Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Transatlantyk / 27.07.2023
Dominik Héjj

Wiktor Orban rządzi już ćwierć wieku. W tym czasie zmienił Węgry i sam przeszedł przemianę

6 lipca 1998 roku został zaprzysiężony pierwszy gabinet Viktora Orbána. Choć okrągła rocznica tego wydarzenia minęła dość niepostrzeżenie, stanowi dobry punkt wyjścia do porównania lidera Fideszu sprzed 25 lat z tym, który Węgrami rządzi dzisiaj.
Foto tytułowe
(Shutterstock)


„Jest inny wybór: Węgry obywatelskie” to hasło z ulotek wyborczych z kampanii w 1998 roku. Fidesz obiecywał wówczas „przywrócenie państwa obywatelom” oraz „odważenie się, by uwierzyć we własną przyszłość”.

„Będzie to rząd, który nie opiera się jedynie na głosach zebranych w wyborach, ale na ludziach, którzy współpracują ze sobą na co dzień, którzy chcą coś zrobić, którzy chcą przekuć w rzeczywistość swoje pomysły i marzenia”, mówił 18 czerwca 1998 roku Viktor Orbán. Było to jego pierwsze, oficjalne wystąpienie na stanowisku premiera-elekta, jeszcze przed wygłoszeniem exposé. Inauguracyjne przemówienie jest jednym z najkrótszych w historii: jego zapis składa się z raptem 284 słów, zaledwie 2108 znaków. „Rząd, za którego utworzenie jestem odpowiedzialny, i dla którego od dziś pracuję, będzie rządem dla nas wszystkich”, podkreślał lider Fideszu.

Na uwagę zasługuje szczególnie zdanie dotyczące możliwości utworzenia rządu „zdolnego pomóc zbudować Węgry obywatelskie, w których każdy ma szansę żyć w wolności i dobrobycie dzięki swoim umiejętnościom, wiedzy i pracowitości”. W wystąpieniach z tamtego okresu nie pojawiają się kwestie ideowe, które dzisiaj stanowią filar przemówień Orbán. Nawet kiedy mówił on o swoich postkomunistycznych poprzednikach, czynił to z szacunkiem. Wskazywał na ciągłość politycznych decyzji poprzednich i przyszłych administracji – jak chociażby w temacie członkostwa w NATO i Unii Europejskiej.

Program rządu został przedstawiony na posiedzeniu 3 lipca 1998 roku. Również zawierał w sobie komponent „obywatelskości”. „Na progu nowego tysiąclecia – program rządu na rzecz Węgier obywatelskich”. Z perspektywy Orbána fakt, że to on na czele gabinetu wprowadzi swój kraj w nowe tysiąclecie, był wydarzeniem symbolicznie istotnym. Węgry w 2000 roku miały świętować tysiąc lat węgierskiej państwowości i przyjęcia chrztu.

Obchody milenium miały dwa punkty kulminacyjne. Pierwszy, kiedy 1 stycznia 2000 roku korona Króla Stefana została przeniesiona z Muzeum Narodowego do budynku parlamentu, drugi 20 sierpnia. Obchodzony jest wówczas dzień św. Króla Stefana, który osadził Węgry na fundamencie chrześcijańskim. Poza tradycyjnym wciągnięciem flagi na maszt, a także procesją z relikwią Króla Stefana, w Budapeszcie odbywały się koncerty, które zwieńczył wielki pokaz sztucznych ogni. Narodowy Bank Węgier wydał okolicznościowy banknot (na którym uwieczniono koronę Świętego Stefana).

Ale powróćmy do komponentu obywatelskości, który w 1998 roku miał dla Fideszu i premiera Orbána szczególne znaczenie. „Obywatelskość” pozostawała jednym z wyróżników Fideszu, chociażby z racji tego, że w latach 1995–2003 drugi człon nazwy partii brzmiał „Węgierska Partia Obywatelska”. Kiedy Fidesz przegrał wybory w 2002 roku, z czym Orbán nie mógł się pogodzić przez blisko rok (do marca 2003 roku kontestował wyniki), partia stworzyła Koła Obywatelskie. Ich zadanie polegało na stałej i obywatelskiej kontroli działań lewicowo-liberalnej koalicji. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy od wezwania Orbána do ich utworzenia, Kół Obywatelskich zarejestrowano przeszło 11 tysięcy. W 2003 roku Fidesz te organizacje wchłonął, czego konsekwencją była zmiana nazwy na „Fidesz – Węgierski Sojusz Obywatelski”.

