Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Rosja / 11.01.2023
Kuba Benedyczak

Nekropolityka Kremla. Rosjanom opłaca się wysłać najbliższych na śmierć w Ukrainie

Putinowska nekropolityka jest kolejnym w historii Rosji, masowym i nieludzkim eksperymentem, jakiemu władza poddaje swoich nie obywateli. Wystawia na próbę ich człowieczeństwo, pytając, czy za dobrą pensję i kupon totolotka przekażą życie bliskich w jej szpony. Wielu skusi.
Foto tytułowe
(Shutterstock)


Oglądając imprezę sylwestrową w rosyjskiej telewizji, można ulec wrażeniu przeniesienia się do legendarnego filmu Aleksieja Bałabanowa z 2007 roku Ładunek 200. W jednym pokoju psychopatyczny kapitan policji więzi przykutą kajdankami do łóżka i pojoną samogonem dziewczynę. Patrzy, jak się wije, gwałcona przez brudnego menela, aż w końcu wrzuca jej do łóżka trupa narzeczonego, który zginął w Afganistanie. W drugim pokoju matka kapitana, jakby w mieszkaniu nie było zapachu nieboszczyka ani wyjącej za ścianą dziewczyny, całymi dniami ogląda sowieckie festiwale piosenki estradowej. (Przypomnienie dla młodszych: piosenki estradowej słuchali wasi dziadkowie i babcie w czasach PRL-u, np. podczas Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu).

Po 16 latach od premiery Ładunku 200 metafora Bałabanowa pozostaje aktualna. W Ukrainie płoną zgliszcza, giną dzieci i gwałcone są kobiety, Rosją rządzi psychopata, który niby zamienił pagony KGB na garnitur, ale wciąż terroryzuje, znieczula, zobojętnia, spycha w otchłań siebie i Rosjan. A w noc sylwestrową w telewizji elita się bawi. Żeby chociaż zaprosili przebrzmiałe Black Eyed Peas. Ale nie. Wchodzimy w 2023 rok, a rosyjska elita bawi się przy sowiecko-włoskiej piosence estradowej. Tańczy.

Ja tańczę...
Ja tańczę...
Kręcę się jak umiem
Unikając tłoku
Unikając tłumu
W delikatnym amoku.


Śmierć jako rodzinny fundusz inwestycyjny

Jeśli istnieje stopniowalność nekrofilii, to sylwestrowa noc nie stanowi jej ostatecznej formy. To zaledwie nekropląsy. Impreza rodziny Addamsów. Władimir Putin podniósł nekrofilię do rangi polityki państwowej. Zaproponował walczącym w Ukrainie żołnierzom – w zdecydowanej większości rekrutującym się z niższych warstw społecznych – niezliczone ulgi finansowe, wypłatę 12-krotnie przewyższającą płacę minimalna (którą na starcie otrzymują np. pielęgniarki i nauczyciele), a na wypadek śmierci odszkodowania dla ich rodzin, za które te kupiłyby mieszkanie w Warszawie bez zaciągania kredytu.

Putin wykreował zatem sytuację, w której śmierć Rosjanina na wojnie będzie dla jego bliskich nie tragedią, lecz drogą wyjścia z biedy. Dźwignią awansu społecznego i odskocznią do lepszego życia. W ten sposób śmierć stała się składową rosyjskiej gospodarki, życia rodzinnego i społecznego, a nade wszystko nowym spoiwem umowy społecznej między kremlowską autorytarną władzą a rosyjskimi nieobywatelami. To nic innego jak nekropolityka czy wręcz nekrosakralizacja rosyjskiej władzy, ponieważ ta ostania wciąga na sztandary państwowe przysięgę „póki śmierć nas nie rozłączy”, wymagając, by Rosjanie traktowali ją jak najbardziej dosłownie.

