Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 07.12.2023
Kamil Kłysiński

Czy Polska faktycznie jest współodpowiedzialna za rosyjską dominację nad Białorusią? Recenzja książki autorstwa Witolda Jurasza

Foto tytułowe
Fragement okładki książki "Demon zza miedzy"


Posłuchaj słowa wstępnego drugiego wydania magazynu online!


W połowie października tego roku na rynku księgarskim ukazała się książka pt. Demon zza miedzy autorstwa Witolda Jurasza, byłego polskiego dyplomaty, pełniącego m.in. w latach 2010–2011 funkcję chargé d’affaires Ambasady RP w Mińsku. Autor, bazując na swoich doświadczeniach z pracy dyplomatycznej na Białorusi, a także wieloletniej obserwacji wydarzeń w tym kraju już z pozycji publicysty, dokonuje swego rodzaju rozrachunku z polityką polskich władz na kierunku białoruskim. Książka ta opiera się na jednoznacznie sformułowanej tezie, że Warszawa swoimi „błędnymi” działaniami przyczyniła się do utraty przez Białoruś realnej niepodległości na rzecz Rosji, a obecne atrybuty jej odrębnej państwowości mają jedynie symboliczny charakter. Na poparcie swojej oceny Witold Jurasz przeprowadza zawiły i niepoparty żadnymi konkretnymi dowodami wywód, że „najpierw udzieliliśmy poparcia Aleksandrowi Łukaszence, kiedy kandydował na prezydenta, a potem przez długie lata próbowaliśmy go obalić, robiliśmy przy tym dostatecznie dużo, żeby go przekonać o takim zamiarze, i niedostatecznie dużo, żeby zamiar taki móc choćby teoretycznie urzeczywistnić”.

Następnie w bardzo ogólnikowej formie dodaje, że Polska preferowała „radykalne skrzydło białoruskiej opozycji”, która to „dążyła do wyprowadzenia ludzi na ulicę”. Autor nie ma przy tym żadnych wątpliwości, że strona polska nawet nie próbowała przeciwdziałać stopniowemu wpadaniu Białorusi w orbitę rosyjskich wpływów, dając przy tym do zrozumienia, iż on sam wielokrotnie „pisał i ostrzegał” przed takim właśnie rozwojem wydarzeń. Warto przy tym zauważyć, że choć Demon zza miedzy jest książką napisaną bardzo przystępnym językiem, to można się pogubić w wywodach autora, który umieszcza w swojej narracji wiele wątków osobistych – często wyrwanych z kontekstu wspomnień z pracy w MSZ RP oraz mniej lub bardziej złośliwych uwag pod adresem byłych przełożonych oraz podwładnych z resortu.

„Prosta” specyfika Białorusi pod rządami Aleksandra Łukaszenki

Lektura książki Demon zza miedzy budzi mieszane uczucia. Są bowiem fragmenty, w których autor wykazuje się dużą wiedzą lub też wyczuciem białoruskich realiów. Stwierdza na przykład, że w przypadku zaistnienia sprzyjających okoliczności politycznych Białoruś mogłaby stosunkowo szybko zintegrować się z Unią Europejską, bo jest krajem bardziej uporządkowanym niż sąsiednie Ukraina czy Rosja. Trudno również nie zgodzić się z konstatacją o stosunkowo niskim poziomie korupcji (wynikającej m.in. z jej centralizacji w ramach struktur państwowych), braku rozbudowanego systemu oligarchicznego, a także o dobrze działającym przez wiele lat szeroko pojętym pakiecie socjalnym dla obywateli, stanowiącym swego rodzaju rekompensatę za brak demokracji oraz swobód obywatelskich. I choć z mojego punktu widzenia nie są to rzeczy specjalnie odkrywcze, to doceniam wartość takiego rzetelnego opisu Białorusi dla czytelników niezajmujących się od wielu lat zawodowo tą tematyką i zarazem spragnionych wiedzy na temat naszego wschodniego sąsiada.