Kiedy Viktor Orbán powrócił do władzy w 2010 roku, szybko uznał, że to, co „obywatelskie”, powinno być jednoznacznie kojarzone z Fideszem. Proces ten przyśpieszyła krytyka, która towarzyszyła wprowadzanym przez niego reformom. Ta pochodziła także z węgierskich organizacji pozarządowych, w tym tych, których działalność była finansowana zza granicy. Remedium na te podmioty, np. Węgierską Helsińską Fundacją Praw Człowieka, miała stanowić ustawa uderzająca w finansowanie organizacji pozarządowych, tzw. lexNGO, który wszedł w życie w 2017 roku.

W funkcjonującej wówczas narracji była to walka z organizacjami „pseudo-pozarządowymi”, które miały mieszać się w sprawy Węgier i wspierać opozycję. Jednoznacznie wskazywano, że głównym donatorem NGO-sów jest George (właśc. György) Soros. Podmioty, które otrzymywały z zagranicy powyżej 23 tysięcy euro rocznie, zostały zobligowane do podania informacji, że są „wspierane z zagranicy”. Chociaż przepis pozostał tak naprawdę martwy, a jedną z pierwszych organizacji, która takiego zgłoszenia dokonała, był Węgierski Czerwony Krzyż, pokazywał stosunek Fideszu do obywatelskości innej niż ta, którą rozumie sam Fidesz. Dzisiaj NGO-sy inne niż te sympatyzujące z władzą są uważane m.in. za lobbystów na rzecz LGBT+ bądź nielegalnej migracji.


Orbán proeuropejski


Pewne cechy podobnie radykalnej przemiany można znaleźć w podejściu Viktora Orbána do Unii Europejskiej. Przed 25 laty celem trzydziestopięcioletniego premiera była kontynuacja prozachodniego kierunku zarówno do NATO, jak i UE. Na ulotkach wyborczych był on podpisany jako przewodniczący parlamentarnej komisji integracji europejskiej.

„Wiemy, że trzecie tysiąclecie przyniesie wyzwania, ale przystąpienie do Unii Europejskiej, jeśli zostanie przeprowadzone z należytą starannością, nie zagrozi naszej tożsamości kulturowej. W końcu szukamy relacji z Unią Europejską, która jest świadoma, że może przetrwać tylko tak długo, jak długo przetrwają narody, które w niej żyją”, mówił w exposé Orbán. A czynił to kilkanaście tygodni po tym, jak w czasie szczytu w Brukseli w dniach 30–31 marca 1998 r. uroczyście otwarto negocjacje akcesyjne. I chociaż kilka miesięcy później w wywiadzie dla dziennika „Világgazdaság” stwierdził, że „nie zdarzy się tragedia, jeśli nie urzeczywistni się przystąpienie w 2003 roku [do UE – przyp. D.H.]. Obecnie nie jesteśmy członkami Unii, i, jak widzimy, istnieje także życie poza Unią”, to kurs jego rządu pozostawał proeuropejski.

Warto wskazać, że mówiąc o UE, premier koncentrował się wyłącznie na gospodarce, w tym szansy, jaką będzie stanowić dostęp do nowych rynków dla węgierskich przedsiębiorstw. Odejście od proeuropejskiego nurtu nastąpiło w 2013 roku, kiedy Parlament Europejski przyjął raport eurodeputowanego Rui Tavaresa, w którym wypunktowano wszystkie niedociągnięcia demokracji na Węgrzech. W ciągu kilku lat premier co najmniej kilkukrotnie przekonywał, że wspólnota wartości w UE nie istnieje, a byt ten opiera się na relacjach gospodarczych. Wreszcie w 2020 i 2022 roku porównywał Unię Europejską do Związku Radzieckiego. Analogii doszukiwał się m.in. w „narzucaniu ideologii”.

W 1998 roku lider Fideszu mówił: „Rząd chce, aby nasz kraj nie tylko dołączył do Unii, ale dogonił kraje Unii”. Snuł przy tym wizje dotyczące sytuacji Węgier w perspektywie ćwierćwiecza. A ponieważ wypada ono właśnie teraz, to warto sprawdzić, na ile jego kalkulacje się potwierdzają. „Jeśli uda nam się utrzymać tempo wzrostu gospodarczego z ostatnich lat, możemy dorównać średnim wynikom Unii Europejskiej w ciągu 50 lat. Jeśli rządowi uda się wprowadzić węgierską gospodarkę na nową, silniejszą ścieżkę wzrostu, czego byśmy chcieli, możemy nadrobić te zaległości w ciągu 25 lat”, zapowiadał lider Fideszu w lipcu 1998 roku. Według danych Eurostatu z marca 2023 roku PKB na mieszkańca Węgier, wyrażony w standardach siły nabywczej wynosi 77% wartości unijnej, tyle samo, ile w Portugalii. Na Słowacji wynosi on 67%, w Polsce 79%, a w Czechach 91%.