Doskonale zjawisko to opisał laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2021 roku Dmitrij Muratow, redaktor naczelny „Nowoj Gaziety”. Przed kilkoma miesiącami w wywiadzie dla wideoblogera Jurija Dudzia mówił:

„Państwo podeszło do tej kwestii niezwykle kompetentnie. Wypłaca Rosjanom miliony rubli, dzięki czemu ich inwestycja w śmierć okazuje się nadzwyczaj opłacalna. Teraz w każdym mieście ludzie powtarzają: «No tak, jest wojna, ale przecież płacą za to pieniądze!». […] Żołnierz kontraktowy z regionu władimirskiego dostaje 300 tysięcy rubli, a u siebie w fabryce 25–30 tysięcy”.

Dudź dopytywał: „Czyli dzięki temu Putin utrzymał poparcie i zagłuszył śmierć ludzi, a dodatkowo uczynił z wojny drabinę awansu społecznego?”.

„Absolutnie! Cerkiew stworzyła projekt pod nazwą «śmierć w zamian za odpuszczenie grzechów». Państwo z kolei otworzyło szczodrą aukcję zatytułowaną «śmierć jako rodzinny fundusz inwestycyjny». Jeśli człowiek zginie, jego rodzina otrzyma tyle pieniędzy, ile on zarabiałby przez ćwierć wieku”.

Putinowi niech będą dzięki

Dmitrij Muratow przeszacował, ale nieznacznie. Szeregowy żołnierz otrzymuje miesięcznie 195 tysięcy rubli (ok. 12 tysięcy złotych), a zmobilizowani więźniowie 100 tysięcy rubli. Pensja wzrasta wraz z podniesieniem rangi wojskowej. Dlatego oficerowie mogą zarabiać 300 tysięcy rubli i więcej, a po masowych stratach rosyjskiej armii i wciąż prowadzonej mobilizacji oficerem niższej rangi można zostać dość szybko. Walczącym w Ukrainie przysługują dodatkowo regionalne bonusy, np. na Czukotce jednorazowo dodatkowe 300 tysięcy rubli, a w Nienieckim Okręgu Autonomicznym darmowa działka. Federalna Służba Komornicza zawiesiła ściąganie długów od zmobilizowanych, a na początku grudnia banki zatwierdziły wakacje kredytowe dla 100 tysięcy z nich. W wielu regionach status zmobilizowanego oznacza priorytetowy dostęp dla członków rodziny do przedszkoli, żłobków i opieki zdrowotnej. Władza złożyła też obietnice na przyszłość: zwolnienie z podatku dochodowego oraz status „weterana operacji wojennych” po powrocie do domu, co zapewni różnorakie ulgi, chociażby 50-procentowe zniżki na opłaty mieszkaniowe i komunalne.

Najważniejsze w putinowskim projekcie „śmierć to dopiero początek” są odszkodowania. 3 miliony rubli (185 tysięcy złotych) przysługuje za odniesione rany. W przypadku śmierci państwo początkowo wypłacało bliskim poległego żołnierza 7,4 miliona rubli, a od marca 2022 roku w wyniku dekretu Putina 12 milionów rubli (740 tysięcy złotych). W Polsce wystarczyłoby to na 40-, 50-metrowe mieszkanie w Warszawie, Krakowie, Gdańsku lub Wrocławiu i 50-, 70-metrowe w mniejszych miastach. Albo na całkiem dobry nowy samochód – rodzinną Toyotę, BMW czy Mercedesa klasy E – i jeszcze ponad połowa by została na kilka wyjazdów do Kataru i Argentyny, ewentualnie na oszczędności dla dziecka, by wyjechało na studia, nauczyło się angielskiego, chińskiego czy hiszpańskiego. Lub na otwarcie własnej firmy.

