Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Transatlantyk / 25.09.2020
Adam Balcer, Adam Reichardt

Rosja podsyca niepokoje. Białoruś dołączyła do listy sporów

Rosja rywalizuje o wpływy z Zachodem. Białoruś dołączyła do obszarów, gdzie toczy się ta walka. Odpowiedzią UE jest wspieranie opozycji demokratycznej, czy to w Mińsku czy na Bałkanach. Nawet koronawirus stał się narzędziem w tej grze. Z Andriusem Kubiliusem o sporze między Rosją a Zachodem rozmawiają Adam Balcer i Adam Reichardt
Foto tytułowe
Andrius Kubilius / CC
Jako że jesteśmy w środku pandemii, chociaż powoli przechodzimy do jej łagodniejszej fazy, chcielibyśmy poznać Pańską opinię na temat skuteczności walki z koronawirusem w krajach Partnerstwa Wschodniego. Jak Pan postrzega rolę UE we wspieraniu krajów należących do Partnerstwa Wschodniego w kryzysie nie tylko zdrowotnym, ale również ekonomicznym?

Jeśli spojrzymy na kraje Partnerstwa Wschodniego przez pryzmat pandemii, dostrzeżemy całkiem odmienne obrazy w zależności od kraju, na którym się skupimy. Przykładowo w Gruzji liczba ofiar jest niska i wydaje się, że rząd ma pod kontrolą rozprzestrzenianie się wirusa, a w sąsiedniej Armenii te liczby są wysokie. Początkowo zapowiadało się, że Armenia będzie panować nad sytuacją podobnie jak Gruzja, ale potem pandemia wymknęła się spod kontroli. Moim zdaniem obywatele nie byli zadowoleni z kwarantanny i rząd premiera Pasziniana, obawiając się utraty popularności, postanowił poluzować restrykcje, co doprowadziło do nagłego wzrostu zakażeń. Również Mołdawia odnotowuje bardzo dużo ofiar. W porównaniu na przykład do Litwy statystyki śmiertelności są radykalnie wyższe, mimo zbliżonej liczby mieszkańców. Te historie znacząco więc różnią się od siebie.

Jeśli chodzi o gospodarkę, wszystkie te państwa na pewno mocno odczują skutki pandemii i tu nie ma mowy o dużych różnicach. Unia Europejska stara się wspomóc gospodarki. Ostatnio Parlament Europejski przyjął specjalny pakiet w wysokości około miliarda euro. Kraje Partnerstwa Wschodniego otrzymują pomoc unijną, staramy się także, aby „strategiczna komunikacja” UE była w nich tak skuteczna jak to możliwe w tym trudnym czasie. Na początku istniała obawa, że Kreml będzie próbował swoich tradycyjnych zagrywek, wielkimi samolotami wyśle sprzęt, by pokazać, że tylko Moskwa pomaga. W związku z tym wystosowaliśmy do krajów Partnerstwa Wschodniego oświadczenia, w których zebraliśmy wszystkie dane na temat pomocy UE, jako że poszczególne kraje są wspierane z różnych programów unijnych. Usiłujemy pokazać ich mieszkańcom, że zdecydowanie większą pomoc otrzymują z UE niż na przykład z Moskwy.

Andrius Kubilius był działaczem opozycji w okresie ZSRR, premierem Litwy w latach 1999–2000 i 2008–2012; w latach 2003–2015 przewodniczył Związkowi Ojczyzny; od 2019 roku jest deputowanym do Parlamentu Europejskiego.


Nasze działania nierzadko pozytywnie wpływają na sytuację wewnętrzną w krajach Partnerstwa Wschodniego. Opublikowaliśmy nasze oświadczenie o pomocy. Poinformowaliśmy w nim, że jest ona oparta na warunkowości. Jednym z najważniejszych warunków jest demokracja, a w tym systemie politycznym przedstawicieli opozycji nie wsadza się do więzienia. Prezydent Gruzji uwolniła dwóch tak zwanych więźniów politycznych, z czego zrobiła się duża historia w kraju i rozumiemy, że nasze oświadczenie odegrało pewną rolę w podjęciu tej decyzji.