Niestety znacznie bardziej w pamięci zapadły mi uproszczenia, kreujące dalece nieadekwatny obraz tego kraju. Nie mogę się bowiem zgodzić ze stwierdzeniem, że błyskotliwa kariera obecnego szefa KGB gen. Iwana Tertela, z pochodzenia Polaka z Grodzieńszczyzny, świadczy o braku dyskryminacji polskiej mniejszości. Szef Komitetu właśnie ze względu na swoje pochodzenie musiał i nadal musi być lojalny ponad średnią normę przyjętą w białoruskiej nomenklaturze, aby oddalić od siebie wszelkie podejrzenia o jakąkolwiek przychylność zarówno wobec swoich rodaków, jak i samego państwa polskiego. Co więcej, w mojej opinii, dotychczasowe działania tego wpływowego siłowika plasują go w gronie najbardziej radykalnych wobec opozycji, antyzachodnich i zarazem prorosyjskich doradców Aleksandra Łukaszenki. Jeśli tak ma wyglądać tolerancja władz Białorusi wobec miejscowych Polaków, to co w takim razie jest jej zaprzeczeniem? Polacy, tak jak inne mniejszości, zostali w pełni podporządkowani autorytarnej władzy, przy czym muszą służyć jej z jeszcze większym oddaniem, więc jak sens ma wskazywanie na polskość szefa służb specjalnych?

Półprawdą wydaje mi się również teza autora o stworzeniu olbrzymiej, wysoce uprzywilejowanej kasty urzędniczej, „gotowej bronić Łukaszenki do upadłego”. Według mojej wiedzy zdecydowana większość białoruskiego cywilnego aparatu administracyjnego jest słabo wynagradzana, a znaczna część urzędników zdaje sobie sprawę z katastrofalnych skutków decyzji Łukaszenki dla gospodarki, kultury, życia społecznego, polityki zagranicznej oraz wszystkich innych sfer istotnych dla każdego państwa. Ludzie ci rozumieją bowiem, że państwo, dla którego pracują od kilku, kilkunastu lub wręcz kilkudziesięciu lat, stacza się po równi pochyłej w stronę rosyjskiej „kolonii”, pozbawionej realnych atrybutów niezależności. Co więcej, dochodzą do mnie często informacje, że nawet wśród znacznie lepiej wynagradzanych (szczególnie w ostatnich latach) funkcjonariuszy struktur bezpieczeństwa znajduje się spore grono patriotów, sceptycznie odnoszących się do serwilizmu Łukaszenki wobec Putina.

W tym kontekście trudno mi przyjąć argumentację Witolda Jurasza, że w potencjalnie przełomowym roku 2020 r., po sfałszowanych wyborach prezydenckich, szeroko pojęta białoruska nomenklatura nie przyłączyła się (poza nielicznymi przypadkami) do masowych demonstracji ulicznych tylko i wyłącznie ze względu na niezachwianą wiarę w konieczność obrony reżimu. W mojej ocenie strach przed utratą „nadzwyczajnych przywilejów” mógł być tylko jednym z kilku, a nie jedynym czynnikiem.

Równie istotne było to, że białoruski aparat państwowy nie uwierzył w tę „rewolucję”, nie dostrzegł (bo też po prawdzie nie mógł dostrzec) silnego lidera obywatelskiego buntu wobec dyktatury, z którym można by się porozumieć na temat przejęcia władzy. Jak wiadomo, na obszarze byłego ZSRR pytanie: „A kto tu rządzi?”, ma zawsze fundamentalne znaczenie. Pomijanie tego czynnika prowadzi do niebezpiecznie mylnego wniosku, że za Łukaszenką stoi wręcz „armia fanatycznych zwolenników”, którzy w każdych okolicznościach będą po jego stronie. Wiele wskazuje na to, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana, a większość pracujących dla reżimu urzędników różnych szczebli po prostu usiłuje przetrwać trudne czasy. Jednocześnie istnieje, rzecz jasna, grupa osób – przede wszystkim są to funkcjonariusze organów bezpieczeństwa – powiązanych już na wieczność z reżimem osobistą współodpowiedzialnością za brutalne represje z ostatnich lat, lecz jest to jednak mniejszość, a nie większość białoruskiej administracji państwowej.

