszkańcy wielkich miast, osoby czerpiące informacje z internetu, w tym mediów społecznościowych, a także ludzie najbiedniejsi – świadomi, że to oni staną się pierwszymi ofiarami geopolitycznych awantur Kremla. Jak wynika z marcowego sondażu Russian Field, poziom poparcia jest też nieco niższy wśród kobiet oraz wśród osób, które wyjeżdżają za granicę.

Za suchą matematyką ankiet kryje się zatem bogaty wielogłos emocji i motywów, jakie skłaniają ludzi do deklarowania poparcia dla Putinowskiej agresji.

Język kreuje świat

Władza niemal całkowicie zawłaszczyła język opisu świata, delegalizując konkurencyjne narracje. W sondażach nie wolno pytać o stosunek do „wojny”, a sformułowanie „operacja specjalna” już na wstępie prowadzi do wypaczania języka, jakim myśli się i mówi o inwazji, a zatem i stosunku do niej. Od piewszego dnia agresji władze dążyły do pełnej blokady informacyjnej i mobilizacji społeczeństwa „wokół flagi”, w tym poprzez eskalację zmasowanej kampanii propagandowej, demonizującej Ukrainę i Zachód w duchu orwellowskim. Kampania ta jest prowadzona w telewizji, szkołach, na uczelniach i w przestrzeni miejskiej. Hasła i symbole wojny naklejane są na billboardy czy środki transportu publicznego (litery „Z” czy „V” na prywatnych samochodach spotyka się rzadko). Jej ważnym elementem jest przekonywanie odbiorców, że większość popiera prezydenta i jego politykę oraz że krytyka własnego państwa jest tożsama ze zdradą.

Celem władz jest nie tyle przekonanie odbiorców do jednej, „kanonicznej” wersji wydarzeń, ile ich zombifikacja: pozbawienie zdolności samodzielnego myślenia, oszołomienie i sianie chaosu semantycznego. „Zombie” mają bezrefleksyjnie przyjąć dowolną narrację; dzięki temu propaganda ma być zdolna elastycznie dostosowywać przekaz do szybko zmieniających się okoliczności i skutecznie sprzedawać go odbiorcom. A jakie treści sprzedaje? Rosja nie zabija cywilów i nie niszczy miast. Rosja przeprowadza punktowe uderzenia na obiekty wojskowe „z chirurgiczną precyzją”. Ukraińscy cywile są ofiarami zbrodniczych działań własnej armii i bojowników nazistowskich ugrupowań, którzy robią z nich żywe tarcze. Rosja nigdy na nikogo nie napadała pierwsza, Rosja zawsze się broniła. Na Zachodzie panuje nowy nazizm – rusofobia. Zagrożone jest samo istnienie narodu rosyjskiego. „Gdybyśmy my nie uderzyli, uderzono by na nas, to była kwestia dni” (nieprzypadkowo w tym kontekście wykorzystuje się nieprzygotowanie ZSRR na hitlerowską agresję w 1941 roku). Społeczeństwo przyjmuje te zdania jako prawdziwe z kilku powodów.

Po pierwsze, na długo przed inwazją Rosjanie w dużej mierze zobojętnieli na tematykę ukraińską, obecną w mediach od 2013 roku. 24 lutego bieżącego roku przyjęli zatem pierwszą gotową narrację, jaką im zaoferowano. Po drugie, rosyjskie władze instrumentalnie rozgrywają zapotrzebowanie społeczeństwa na poczucie wyjątkowości („jesteśmy lepsi niż reszta”, „racja jest po naszej stronie”) oraz potrzebę posiadania wroga. Po trzecie, narracja jest wszechobecna, przytłacza figurami retorycznymi, hiperbolami ilustrującymi skalę zła, z jakim rzekomo walczy rosyjska armia.

Po czwarte, wszystkie znaczące niezależne media albo zaprzestały działalności, przynajmniej na jakiś czas, w związku z represjami, albo zostały zdelegalizowane w Rosji, albo są blokowane. Najważniejszymi źródłami niezależnej informacji pozostają obecnie serwisy YouTube i Telegram. Dziennikarze kontynuują pracę, lecz żródła rzetelnej informacji są rozproszone, co utrudnia dotarcie do niej. Dostęp do wielu stron jest możliwy jedynie przy użyciu VPN.

Po piąte, większość Rosjan nie sięga po niezależne informacje, bo albo nie jest gotowa na przyjęcie trudnej prawdy o wojnie, albo na przyznanie, że tę prawdę znają. Wymagałoby to bowiem podjęcia dyskusji o zbiorowej winie i odpowiedzialności. Istnieje też silna obawa przed dyskredytacją państwa, które pozostaje w zasadzie jedynym trwałym punktem odniesienia dla tożsamości zbiorowej.