W listopadzie 2019 roku wyszedł Pan z nową inicjatywą o nazwie Strategia Trio 2030 w ramach Partnerstwa Wschodniego. Na jakim etapie znajduje się ten projekt? Na czym on polega?

Po pierwsze, dla mnie Partnerstwo Wschodnie jest strategią pośrednio skierowaną także do Rosji. Opiera się na przekonaniu, że jedynym sposobem, aby Zachód pomógł Rosji w drodze do demokracji, będzie stworzenie pasa państw, które odniosły sukces w regionie Partnerstwa Wschodniego i mogą być dla Rosji źródłem inspiracji. Powołaliśmy forum przyjaciół Rosji europejskiej. Używamy nazwy Rosja europejska, ponieważ rozważamy, jak wspomóc Rosję w procesie demokratyzacji. Odbyliśmy kilka bardzo dobrych seminariów z ważnymi ekspertami rosyjskimi. Na forum próbujemy łączyć Partnerstwo Wschodnie z polityką unijną wobec Rosji.

Szczególnie ważna jest Ukraina, duży słowiański kraj prawosławny powiązany historycznie z Rosją. Nie chodzi nam tylko o Ukrainę i inne kraje, ale również o przyszłość Rosji po Putinie. Uważamy, że strategia Partnerstwa Wschodniego musi mieć jasno zarysowane cele w stosunku do objętych nim państw najbardziej zaawansowanych we współpracy z UE, tych, które mają umowy stowarzyszeniowe. W związku z tym wyjaśniamy w zachodniej części Europy, że zasada „kija i marchewki” czy też „więcej za więcej” jest dokładnie tym, o co nam chodzi, lecz w szerszej formule, obejmującej kilka państw jednocześnie.
Naszą największą obawę budzi niemożność pokazania namacalnych korzyści dla najbardziej zaawansowanych członków Partnerstwa Wschodniego.
Widzieliśmy, jaki skutek odniosła propozycja podpisania umów stowarzyszeniowych, jak te państwa starały się wprowadzać reformy, żeby uzyskać umowy stowarzyszeniowe i dołączyć do programu bezwizowego. Jeśli będziemy zwlekać z zaproponowaniem im członkostwa, motywacja do przeprowadzania reform może łatwo osłabnąć. Dlatego wychodzimy z prostą propozycją. Kraje Partnerstwa Wschodniego różnią się od siebie i nie sposób włożyć do jednego koszyka na przykład Białorusi i Ukrainy albo Azerbejdżanu i Gruzji. Kontynuujemy politykę dla wszystkich sześciu krajów, ale stosujemy pewne rozróżnienie.

Zaproponowaliśmy UE, żeby wyszła z inicjatywą Strategii Trio 2030 w ramach Partnerstwa Wschodniego i zaoferowała Ukrainie, Mołdawii oraz Gruzji coś nowego, oczywiście warunkowo. Pomysł spotkał się z pozytywnym odzewem we wszystkich trzech krajach. W grudniu 2019 roku Euronest przyjął uchwałę o strategii nazwanej Trio+ 2030, bo miałaby objąć też Armenię. Kraj ten podpisał przecież umowę z UE zbliżoną do układu stowarzyszeniowego, a Białoruś i Azerbejdżan żadnej umowy nie mają.

Jaki jest związek pomiędzy Strategią Trio+ 2030 a procesem integracyjnym na Bałkanach Zachodnich?