Wariacji jest sporo, zasadniczo chodzi o to, że jeśli „twój chłop” zginie – bo „twoja baba” sporadycznie – a ty masz głowę na karku, dzięki odszkodowaniu wsiadasz do windy i jedziesz kilka pięter z Nędzowa Małego w górę hierarchii społecznej, do lepszego życia. A jeśli jeszcze „twój chłop” był bezrobotnym alkusem, robił awantury, bił żonę i dzieci, to przecież nie tylko ogromna ulga i jedna pijacka gęba do wykarmienia mniej. To wysoka stopa wzrostu inwestycji, której dokonało za ciebie państwo. Co wtedy czujesz, ale nie mówisz głośno?

Putinowi niech będą dzięki.

To co, pomożecie?

W Polsce putinowskie programy wywołują pogardę i niedowierzanie, które zawiera się w stwierdzeniu: „I tak nie zapłacą”. Ale to bardziej przypuszczenia niż fakty, a kto wie czy nie myślenie życzeniowe. Bo owszem, „Nowaja Gazieta Europe” w reportażu z 11 listopada opisywała bunt żołnierzy z Czuwaszi, którzy początkowo nie otrzymywali wypłat, ponieważ władze regionalne przeczesywały budżet, by zdecydować, komu zabrać, żeby dać zmobilizowanym (w wyniku buntu pieniądze dla żołnierzy się znalazły). Russkaja Slużba BBC także w listopadzie donosiła o przypadkach niewypłacania 195 tysięcy rubli, ale nie było to działanie systemowe. Dziennikarze BBC pisali również, że aby otrzymać pieniądze i ulgi, trzeba podpisać kontrakt na co najmniej rok, więc część rosyjskich prawników sądzi, że jeśli państwo odeśle kogoś przed terminem albo Putin ogłosi wcześniej demobilizację, żołnierze nie dostaną pieniędzy. Ani „Nowaja Gazieta” i BBC, ani portale The Bell czy Meduza nie donosiły jednak o masowym, zorganizowanym procederze niewypłacania żołnierzom honorariów i odszkodowań.

Oczywiście nie można wykluczyć, że państwo rosyjskie będzie stosowało uniki. Być może nie obejmie zdemobilizowanych statusem „weterana operacji wojennych”. Być może firma ubezpieczeniowa Sogaz, która podpisała z ministerstwem obrony narodowej umowę na wypłatę odszkodowań z NNW, będzie szukać kruczków prawnych, by tego robić. Być może część żołnierzy nie otrzyma wszystkich wypłat, a ich rodziny dostaną pomniejszone czy wręcz zerowe odszkodowania. Być może. Na razie jednak są to wyjątki, a nie reguła.



Putin przecież odrestaurowuje imperium. Dlatego ustanawia gospodarkę wojenną i ani myśli przestać pompować w nią pieniądze. Co więcej, w nosie ma, czy zapłacą za to rosyjskie dzieci i wnuki, czy za 5–10 lat w miejscu państwowego budżetu będzie ziać czarna dziura, a na rachunkach państwowych będzie hulać porywisty wiatr. Come on, trwa pełnoskalowa wojna o imperium! I Putin zamierza ją kontynuować, o czym mówi bez ogródek. Wprost do kamery, kilka razy w tygodniu. On już nie kalkuluje zysków i strat, tylko przerzuca koszty wojny na budżety regionów, klasę średnią i przedsiębiorstwa. Do machiny wojennej potrzebuje jako tako zmotywowane mięso armatnie, więc nie bardzo może sobie pozwolić na powszechne i ostentacyjne złamanie swojej nekrofilskiej umowy społecznej.