Najbardziej szokuje odrzucanie faktów, relacji przyjaciół czy krewnych z Ukrainy. Opowieści z pierwszej ręki przegrywają z telewizją (jako główne źródło informacji traktuje ją dwie trzecie respondentów). Wiele rodzin doświadcza w związku z tym głębokich podziałów, szczególnie międzypokoleniowych, gdyż polaryzacja według kryterium wieku jest najsilniejsza. Jak w majowym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” stwierdził socjolog Grigorij Judin, agresywne odrzucanie, wypieranie faktów to reakcja człowieka, który wszystko wie i rozumie, ale próbuje za wszelką cenę uratować swój „kruchy wewnętrzny świat”.

Z kolei w rozmowie z „Wyborczą” w marcu bieżącego roku Aleksiej Lewinson z Centrum Lewady skonstatował: „ludzie chcą być oszukiwani”. Daje o sobie znać atomizacja społeczna i depolityzacja – ludzie zamykają się w swoim świecie, którego granice rzadko wykraczają poza najbliższą rodzinę i wąski krąg przyjaciół. Jak jednak donoszą specjaliści, w ostatnich miesiącach znacząco wzrosła liczba osób zwracających się o pomoc psychologiczną.

Choć Rosjanie nie mają spójnego wyobrażenia na temat celów „operacji specjalnej”, przedstawiane przez nich interpretacje sensu inwazji (obrona granic Rosji, obrona ludności DNR i ŁNR, zapobieżenie człokostwu Ukrainy w NATO) odzwierciedlają zmienny przekaz forsowany przez telewizję. Daje też o sobie znać swoisty „efekt utopionych kosztów”, widoczny zwłaszcza w wypowiedziach członków rodzin poległych żołnierzy: „trzeba iść do końca, do zwycięstwa, przecież oni nie zginęli na darmo”.

„A co my możemy?”

Innym powodem wysokiego deklarowanego poparcia dla władz jest obawa przed represjami, zorganizowanym hejtem w internecie, przemocą oraz ostracyzmem społecznym (zwłaszcza w mniejszych zbiorowościach) przy jednoczesnym braku poczucia sprawczości i wiary w sens protestu. O skali obaw świadczy wzrost odsetka odmów udziału w ankietach. Jak wskazują sondaże Russian Field (większość ośrodków w ogóle nie podaje takich danych), w marcu sięgnął on 95% i był znacząco wyższy niż w lutym. W jednym z marcowych sondaży jedna piąta ankietowanych oświadczyła, że obawia się brać udział w podobnych badaniach. 68% z nich nie była zadowolona z sytuacji w kraju, wyraźna większość odczuwała też negatywne emocje w związku z „operacją specjalną”. Można zakładać, że nastroje takie są właściwe przede wszystkim osobom, które uchylają się od uczestnictwa, natomiast zwolennicy władz wypowiadają się o wiele chętniej. W rozmowach z socjologami ludzie mówili: „to chyba niebezpieczne pytania, lepiej nie odpowiadać, politycznych pytań nie chcę”; „od nas i tak nic nie zależy”; „ojej, chlapnę coś, a wy mnie potem posadzicie”. Były też i pogróżki: „wasze pytania są nielegalne, jeśli teraz zadzwonię do FSB, to do domu na noc nie wrócicie”.

Ten ostatni przykład jest istotny: podczas wojny zauważalnie wzrosła liczba donosów z pobudek „patriotycznych”. Do donoszenia wprost zachęcają władze (m.in. rozsyłając smsy z apelem, by informować o podejrzanej aktywności czy nieprawomyślnych wypowiedziach innych osób). Według informacji niezależnych mediów, moskwianie znajdowali w skrzynkach pocztowych listy z propozycjami donoszenia na politycznie nieprawomyślnych sąsiadów, „wyrażających nienawiść wobec Rosji i Putina” lub finansujących działalność Nawalnego (który w świecie putinowskiego totalitaryzmu odgrywa rolę Emmanuela Goldsteina).

Znaczna część społeczeństwa jest sfrustrowana złą sytuacją społeczno-ekonomiczną, korupcją i bezprawiem.