Nasza strategia jest oparta na przykładzie Bałkanów Zachodnich. To próba pomocy najbardziej zaawansowanym krajom Partnerstwa Wschodniego, by ruszyły szybciej do przodu. Stosujemy podobne instrumenty i strategie, kładąc duży nacisk ekonomiczny i używając platform inwestycyjnych, instrumentów infrastrukturalnych. Taka strategia powinna również przekonać Europę Zachodnią do następującej logiki: teraz przez proces integracyjny w kierunku członkostwa przechodzą Bałkany Zachodnie, a następne w kolejce powinny być państwa Trio+ 2030. Wzorujemy się na Procesie Berlińskim, niemieckiej inicjatywie trwającego od 2014 roku. Stworzyła w UE coś, co nazywamy koalicją przyjaciół Bałkanów Zachodnich. W skład tej grupy wchodzą Niemcy, Francja, Włochy, Polska oraz niektóre kraje sąsiadujące – Austria, Chorwacja, Słowenia. Koalicja popycha sprawę Bałkanów Zachodnich do przodu, oczywiście z pewną dozą nieufności ze strony Francji.

Chcemy stworzyć podobną koalicję, szczególnie na bazie strategicznego partnerstwa pomiędzy Polską a Litwą. Powinniśmy promować wspólne cele strategiczne tych krajów, jako że Polska w 2025 roku obejmie prezydencję w UE, a Litwa zrobi to w 2027 roku. Jednym z najważniejszych tematów mogłaby być strategia Trio+ 2030. Mogłyby do niej dołączyć też inne kraje, na przykład Czechy (obejmą prezydencję w 2022 roku). Trzeba spojrzeć w kalendarz, koncentrując się na tych państwach, które mają interesy związane z Partnerstwem Wschodnim i obejmą prezydencję w UE do 2030 roku.

Wydaje się, że w tej koalicji mogą się znaleźć naturalni sojusznicy, oprócz Litwy i Polski także pozostałe kraje bałtyckie czy na przykład Rumunia. Ale jaka jest reakcja zachodnich członków UE?

Obecnie uważam, że musimy zawalczyć o bardziej ambitną strategię ze strony UE. Nie dostrzegam takiej ambicji ze strony Komisji Europejskiej ani Rady. Parlament Europejski zaaprobował wprawdzie język bardziej prointegracyjny, ale według mnie nie jest to przełomowy krok z jego strony. Po drugie, nie dostrzegam w ogóle dużych ambicji ze strony ważnych graczy w UE. W związku z tym powstaje pytanie: które państwa członkowskie będą, jak to nazywam, małymi kryształami w UE i pchną sprawy do przodu? Również tutaj przychodzą mi na myśl Polska i Litwa.

Ursula von der Leyen w Parlamencie Europejskim (CC)
Kiedy liderzy UE – czy to pani prezydent Komisji Ursula von der Leyen, czy to wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych Josep Borrell – mówią o Bałkanach Zachodnich, używają idealnego języka geopolityki. Tłumaczą, że jeśli UE nie zintegruje regionu Bałkanów Zachodnich przy użyciu instrumentów członkowskich, Rosja weźmie sprawy w swoje ręce i zdestabilizuje sytuację; podobnie zrobią Chiny, a w niektórych miejscach i Turcja. Dlatego uniknąć problemów z Bałkanami Zachodnimi na kontynencie europejskim można wyłącznie, wprowadzając je do UE. Nic dodać, nic ująć. Ale kiedy my mówimy podobnie o Partnerstwie Wschodnim, w unijnych elitach zapada cisza. Nie ma mowy o użyciu tego samego języka.

Szkoda, osobiście trochę mnie to boli, ale też motywuje do wykazania większych ambicji. Otwiera przede mną wiele możliwości zadawania jasnych pytań. Dlaczego używacie tego języka, mówiąc o Bałkanach Zachodnich, ale już nie o krajach Partnerstwa Wschodniego? Skąd ta nieśmiałość? Ta druga grupa jest nawet bardziej destabilizowana przez Rosję. Na Ukrainie widzimy strategię Putina polegającą na dążeniu do destabilizacji kraju i zatrzymania wszystkich reform. Jaką strategię ma UE? Jak możemy powstrzymać Putina przed sukcesem jego strategii? Na te pytania nie ma jasnych odpowiedzi. Z mojego punktu widzenia jedyną realistyczną strategią długoterminową jest integracja tych państw z UE. Nie ma innej drogi. Patrząc na historię Europy jako kontynentu po II wojnie światowej, a nawet po roku 1990, nie dostrzegamy ani jednego państwa postkomunistycznego, któremu udałoby się osiągnąć pewien poziom rozwoju bez wsparcia z UE, bez integracji. Wniosek nasuwa się automatycznie.