Tak dla dzieci


Jednymi z filarów propozycji premiera-elekta było stworzenie warunków umożliwiającym zakładanie rodzin. Państwo miało gwarantować wsparcie, którego on sam nie określał mianem pomocy socjalnej, a inwestycji w przyszłość. I to na przestrzeni lat nie uległo zmianie. W 1998 roku pomoc państwa miała dotyczyć podwyższenia kwot świadczeń i stanowić rozwiązanie kwestii mieszkaniowej. Największe reformy udały się na tym polu Orbánowi po 2010 roku. Wprowadzono wówczas m.in. program dopłat do mieszkań.


Obejmując urząd premiera po raz pierwszy, Viktor Orbán był ojcem trójki dzieci. W trakcie kadencji (w 2000 roku) urodziła się jego córka Róza, a w 2004 roku Flóra. Orbán przed dwudziestu pięciu laty mówił: „na Węgrzech każdego roku rodzi się o 35 tysięcy mniej dzieci niż tych, którzy odchodzą z tego świata. Z mapy Węgier znikają całe miasta. Jeśli tak dalej pójdzie, nasz kraj stanie w obliczu niemal niemożliwego do opanowania kryzysu gospodarczego”.

Chociaż liczba Węgrów faktycznie zmniejszyła się, to jednak czarny scenariusz z exposé Orbána, w którym wieszczył, że po upływie ćwierćwiecza Węgrów może być 7,5 miliona, nie spełnił się. Według przeprowadzonego w 2022 roku spisu powszechnego obecnie jest ich 9,6 miliona. To spadek o ok. 600 tysięcy od pierwszych rządów Orbána (według spisu z 2001 roku).

Z upływem lat na znaczeniu wzrosło przekonanie Orbána, że dzieci będą stanowić remedium na problemy gospodarcze, w tym brak rąk do pracy. W 2019 roku w czasie orędzia o stanie państwa premier zaznaczył, że „naród potrzebuje węgierskich dzieci”. Od lat podkreśla, że kiedy państwa europejskie otwierają się na imigrantów, on stawia na prorodzinne programy. Jak sam przyznaje, trzeba będzie poczekać na ich efekt nawet dwie dekady, ale w ten sposób uchroni Węgry od przekształcenia się w „państwo imigranckie”





Jeśli wartości, to NATO


Kiedy 24 lutego 2022 roku Rosja zaatakowała Ukrainę, w wielu przemówieniach Orbán przypominał, że to druga wojna, którą on obserwuje, stojąc na czele rządu. Wielokrotnie budował analogie do natowskiej interwencji z 1999 roku. Ta miała miejsce zaledwie dwanaście dni po oficjalnym przystąpieniu Węgier, Czech i Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Fakt, że Węgry do NATO wprowadził człowiek, który upamiętniał antysowieckie powstanie w 1956 roku, miało wymiar symboliczny. Odniesień do węgierskiego powstania w przemówieniu Orbána, które odbyło się 22 marca 1999 roku, było aż nadto. Dowodził, że ówcześni powstańcy bezpośrednio przyłożyli rękę do akcesji Węgier do NATO.

Sojusz Północnoatlantycki był dla lidera Fideszu istotnym powrotem do wspólnoty wartości: „Węgry powróciły do wspólnoty, której nigdy nie opuściły z własnej woli. (…) Nie przystąpiły po prostu do organizacji wojskowej (…), ale przede wszystkim przystąpiły do wspólnoty wartości, (..) które zawsze były nam bliskie, wartości, które zawsze należały do najbardziej ukochanych zasad, które organizowały węgierskie społeczeństwa – takich jak wolność”. W słowach tych pobrzmiewał nurt antyrosyjski. Lider Fideszu podkreślał, że „Węgry są teraz zakotwiczone na zachodnich wybrzeżach”. Przystąpienie do NATO stawało się kropką nad „i” w procesie wyrywania się spod wschodniego jarzma.