Poza tym w putinowskiej nekropolityce chodzi tak samo o kotlety armatnie, jak o wizję i obietnicę. O psychospołeczną nadbudowę. Nawet jeśli państwo nie wypłaci ani rubla – choć to mało prawdopodobne – Putin wręcza Rosjanom do ręki kupon totolotka, mówiąc: Nie bójcie się i wyślijcie swojego Mężczyznę na wojnę (słowo „Mężczyzna” propaganda odmienia przez wszystkie przypadki). Może przeżyje, a może nie, dla was i tak każdy wariant jest dobry: albo zwycięska walka za wielką Rosję, albo śmierć bohatera i bilet wstępu do lepszego życia. A jeśli się wam poszczęści, dostaniecie jedno i drugie: urwana ręka to 3 miliony, a – co tu dużo mówić – miejsca w przedszkolu same się nie znajdą, podobnie jak same nie opłacą się woda, gaz i wywóz śmieci. To jak będzie? I biedniejsza część ludzi nie ucieknie za granicę, tylko zaryzykuje na takiej samej zasadzie, na jakiej sprzedaje się jedną nerkę z nadzieją, że ta druga posłuży jeszcze długie lata.

Jaki kraj, taki zen

Można trywialnie skonstatować, że wakacje kredytowe, milionowe odszkodowania i 195 tysięcy rubli to zabieg gwarantujący Putinowi poparcie, dopóki nie wyschną pieniądze z budżetu. I będzie to prawda, ale bardzo powierzchowna. Putninowska nekropolityka to łamanie Rosjanom kręgosłupa (lub, jak sami by powiedzieli, łamanie przez kolano). Formalnie odbywa się na zasadach rynkowych. Zamiast ogłaszania mobilizacji Kreml powinien był po prostu zamieścić ogłoszenie na portalu dla osób poszukujących pracę. Brzmiałoby ono mnie więcej tak:

- Poszukujemy: niedoświadczonych żołnierzy.
- Twój zakres obowiązków: strzelanie, zabijanie, gwałcenie, czołganie się, spanie w okopach, udzielanie pierwszej pomocy.
- Nasze wymagania: wiek od 18 do 50 lat, posłuszeństwo i umiejętność pracy w zespole; mile widziane wcześniejsze doświadczenie bojowe i dobra kondycja fizyczna; umiejętność obsługi czołgu i zdrowie psychiczne będzie dodatkowym atutem. - Oferujemy: ciekawą i pełną wyzwań pracę, szkolenia, atrakcyjne wynagrodzenie, premia za osiągnięte wyniki, grupowe ubezpieczenie z wysokim NNW, wojskowy pogrzeb.

W istocie ogłoszenie o pracę to sutenerska propozycja bezalternatywna. Nie pójdziesz na front po dobroci z benefitami, to pójdziesz bez dobroci. Sutener przedstawia intratną ofertę, ale Sasza, Jura, Kostia oraz ich żony widzą dwóch osiłków za jego plecami. Zdają sobie sprawę, że jeśli w tej chwili Sasza, Jura i Kostia nie spierdolą oknem do Kazachstanu czy Gruzji, choćby ryzykując rany od rozbitego szkła, będą musieli podpisać ofertę pracy tak cholernie korzystną, że aż nie do odrzucenia.
nie regu

Na głębszym poziomie nekropolityka i nekrosakralizacja władzy to kolejny etap patologizacji Rosjan przez ich własne państwo. Państwo się tobą zaopiekuje, może nawet poprawi twój los, jeśli oddasz mu w nieograniczone użytkowanie członka swojej rodziny. Powracają dobrze znane z historii układy: faraon–niewolnik, Talib–kobieta, chłop–możnowładca, farmer i jego indyki przed świętem dziękczynienia; władza jeszcze zobaczy, który trafi na stół. Rosjanie godzą się z tym, że państwo wedle uznania rozporządza życiem i zdrowiem najbliższych im osób: wyśle na samobójczą misję, oddeleguje do sprzątania szpitali polowych albo zrzuci żołnierzy bez spadochronu, jeśli zajdzie taka konieczność. A przy tym władza wmawia Rosjanom, że nie powinni, a właściwie nie mają prawa narzekać, krzyczeć i protestować, bo byłaby to niewdzięczność. Przecież hajsy się zgadzają, a NNW jest wysokie.