Paradoksalnie przyłączenie się do agresora (władzy państwowej) to – jak wyjaśniają socjologowie – sposób obrony w sytuacji, kiedy człowiek ma dojmujące poczucie, że stał się ofiarą okoliczności. Poparcie dla propagandy wojennej może być ujściem dla buntu i frustracji z powodu świadomości przegranej zarówno na poziomie indywidualnym, jak i zbiorowym. Przyzwyczajenie do życia w systemie opartym na przemocy skutkuje przeświadczeniem, że zarówno w polityce zagranicznej, jak i wewnętrznej decydujące jest prawo siły, nie siła prawa.

Ostatnia dekada pokazała, że ani uliczne demonstracje, ani niezależne media, ani do niedawna silne zalążki społeczeństwa obywatelskiego nie są w stanie powstrzymać represyjnego kursu władz. W ciągu ostatnich dwóch lat zlikwidowano wszelkie struktury, jakie dzisiaj mogłyby się stać motorem protestu antywojennego, a wielu oponentów reżimu znalazło się na przymusowej emigracji. Zwłaszcza na prowincji silne jest przekonanie, że „przetrwa ten, kto milczy”. To zatem nie „donbaski entuzjazm”, ale konformizm, mimikra: Rosjanie wiedzą, że najlepiej być niewidocznym dla własnego państwa, przyłączyć się do większości, nie wychylać się. Towarzyszy temu nadzieja, że „problem” niedługo się rozwiąże, choć wielu jest przekonanych, że jeśli nie sama wojna, to skutki konfrontacji z Zachodem utrzymają się bardzo długo. Paradoksalnie, i jednych, i drugich te rozbieżne przekonania doprowadzają do wyboru strategii adaptacji, a nie oporu.

Jak zracjonalizować wojnę?

Od końca lutego zespół Public Sociology Laboratory prowadził pogłębione wywiady w Rosji (online i offline – te ostatnie w Moskwie i Petersburgu). Choć nie należy wysnuwać daleko idących wniosków na podstawie badań jednego ośrodka, można roboczo zarysować kilka typów sojuszy, jakie obywatele Rosji są gotowi zawrzeć z władzą.

1) Sojusz domyślny. Dotyczy bezrefleksyjnych konsumentów propagandy państwowej, na ogół nie korzystających z innych źródeł informacji, posługujących się kliszami narracyjnymi serwowanymi przez telewizję. Jednak im więcej czasu upływa od początku inwazji, tym większa część tych osób jest gotowa poddawać w wątpliwość serwowany im obraz świata.

2) Sojusz imperialny. Dotyczy zdeklarowanych, świadomych zwolenników „projektu imperialnego” (chodzi o odzyskiwanie przez Rosję dominującego wpływu w tzw. przestrzeni poradzieckiej i skuteczne przeciwstawianie się Zachodowi), którzy ukształtowali swoje przekonania na długo przed wojną. Wiedzą, co się dzieje w Ukrainie, ale uważają, że ofiary na wojnie są nieuniknione. Popierają politykę zagraniczną Putina, nawet jeśli krytykują politykę wewnętrzną. Są też najmniej podatni na perswazję.

3) Sojusz przeciwko wspólnemu wrogowi. Ta grupa wolałaby, żeby wojny nie było, ale skoro już się rozpoczęła, to usprawiedliwiają ją potrzebą przeciwstawienia się NATO. Co ciekawe, tacy ludzie niekoniecznie ufają kremlowskiej propagandzie; mogą sięgać po alternatywne źródła informacji. Są też świadomi poważnych skutków społeczno-ekonomicznych wojny.

4) Sojusz taktyczny, charakterystyczny dla osób osobiście związanych z Donbasem. Stają one po stronie Kremla, nawet jeśli są ogólnie krytyczne wobec rosyjskich władz, bo nadrzędnym celem pozostaje obrona tożsamości ludności regionu przeciwko „ukrainizacji” i zakończenie trwającego od 2014 konfliktu.

5) Sojusz mimo wszystko. To zwolennicy podejścia right or wrong, my country. Mogą oni odnosić się krytycznie zarówno do celów, jak i metod wojny, ale nie są w stanie zwrócić się przeciwko ojczyźnie.
Dr Maria Domańska jest analityczką Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie. Zajmuje się badaniem polityki wewnętrznej Rosji.

Inne artykuły Marii Domańskiej

Czas pokaże, czy przesączająca się powoli do świadomości społecznej prawda o kosztach wojny (ludzkich i materialnych) doprowadzi do odrodzenia się nastrojów krytycznych wobec władz, które nasilały się w ostatnich latach przed inwazją. Jeśli nawet tak się stanie, w przewidywalnej przyszłości nie doprowadzi to do aktywizacji protestu. To nie postawy społeczne, ale wyłącznie klęska Rosji na polu bitwy może zmienić losy tej wojny.