Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Transatlantyk / 21.01.2026
Patryk Kulpok
Progresywny premier w prawicowym rządzie. Holenderski paradoks Roba Jettena
Holandia przez dekady budowała opowieść o sobie jako o kraju rozsądku, państwie kompromisu, politycznej kultury i instytucjonalnej stabilności, w którym konflikty nie wybuchają, lecz są rozbrajane przy stole negocjacyjnym. Ten obraz stał się elementem narodowej tożsamości, ale również eksportowym mitem – dowodem na to, że demokracja konsensualna może funkcjonować nawet w świecie narastających napięć. Wybory parlamentarne z 2025 roku pokazały jednak, jak bardzo ta narracja się zużyła
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego piątego wydania magazynu online!
Po ostatnich wyborach parlamentarnych w Holandii wyłonił się kraj zmęczony, spolaryzowany i coraz mniej pewny własnego kierunku. Na tle tego krajobrazu pojawił się Rob Jetten – zwycięzca wyborów, który paradoksalnie niemal na pewno stanie na czele rządu o wyraźnie prawicowym charakterze, i to w dodatku rządu mniejszościowego.
Formalnie Jetten wygrał, faktycznie jednak jego zwycięstwo było jednym z najsłabszych w historii holenderskiej demokracji. Partia Demokraci 66 (D66) zdobyła niespełna 17% głosów – to najniższy wynik w historii holenderskich wyborów, z jakim zwycięska partia zajęła pierwsze miejsce. Wynik ten nie oznacza masowego poparcia ani ideowego przełomu. Jest raczej produktem skrajnej fragmentacji sceny politycznej i rosnącej roli głosowania taktycznego. Holandia nie wybrała nowej wizji przyszłości. Wybrała rozwiązanie najmniej ryzykowne w sytuacji, w której żadna z alternatyw nie budziła wystarczającego zaufania.
Nie zwycięzca, lecz polityczny stabilizator
Końcówka kampanii doskonale oddawała ten stan ducha. Badania Ipsosu pokazały, że jedynie niewielki odsetek wyborców głosował z pobudek ideowych. Dominowały inne motywacje: strach przed zwycięstwem skrajnie prawicowej Partii Wolności (PVV) Geerta Wildersa, zmęczenie politycznym chaosem po upadku rządu Dicka Schoofa oraz potrzeba elementarnej stabilizacji. W tym kontekście nieobecność Wildersa w jednej z kluczowych debat okazała się momentem przełomowym. Jetten niemal od razu przejął rolę politycznego stabilizatora. Kampania, która miała być starciem wizji przyszłości, zamieniła się w poszukiwanie lidera, który przywróci porządek i przewidywalność.
Jednocześnie wybory obnażyły słabość pozostałych projektów politycznych. Sojusz Zielonej Lewicy i Partii Pracy (GL-PvdA), mimo ambicji stworzenia nowej osi lewicy, nie potrafił nadać kampanii ani energii, ani emocji. Frans Timmermans prezentował się jako kandydat odpowiedzialny i kompetentny, ale zbyt mocno kojarzony z establishmentem. Apel Chrześcijańsko-Demokratyczny (CDA) stracił część umiarkowanego elektoratu po kulturowych kontrowersjach, które podważyły jego wizerunek partii środka. W tej próżni Demokraci 66 stali się partią funkcjonalną: niekoniecznie kochaną, ale użyteczną.
To jednak nie oznaczało zmiany ideowego kursu kraju. Mapa wyborcza pozostała nieubłagana. Poza regionem Randstad – który skupia w sobie cztery największe miasta oraz niecałe 50% ludności – dominują partie konserwatywne, a szeroko rozumiana prawica zachowała strukturalną przewagę. Zwycięstwo Jettena nie naruszyło tej równowagi – jedynie przesunęło punkt ciężkości negocjacji koalicyjnych. Holandia nie skręciła w lewo. Wybrała raczej chwilowe poczucie bezpieczeństwa.
Paradoks Roba Jettena widać najlepiej, gdy spojrzymy na arytmetykę parlamentarną. Zwycięstwo D66 nie stworzyło żadnej nowej większości, a jedynie otworzyło proces negocjacyjny, którego wynik od początku był przesądzony. Żadna konfiguracja centrowo-progresywna nie jest w stanie uzyskać większości, a każda realna koalicja prowadzi w stronę liberalno-konserwatywnej Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji (VVD), CDA i ugrupowań konserwatywnych. VVD kategorycznie wzbrania się przed tworzeniem koalicji z lewicą, a zamiast tego proponuje prawicowo-populistyczną Właściwą Odpowiedź 2021 (JA21), partię nazywaną „miękką PVV”, której lider, Joost Eerdmans, nie jest kojarzony tak negatywnie jak Geert Wilders. To te ugrupowania, nie D66, reprezentują dziś dominujący nurt polityczny w kraju. Jetten może więc zostać premierem, ale nie będzie architektem nowego porządku.