Czytałem kilka interesujących artykułów i raportów ekspertów z Brukseli. Jednym z nich jest Michael Emerson z CEPS. W 2018 roku opublikował ciekawy raport, w którym porównał wszystkie kraje Partnerstwa Wschodniego z Bałkanami Zachodnimi pod względem ich sytuacji politycznej i ekonomicznej. Wykazuje, że Ukraina plasuje się w rankingu demokratyzacji i modernizacji gdzieś pośrodku między krajami Bałkanów Zachodnich, natomiast liderem w przygotowaniu do integracji z UE, biorąc pod uwagę różne kryteria, jest Gruzja. Dlaczego więc europejscy przywódcy nie przywołują w stosunku do krajów Partnerstwa Wschodniego tej samej logiki, co do Bałkanów Zachodnich? Unikają jasnej odpowiedzi, za to ja jej udzielam: chodzi wyłącznie o odległość stolic tych krajów od Moskwy, znacznie mniejszą w przypadku Kijowa niż, dajmy na to, Skopje.

Jakie poglądy mają członkowie UE na temat krajów Partnerstwa Wschodniego i strategii, którą powinna przyjąć Bruksela wobec nich?

W UE, szczególnie pośród dużych graczy, panują różne opinie. Największe zagrożenie dla strategii Partnerstwa Wschodniego widać ze strony prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Jest niebezpieczny, gdyż w przeciwieństwie do innych przywódców państw UE ma jasną strategię. Określam ją mianem macronizmu i obawiam się jej, ponieważ Francuzi próbują ją przepchnąć. Są aktywni, wysyłają swoich przedstawicieli, otwarcie o niej mówią. Niestety, mocno różni się ona od naszej. Macron ubiera ją w proste słowa. Zbudował ją na argumencie, że największym zagrożeniem dla Unii będzie zjednoczenie Rosji i Chin przeciwko Europie. Można go uniknąć wyłącznie poprzez zbliżenie Kremla ze wspólnotą europejską. Macron jest gotów zapytać Putina, czego się obawia. Czy tego, że Ukraina zostanie członkiem NATO i UE? Jeśli Putin odpowie, że właśnie to spędza mu sen z powiek, Macron nie zawaha się poświęcić Ukrainy dla przyjaźni z Putinem.

Uważam takie podejście za całkowicie błędne, a wynika ono z zupełnie innego podejścia do Rosji. Różnica między nami a Macronem jest prosta. Zadajemy klarowne pytania, w rodzaju: czy wierzycie, że Rosja stanie się w przyszłości krajem demokratycznym? My twierdzimy, że tak będzie; wierzymy, że Rosja może być demokracją. Nie wiemy, kiedy do tego dojdzie. Putin nie zostanie demokratą, więc zajmie to całe dekady i na pewno nie będzie to demokracja idealna, ale wierzymy, że Rosja ma potencjał, by stać się demokracją. Dlatego wierzymy też w potrzebę bardziej strategicznej roli UE we wsparciu transformacji tego kraju.

Zakładamy, że jeśli Ukraina stanie się krajem sukcesu i będzie się rozwijać w pozytywnym kierunku, może też dać dobry przykład Rosjanom. Pytanie brzmi: jak wyobrażamy sobie w UE przyszłe relacje pomiędzy nami a demokratyczną Rosją? Jakiego rodzaju one będą – doprowadzimy do ruchu bezwizowego, integracji rynków? Te kwestie i pytania mogłyby stworzyć pewną podstawę do zainicjowania w Rosji dyskusji na temat własnej przyszłości, czego teraz bardzo brakuje.