Niejako przy okazji autor krytycznie podsumowuje wieloletni dorobek analityczny Ośrodka Studiów Wschodnich oraz Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, których prognozy na temat Białorusi są – jego zdaniem – zazwyczaj „funta kłaków warte”. W tym przypadku Witold Jurasz neguje przydatność dwóch ww. państwowych think tanków w związku z rzekomym „niedoszacowaniem” w Polsce realnych wpływów Władimira Makieja, pełniącego w latach 2008–2012 funkcję szefa prezydenckiej administracji a następnie do momentu śmierci w 2022 r. występującego w roli ministra spraw zagranicznych. Jako analityk OSW ds. białoruskich z szesnastoletnim stażem czuję się tą „uwagą” niejako wywołany do tablicy, podejrzewając przy tym, że autor książki posądza mnie i moich kolegów nie tylko o brak umiejętności w analizowaniu białoruskich elit władzy, ale również o współudział w „kardynalnym” błędzie, czyli wspomnianej wcześniej pasywności wobec rosnących wpływów Kremla.

Okładka książki "Demon zza miedzy" autorstwa Witolda Jurasza
W związku z powyższym jestem zawodowo zobowiązany do przedstawienia własnego punktu widzenia na ten problem. Autor utrzymuje, że zmarły w listopadzie 2022 r. Makiej pełnił de facto rolę „drugiej osoby w państwie” i jednocześnie w innej części książki skądinąd słusznie zauważa, że Łukaszenka konsekwentnie nie dopuszczał do pojawienia się osób zbyt wpływowych w jego otoczeniu, które z czasem mogłyby stanowić dla niego zagrożenie.

Choć muszę przyznać, że ponad 10 lat temu, jeszcze jako młody analityk, miałem skłonność do wyolbrzymiania samodzielności Makieja w roli szefa prezydenckiej administracji, to jednak od momentu jego nominacji w 2012 r. na stanowisko ministra spraw zagranicznych uważałem go co najwyżej za zwolennika umiarkowanego kursu wobec Zachodu, wykonującego swoją pracę tylko i wyłącznie w ramach wyznaczonych przez Łukaszenkę. Założenie to w pełni potwierdził rok 2020 r., gdy pomimo załamania dialogu z Zachodem Makiej pozostał na swoim stanowisku, wpisując się w antyzachodnią politykę zagraniczną Białorusi z tak samo profesjonalnie nieodgadnionym wyrazem twarzy, jaki prezentował podczas „przyjaznych” spotkań z zachodnimi politykami w latach odwilży. Takich przykładów można by mnożyć więcej, ważniejsze jednak od liczby wychwyconych „uproszczeń” jest pytanie o przyczynę powstania, tak nierównej pod względem jakości, zawartej w tej książce analizy złożonej białoruskiej rzeczywistości. Choć nie jestem w stanie dać jednoznacznej odpowiedzi, chciałbym jednak zwrócić uwagę na skłonność Witolda Jurasza do formułowania efektownych tez, przyciągających uwagę czytelników, co jest widoczne zarówno w tej książce, jak i w znanych mi felietonach autora, publikowanych w ostatnich latach przez Onet.pl.

Czy polska polityka wschodnia zasługuje na sprawiedliwą ocenę?

Podejmując się oceny polityki Warszawy wobec Mińska, autor również dopuszcza się uproszczeń, wpadając przy tym w zasadniczą sprzeczność. Z jednej strony bowiem mocno wybija niepopartą żadnym dowodem tezę o rzekomym poparciu przez polskie władze „krwawego” Łukaszenki podczas pierwszych wyborów prezydenckich na Białorusi w 1994 r., z drugiej zaś, przenosząc się w czasie o niemal 30 lat naprzód – oskarża polską dyplomację o brak przeciwdziałania wobec popadania władz Białorusi, czyli właśnie tegoż Łukaszenki, pod coraz większą rosyjską dominację. Towarzyszy temu dość popularna w kręgach eksperckich teza, że białoruski lider, mimo autorytarnej uzurpacji władzy, okazał się skutecznym gwarantem białoruskiej suwerenności, w związku z czym nie powinno się go zanadto osłabiać, bo grozi to demontażem Białorusi jako państwa.