Dwa dni po przemówieniu Orbána, 24 marca 1999 roku, Sojusz przeprowadził przeciwko Serbii operację „Allied Force”. Węgrzy udostępnili wówczas swoje lotniska – nie po raz pierwszy zresztą, bowiem uczynili to także w 1995 roku w ramach operacji „Joint Endeavour”. Interesującym jest przyjrzenie się, jak premier reagował na interwencję NATO i później, na rosyjską agresję na Ukrainę.

Tak jak w Ukrainie obecna jest węgierska diaspora (obecne szacunki mówią o niespełna 100 tysiącach osób), tak Węgrzy żyli w serbskiej Wojwodinie (nawet ćwierć miliona osób). „Węgry chcą, aby Węgrzy z Wojwodiny nie byli nadal narażeni na wojnę w Jugosławii. Dlatego (…) zwłaszcza w interesie nas, Węgrów, jest przywrócenie raz na zawsze pokoju i spokoju w tym zakątku Europy poprzez zdecydowaną interwencję NATO (…). Węgry są (…) częścią systemu sojuszniczego, który teraz poświęcił się i wziął na siebie takie obciążenia właśnie dlatego, że wierzy, że żadna grupa etniczna nie powinna być deportowana i unicestwiana z powodów etnicznych”, mówił Orbán w kwietniu 1999 roku.

23 lata później rosyjskiego ludobójstwa w Buczy nie dostrzegał. Jak przekonywał, „trzeba sprawdzić, bo żyjemy w czasach masowej manipulacji. Nie możemy być pewni nawet tego, co widzimy”. Kilka dni później zajął bardziej zdecydowane stanowisko, jednak nie wyraził go sam, a poprzez swojego rzecznika. Była to zresztą reakcja na słowa premiera Jarosława Kaczyńskiego, który w Radiu Plus powiedział, że jeżeli premier Orbán mówi, że nie widzi dokładnie tego, co się zdarzyło w Buczy, to „należy mu doradzić wizytę u okulisty".

W 1999 roku NATO do Serbii wchodziło, próbując położyć kres serbskiemu ludobójstwu prowadzonemu na terenie Kosowa. Premier Węgier nie obawiał się używania właśnie słów „ludobójstwo” czy „zbrodnie wojenne”, by opisać to, co Serbowie robili Albańczykom. W przypadku wojny na Ukrainie sytuacja jest zgoła odmienna. W głośnym wywiadzie dla tabloidu „Bild” z czerwca 2023 roku, oceniając to, co Rosjanie robią na terenie Ukrainy, Orbán nie nazywał rosyjskiego prezydenta zbrodniarzem wojennym. Jak argumentował, „o zbrodniach wojennych możemy rozmawiać po wojnie”.

Zasadnicza różnica dotyczy także reakcji na trwający za granicą konflikt. Obecność w Sojuszu Północnoatlantyckim w 1999 roku miała stanowić gwarancję bezpieczeństwa. „NATO nadal nie oczekuje od nas udziału w jakimkolwiek konflikcie zbrojnym, najprawdopodobniej dlatego, że NATO nie jest zainteresowane narażaniem ludności Węgier i stabilności regionu na jakiś rodzaj konfliktu wojennego”.

Zupełnie inna narracja towarzyszyła i towarzyszy atmosferze związanej z rosyjską agresją w Ukrainie w 2022 roku. Orbán sugeruje, że członkostwo w NATO może doprowadzić do zaangażowania Węgier w wojnę, jeżeli Sojusz zbytnio się w nią zaangażuje. O współdzielonych wartościach nie wspomina w ogóle, choć to pod jego rządami Węgry będą świętować ćwierćwiecze członkostwa w NATO.
Dr Dominik Héjj, politolog, starszy analityk w Instytucie Europy Środkowej, twórca portalu kropka.hu poświęconego polityce węgierskiej.

Inne artykuły Dominika Héjja

To, co przede wszystkim odróżnia Orbána w wieku 60 lat od Orbána 35-letniego, to polityczne wyrachowanie i cynizm. Istotne są ograniczenia, z którymi musiał się liczyć w 1998 roku, a których obecnie po prostu nie ma: silna opozycja, media kreujące opinię publiczną oraz możliwość utraty władzy w wyniku wyborów. Dzisiaj opozycja jest słaba, media zostały przez władzę zawłaszczone przy pomocy lojalnych sobie oligarchów, a dzięki nowelizacjom ordynacji wyborczych utrata władzy w wyniku demokratycznych wyborów jest coraz mniej realna.

Sam Orbán zdaje sobie sprawę, że twierdzenie Ludwika XIV „państwo to ja” w jego przypadku jest nad wyraz uprawnione.