W Polsce często słychać głosy, że nie powinniśmy wykazywać się naiwnością w stosunku do Rosji i że nigdy nie stanie się ona krajem demokratycznym.

Wydaje mi się, że dostrzegam podobieństwa pomiędzy filozofią Macrona a tym nastawieniem. Macron nie wierzy, że Rosja może stać się demokracją. Wychodząc z tego założenia, dochodzi do prostego wniosku, że powinniśmy dostosować się do Rosji takiej, jaka jest teraz, nie demokratycznej, ale autorytarnej, agresywnej, czasem niemal „szalonej”. Taką mamy Rosję, w związku z czym musimy zaprzyjaźnić się z Putinem. Tymczasem Putin właśnie do tego dąży. Chce pokazać, że Rosja jest „szalonym” krajem z bronią nuklearną, demokracją nigdy nie będzie, więc świat musi przystosować się do takiej Rosji, jaką mamy, bo inaczej...

Ludzie myślący podobnie jak ja argumentują natomiast, że nie chcą takiej Rosji za sąsiada, i tu wracamy do fundamentalnego pytania filozoficznego: czy Rosja może w ogóle stać się demokracją? Nie ma na to prostej odpowiedzi, ale sporo czytam i opieram swoją filozofię na teorii wczesnego Samuela Huntingtona. Napisał on nie tylko Zderzenie cywilizacji, ale również ważne książki o demokratyzacji. Jedną z najlepszych jest Trzecia fala demokratyzacji, wydana w 1991 roku. Huntington wyjaśnia w niej, że w XX wieku mieliśmy do czynienia z trzema falami demokratyzacji: pierwszą w latach dwudziestych, drugą po II wojnie światowej i pod koniec lat czterdziestych, a trzecią pomiędzy latami osiemdziesiątymi i dziewięćdziesiątymi. Polska i Litwa są jej produktami.

Kiedy demokracja zaczęła się rozprzestrzeniać po 1991 roku, objęła wiele krajów, w tym Rosję za czasów Jelcyna, w tamtym czasie również demokratyczną, mimo poważnych wad. Zazwyczaj jednak fala po jakimś czasie zaczyna się cofać. Na szczęście Polska i Litwa ustabilizowały swoje demokracje, bo zostaliśmy członkami UE i NATO. Niestety, Rosji to się nie udało. Według Huntingtona kraje, które doświadczają demokracji po raz pierwszy, zazwyczaj po pewnym czasie ponoszą klęskę. Nie potrafią ustabilizować swojego systemu demokratycznego.

Zawsze powtarzam, że skoro były trzy fale demokratyzacji, to należy oczekiwać czwartej. Może brzmi to nieco naiwnie, ale taka jest moja wizja historii. Musimy być gotowi także na wielkie zmiany pozytywne. Dekada Jelcyna była dla Rosji okresem chaosu i cierpienia. Zapewne Rosjanie nie zapamiętali go dobrze, ale było to ich pierwsze dłuższe doświadczenie z demokracją. Freedom House uznawał Rosję za częściowo wolny kraj przez dwanaście lat, a możemy dodać jeszcze kilka lat końcówki ZSRR. Nie powinniśmy zatem przyjmować narracji Putina, zgodnie z którą Rosja nigdy nie będzie krajem demokratycznym, więc powinniśmy ją zaakceptować taką, jaka jest. Jeśli pragniemy, by Rosja stała się krajem demokratycznym, kluczowe znaczenie ma nasza umiejętność wspomagania państw w regionie Partnerstwa Wschodniego w celu budowania w nich udanych demokracji.