Pytacie w listach, dlaczego Rosjanie są tacy bezwolni, tacy posłuszni? Jeśli masz złamany kręgosłup, ty i twoi bliscy stanowicie teatralne rekwizyty władzy, to przystosowujesz się, bierzesz wszystko, co przyniesie los, zwłaszcza hajsy i NNW. Bo osiągnąłeś harmonię wewnętrzną nieobywatela.

Nie ma już nic skończył się tlen
Nakurwiam zen, nakurwiam zen.


Oczywiście twój zen to patologia i demoralizacja w czystej postaci. Jaki kraj, taki zen.

Żeby ludzie nie płakali nad jedną czekoladką

We wspomnianym wywiadzie Dmitrij Muratow mówił: „Lena Kostiuczenko [korespondentka wojenna „Nowoj Gaziety”, w Polsce wyszła jej genialna książka Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji – przyp. K.B.] rozmawiała z młodą kobietą, której ukochany brat zginął w wojnie. Powiedziała: «Jeśli mogłabym przywrócić życie bratu, oddałabym pieniądze. Ale skoro nie mogę przywrócić bratu życia, dlaczego miałabym tracić pieniądze?». To pokazuje, jakie wartości są dla tych ludzi ważne, do czego doprowadza ich życie w biedzie. W ostatecznym rozrachunku państwu chodzi o to, żeby Rosjanie nie płakali nad jedną czekoladką wyjedzoną z pudełka, jednym ziemniakiem wyjętym z worka. Mają myśleć interesem wielkiego imperium, a nie swoim wąskim interesem rodzinnym. Nie powinni płakać tylko dlatego, że kiedyś tam jakaś położna wyciągnęła z macicy ich syna czy brata, i klepiąc go w dupę otworzyła mu bramę na drogę życia. To wielka społeczna inżynieria”.

Polska szydera z rosyjskiego propagandowego filmu, w którym rodzina kupiła sobie ładę za odszkodowanie po śmierci ojca, jest zatem bez sensu. Nie ma w tym nic śmiesznego. Zamiast łady mogła tam stać dziewczynka z najdroższą Barbie, którą trzyma pierwszy raz w życiu, albo chłopiec w elektrycznym maserati, którym jeździł tylko w swoich marzeniach. To tragedia, gdy państwo stawia cię w rozkroku między życiem bliskiego a Barbie i naprawą dachu, bo do tego doprowadza życie w biedzie i złamany kręgosłup. Putinowska nekropolityka jest kolejnym w historii Rosji, masowym i nieludzkim eksperymentem, jakiemu władza poddaje swoich nieobywateli, bo wystawia na próbę ich człowieczeństwo. Pyta o to, czy za dobrą pensję i kupon totolotka przekażą życie bliskich w jej szpony. I wielu się skusi, bo prawda o ludziach żyjących w nędzy niewiele dobrego mówi o człowieku. Dokładnie tak, jak pisał Warłam Szarłamow w Opowiadaniach kołymskich: „To, co widziałem, tego człowiek nie powinien widzieć, nie powinien o tym wiedzieć”.
Dr Kuba Benedyczak, dziennikarz i analityk zajmujący się Rosją i Europą Wschodnią. Współpracuje.in.. z Radiem 357 i „Nową Europą Wschodnią” oraz wykłada na Uniwersytecie Warszawskim.

Inne artykuły Kuby Benedyczaka

Żyjący i tworzący w Polsce rosyjski reżyser Jurij Murawicki jeszcze przed wojną wystawił w Teatrze Dramatycznym Rewizora Nikołaja Gogola. Wszyscy bohaterowie występują u niego jako żywe trupy – zombie, wampiry, frankensteiny, mumie itp. Kiedy wyszedłem ze spektaklu, pomyślałem, że to niedorzeczność wystawiać tragikomedię Gogola w konwencji horroru o żywych trupach. Nie domyślałem się, że Murawicki przewidział mechanizm funkcjonowania obecnej Rosji. Nekropolitykę.