Rząd współrządzący z opozycją
W pierwszej połowie stycznia doszło do dwóch ważnych wydarzeń dotyczących formującej się koalicji. Liderzy partii koalicyjnych Rob Jetten, Dilan Yeşilgöz (VVD) oraz Henri Bontenbal (CDA) oświadczyli, że oficjalnie będą dążyć do stworzenia rządu mniejszościowego, mając raptem 66 mandatów w 150-osobowej Izbie Reprezentantów i 22 w 75-osobowym Senacie. W ten sposób zamykają się drzwi dla innych partii, w tym dla JA21. Ale czy na pewno? Kilka dni później Bontenbal ogłosił, że wśród koalicjantów dyskutowany jest dość niecodzienny pomysł. W rządzie mieliby znaleźć się również przedstawiciele opozycji (ministrowie lub sekretarze stanu), co miałoby pomóc w głosowaniu nad ważnymi dla koalicji ustawami. Zdaniem Jettena jest to wykonalne, bo większość partii ma podobne stanowiska, czy to w sprawie migracji, czy bezpieczeństwa Holandii i Europy. Jak na razie pomysł został przejęty chłodno. Wilders mówi kategoryczne „nie”, ale zapewne on byłby na końcu listy potencjalnych sprzymierzeńców, zważywszy na to, że wszystkie trzy (przyszłe) partie koalicyjne nałożyły na PVV kordon sanitarny. Sojusz Zielonej Lewicy i Partii Pracy również nie patrzy na ten pomysł pozytywnie. Według tych ugrupowań nie ma sensu brać odpowiedzialności za rząd, w którym ostatecznie nie będzie się miało decydującego zdania – wszak nie będą częścią koalicji i nie będą mogły pracować nad umową koalicyjną. Jedynie JA21 i senioralna 50Plus – partia, która po nieobecności w ostatniej kadencji parlamentu wróciła do izby – przyjęły pomysł z zainteresowaniem. Gdyby te dwie partie zapewniały doraźne poparcie w zamian za stanowiska ministrów lub sekretarzy stanu, można by się pokusić o stwierdzenie, że rząd Jettena miałby „niewiększościową większość”.
Dualizm Holandii
Holenderska polityka od lat funkcjonuje w stanie napięcia między dwiema rzeczywistościami społecznymi. Jedna to wielkomiejska Holandia Randstad – kosmopolityczna, otwarta na zmiany kulturowe, przywiązana do wartości liberalnych i europejskich. Druga to prowincjonalne zaplecze kraju, gdzie silniejsze są lęki związane z migracją, presją na rynek mieszkaniowy i poczuciem, że tempo zmian narzucanych z góry wymyka się spod kontroli. Ta druga Holandia jest liczniejsza i skuteczniej przekłada swoje obawy na decyzje wyborcze. To ona wyznacza granice politycznej możności.
W kampanii Jetten próbował mówić do obu tych światów jednocześnie. Z jednej strony podkreślał potrzebę modernizacji państwa i nowej energii politycznej, z drugiej coraz częściej sięgał po język pragmatyzmu i ograniczeń. Była to strategia skuteczna wyborczo, ale obciążona długofalowym kosztem. Akceptując prawicowe ramy debaty w sprawach migracji i bezpieczeństwa, Demokraci 66 zredukowali własną przestrzeń manewru na czas rządzenia. To, co w kampanii wyglądało na rozsądek, w praktyce rządowej stanie się obowiązkiem.
W efekcie przyszły gabinet – niezależnie od tego, kto formalnie stanie na jego czele – będzie rządem ostrożnym, zachowawczym i skoncentrowanym na utrzymaniu status quo. Jetten będzie musiał funkcjonować jako premier kompromisu, nie jako lider zmiany. Jego pozycja będzie zależna od partnerów koalicyjnych, a skuteczność mierzona zdolnością do zapobiegania kryzysom, a nie do realizowania ambitnych reform.
Ślepy zaułek kompromisu
W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawia się metafora „kontraktu społecznego, którego Jetten nie negocjował”. Kontrakt ten powstał w wyniku lat pogłębiających się napięć, kryzysów migracyjnych, sporów o mieszkalnictwo i rosnącej nieufności wobec politycznych eksperymentów. Społeczeństwo godzi się dziś na ograniczony liberalizm pod warunkiem, że nie naruszy on poczucia porządku i kontroli. To właśnie ten warunek wyznacza granice przyszłego rządzenia.