Po części jeszcze przed 2020 r. podzielałem powyższy punkt widzenia, mając jednak na uwadze fakt, że dla Łukaszenki obrona niepodległej Białorusi była istotna jedynie wówczas, gdy gwarantowało to jego własną omnipotencję na stanowisku prezydenta. Ta niezmiernie ważna prawidłowość sprawiała, że każda próba dialogu Zachodu z dyktatorem zawierała poważny komponent ryzyka, mogło dojść bowiem w każdej chwili do zerwania współpracy, a następnie przejścia do fazy konfrontacji. Tak też się stało właśnie w wielokrotnie już wspominanym roku 2020, gdy zagrożenie ze strony domagających się uczciwych wyborów demonstrantów skłoniło Łukaszenkę do oddania realnej suwerenności na rzecz Rosji w zamian za gwarancję utrzymania autorytarnej władzy w kraju. Tym samym Łukaszenka przekreślił kilka lat współpracy z USA i UE, a w tym – również z Polską, która nie tylko aktywnie lobbowała w Brukseli i Waszyngtonie na rzecz przedłożenia władzom w Mińsku konkretnej oferty współpracy, ale również samodzielnie, w formacie bilateralnym, proponowała konkretne rozwiązania.

Białoruś w okresie intensywnego dialogu w latach 2016–2020 otrzymała szereg ciekawych propozycji, dotyczących zarówno inwestycji oraz pozyskania nowoczesnych technologii, jak i rozwoju szlaków transportowych oraz śmiałych projektów dywersyfikacji dostaw ropy i gazu, tak aby zmniejszyć zależność od rosyjskich surowców. W działania na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego Mińska zaangażowane były nie tylko takie państwa, jak Polska, Ukraina czy Azerbejdżan, ale również USA, skąd dokładnie w dniu tragicznych w skutkach wyborów prezydenckich 2020 r. przybył do litewskiego portu w Kłajpedzie drugi w kolejności statek z ładunkiem ropy dla białoruskich odbiorców…
Kamil Kłysiński -  Absolwent politologii w Instytucie Nauk Politycznych i Dziennikarstwa oraz wschodoznawstwa w Instytucie Wschodnim na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W Ośrodka Studiów Wschodnich od 2007 r., z przerwą na lata 2013–2016, gdy pracował w Ambasadzie RP w Wilnie. Uczestniczył w projekcie badawczym EU-STRAT „Horizon 2020”, dotyczącym państw objętych Partnerstwem Wschodnim. Brał udział w programie Think Visegrad – V4 Think Tank Platform. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.

Łukaszenka, kierując się strachem przed własnymi współobywatelami, rysującą się wówczas szansę na wzrost niezależności do Kremla odrzucił i z „gwaranta” białoruskiej suwerenności stał się de facto jej grabarzem. W powyższym kontekście zarzut Witolda Jurasza pod adresem polskiej dyplomacji jest bezpodstawny, krzywdzący oraz wprowadzający w błąd słabiej zorientowanych w meandrach polityki wschodniej czytelników. Stąd też, jako analityk OSW, mogę tylko stanowczo zaoponować przeciwko takiemu postawieniu tej kwestii. Jednocześnie chciałbym zwrócić uwagę, że kluczowe dla autora książki pytanie – co z Łukaszenką i na ile można było grać z nim skuteczniej – wydaje się coraz bardziej zamknięte, tym bardziej że nie jest on już wiarygodnym partnerem do poważnych rozmów o przyszłości zarządzanego przez siebie państwa. Ważniejsze obecnie jest, co stanie się z Białorusią po jego śmierci lub w przypadku utraty zdolności do dalszego sprawowania władzy, a także czy UE a w tym również Polska, będą w stanie skutecznie wesprzeć demokratyczny kierunek przemian i czy uda się ocalić białoruską niepodległość. Ale to już jest temat na odrębną debatę, wykraczającą poza ramy tego tekstu.