Dla Jettena oznacza to rolę bardziej technokratyczną niż wizjonerską. Zamiast przełomów – zarządzanie. Zamiast wielkich narracji – stabilizację. To rola niewdzięczna, bo trudno ją sprzedać jako sukces, ale w obecnych warunkach być może jedyna możliwa. Holandia nie oczekuje dziś od polityków odwagi w zmienianiu świata, lecz kompetencji w powstrzymywaniu chaosu.
Ten układ sił ma konsekwencje wykraczające daleko poza samą osobę Roba Jettena. W istocie wybory z października 2025 roku stały się testem dla całego holenderskiego modelu politycznego, który przez lata opierał się na założeniu, że kompromis jest wartością samą w sobie. Dziś kompromis coraz częściej bywa odbierany nie jako cnota, lecz jako objaw bezradności. Społeczeństwo oczekuje skuteczności, ale jednocześnie boi się decyzji, które mogłyby naruszyć kruche poczucie stabilności. W takiej atmosferze rządzenie zamienia się w sztukę minimalizowania strat.
Dla przyszłego gabinetu oznacza to koncentrację na zarządzaniu kryzysami, a nie na ich rozwiązywaniu u źródeł. Problemy, które od lat trapią Holandię – od migracji po mieszkalnictwo i transformację energetyczną – nie znikną, lecz będą traktowane ostrożnie, fragmentarycznie i bez ambicji systemowych. Nie dlatego, że brakuje wiedzy czy analiz, ale dlatego, że każda próba głębszej ingerencji grozi politycznym konfliktem, na który koalicja nie ma odporności. W tym sensie rząd Jettena będzie rządem defensywnym.
To również zmienia znaczenie samego urzędu premiera. W klasycznym wyobrażeniu premier jest figurą, która nadaje ton, wyznacza kierunek i bierze na siebie ciężar decyzji. W realiach współczesnej Holandii rola ta ulega redefinicji. Premier staje się moderatorem, arbitrem i amortyzatorem napięć. Jetten będzie musiał dbać nie tyle o realizację programu D66, ile o to, by sprzeczne interesy koalicjantów nie doprowadziły do paraliżu państwa. Jego skuteczność będzie oceniana nie przez pryzmat reform, lecz przez zdolność utrzymania funkcjonującego rządu.
To przesunięcie akcentów ma także konsekwencje dla demokracji jako takiej. Coraz więcej wyborców zaczyna postrzegać politykę jako proces pozbawiony realnego wyboru, w którym kolejne elekcje zmieniają twarze, ale nie zmieniają kierunku. Paradoksalnie może to sprzyjać dalszemu wzrostowi sił antysystemowych, które obiecują zerwanie z logiką kompromisu. Jeśli rząd Jettena nie zdoła przekonać społeczeństwa, że stabilizacja ma sens i przynosi efekty, frustracja może szybko znaleźć ujście w poparciu dla bardziej radykalnych projektów.
Jednocześnie nie można lekceważyć wagi stabilności w kraju, który w ostatnich latach doświadczył serii politycznych wstrząsów. Upadki rządów, długotrwałe negocjacje koalicyjne i poczucie permanentnego kryzysu osłabiły zaufanie do instytucji. W tym kontekście nawet ograniczone, ostrożne rządzenie może zostać odebrane jako poprawa. Jetten, dzięki swojemu wizerunkowi polityka spokojnego i przewidywalnego, ma potencjał, by częściowo odbudować to zaufanie – pod warunkiem że nie stanie się symbolem stagnacji.
Kluczowe pytanie dotyczy więc granicy między stabilnością a bezruchem. Holenderski system polityczny przez lata udowadniał, że potrafi adaptować się do zmieniających warunków. Dziś jednak adaptacja coraz częściej oznacza rezygnację z ambicji. Jeśli ta tendencja się utrzyma, może to prowadzić do erozji samej idei kompromisu, który przestanie być postrzegany jako narzędzie rozwiązywania konfliktów, a zacznie być traktowany jako sposób ich odsuwania w czasie.
W tym sensie przyszłe miesiące będą kluczowe nie tylko dla kariery Jettena, lecz także dla oceny, czy holenderska demokracja wciąż jest zdolna do odnowy. Rząd, który nie potrafi przekonać społeczeństwa do sensu swojej ostrożności, ryzykuje utratę społecznej legitymacji. A bez niej nawet najbardziej sprawny technokratycznie gabinet staje się konstrukcją kruchą.
Powstrzymać chaos
W tym sensie historia Roba Jettena wykracza poza holenderski kontekst i wpisuje się w szerszy europejski wzorzec. Coraz częściej wybory wygrywają politycy, którzy obiecują spokój, nie zmianę; kompetencję, nie wizję; przewidywalność, nie ryzyko. To nie jest wyłącznie efekt zmęczenia elektoratu, lecz również konsekwencja realnych kryzysów ostatnich lat: pandemii, wojny w Ukrainie, napięć migracyjnych, presji inflacyjnej i klimatycznej. W takich warunkach społeczeństwa Zachodu coraz ostrożniej podchodzą do projektów transformacyjnych, nawet jeśli deklaratywnie popierają ich cele.
Jetten idealnie wpisuje się w ten moment. Jest politykiem młodym, nowoczesnym, komunikatywnym i pozbawionym agresji, ale jednocześnie reprezentuje formację, która przez lata nauczyła się funkcjonować jako partia środka, dostosowująca się do zmieniających się warunków. Jego siła nie polega na ideologicznej wyrazistości, lecz na zdolności absorbowania sprzecznych oczekiwań. To czyni go skutecznym kandydatem na premiera w czasie niepewności, ale jednocześnie ogranicza jego potencjał do trwałego przekształcania państwa.
To właśnie dlatego pytanie o to, jak Jetten zostanie zapamiętany, pozostaje otwarte. Może przejść do historii jako polityk przejścia – lider, który utrzymał państwo w całości w okresie narastających napięć i zapobiegł dalszej destabilizacji systemu. Może też zostać zapamiętany jako symbol zmarnowanej szansy: progresywny premier, który nie zdołał przekuć wyborczego zwycięstwa w realną zmianę, bo zbyt wcześnie pogodził się z ograniczeniami narzuconymi przez koalicjantów i nastroje społeczne.
Wiele zależeć będzie od tego, czy rząd Jettena nada sens własnej ostrożności. Stabilizacja sama w sobie nie jest strategią polityczną; wymaga narracji, która tłumaczy wyborcom, dlaczego brak gwałtownych działań jest wyborem, a nie wynikiem bezsilności. Jeśli premier i jego gabinet nie zdołają przekonać społeczeństwa, że ich działania – choć umiarkowane – prowadzą do realnej poprawy jakości życia, frustracja może szybko wrócić, a wraz z nią poparcie dla sił antysystemowych.
Jednocześnie nie można lekceważyć znaczenia symbolicznego samego faktu, że to Demokraci 66 wygrali wybory. W kraju, w którym dominują dziś narracje o porządku, kontroli i ograniczeniach, zwycięstwo partii liberalnej – nawet tak ograniczone – pokazuje, że całkowity zwrot w stronę twardego konserwatyzmu nie jest przesądzony. Jetten stał się beneficjentem tej ambiwalencji: wyborcy nie chcieli ani radykalnej zmiany, ani radykalnego zamknięcia. Chcieli polityka, który nie będzie pogłębiał podziałów.
Między ostrożnością i sprawczością
Paradoks polega na tym, że taka postawa, choć racjonalna, nie rozwiązuje problemów strukturalnych. Holandia wciąż stoi przed wyzwaniami, które wymagają decyzji wykraczających poza bieżące zarządzanie: reformą rynku mieszkaniowego, dostosowaniem polityki migracyjnej, transformacją energetyczną i odbudową zaufania do instytucji. Rząd, który zbyt długo będzie unikał konfrontacji z tymi tematami, ryzykuje, że zostanie zmieciony przez kolejną falę niezadowolenia.
Dlatego przyszłość Jettena – i holenderskiej demokracji – zależeć będzie od zdolności znalezienia równowagi między ostrożnością a sprawczością. Progresywny premier w prawicowym państwie nie musi być jedynie figurą symboliczną. Może stać się moderatorem zmiany, która nie narusza fundamentów, ale stopniowo je przekształca. To droga trudna i pozbawiona spektakularnych przedsięwzięć, lecz być może jedyna realna w kraju, który coraz bardziej boi się gwałtownych ruchów.
Patryk Kulpok – polski historyk i dziennikarz, mieszkający w Holandii. Współzałożyciel polskiego podcastu o Holandii i Belgii „Polderownia”. Członek zespołu Trias Politica.
Jeśli Jetten zdoła nadać swojej polityce taki sens, jego zwycięstwo może okazać się czymś więcej niż paradoksem. Jeśli jednak ugrzęźnie w roli opiekuna cudzych lęków, pozostanie jedynie twarzą systemu, który potrafi trwać, ale nie potrafi się odnawiać. W tym napięciu rozstrzygnie się nie tylko jego przyszłość w roli premiera, lecz również dalsze losy holenderskiego modelu kompromisu.