Ciekawi nas Pańska opinia na temat roli w tym procesie Białorusi, sąsiada Litwy. Rosja forsuje plan zintegrowania Białorusi ze sobą, Łukaszenka stawia pewien opór. Jak Pana zdaniem wyglądają relacje UE z Białorusią i jakie są możliwe scenariusze?

Ostatnimi czasy odbyliśmy wiele rozmów i seminariów zarówno z ekspertami do spraw Białorusi, jaki i z przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego i politykami z obozu władzy. Białoruś naprawdę jest wyjątkowym, paradoksalnym przypadkiem. Z jednej strony żartowaliśmy sobie, ponieważ w sondażach opinii publicznej przeważały emocje proeuropejskie, szczególnie w zeszłym roku oraz podczas napięć na linii Kreml–Łukaszenka. Atmosfera proeuropejska zaczęła gwałtownie przybierać na sile. Podobnie jak w odniesieniu do wszystkich pozostałych krajów postsowieckich, żartuję, że powinniśmy być wdzięczni Putinowi za jego agresywne zachowania. Stworzył prozachodnią Ukrainę, więc może przyczyni się również do stworzenia proeuropejskiej większości na Białorusi. Z drugiej strony Łukaszence dobrze poszło wyrwanie tam wszystkich korzeni demokracji.

Dostrzegamy wyraźne różnice między Białorusią a Ukrainą. Na Ukrainie, przynajmniej do ostatniego Majdanu, według mnie największą rolę odgrywała demokracja oligarchiczna. Byli to różni oligarchowie, lecz każdy z nich miał własną firmę, własny prywatny bank, własny kanał telewizyjny, a nawet własną partię polityczną. Walczyli ze sobą o wpływy i w pewien sposób to właśnie utrzymywało konkurencję na Ukrainie. Po ostatnim Majdanie państwo przesunęło się w kierunku prawdziwej demokracji, zwróciło się wyraźnie w kierunku Europy, co oczywiście nie jest proste. Ukraina znajduje się teraz tam, gdzie była Litwa w 1992 lub 1993 roku, i wszystko się powtarza. Przewidziałem dla Poroszenki takie wybory w 2017 roku, jakie Balcerowicz przegrał w Polsce w roku 1993. Na Litwie mieliśmy tę samą sytuację z pierwszym rewolucyjnym rządem Landsbergisa. Przegrał w 1992 roku, co było szokiem, ale teraz wiemy, że to się może wydarzyć. Ukraina jest teraz na tym samym etapie.

Na Białorusi Łukaszenki ten rodzaj demokracji oligarchów nigdy nie istniał. Mogę sobie jednak wyobrazić, że Ukraina rozwija się w kierunku kraju demokratycznego. To miałoby oczywisty pozytywny wpływ na Rosję, ale również na Białoruś. Czasami wyraźnie wspieramy opozycję demokratyczną na Białorusi. Ci ludzie cierpią i walczą, niekiedy tracą wszelką nadzieję. Dzisiaj znowu stawiają wyjątkowy opór. Kiedy opozycja odważniej walczy z Łukaszenką, wtedy my bardziej pomagamy opozycji. Natomiast kiedy widzimy, że Moskwa usiłuje walczyć z Łukaszenką i go usunąć, nagle stajemy się jego obrońcami.

Co Pan sądzi na temat negatywnego scenariusza dla Litwy, dla Polski w Unii, w którym Putin łamie Łukaszenkę i zwiększa kontrolę Rosji nad Białorusią? Jaki wpływ miałoby to na Polskę, Litwę i ogólnie Unię?

To oczywiście byłby negatywny scenariusz. Niektórzy twierdzą, że nie ma różnicy, bo Kreml przejął już całkowitą kontrolę nad Białorusią, przynajmniej w kwestii zasad geopolitycznych i polityki bezpieczeństwa. Ja jednak dostrzegam różnicę. Dlatego ważne jest, by wspierać suwerenność Białorusi. Od różnych instytucji w Brukseli słyszymy, że może sytuacja ekonomiczna i pandemia zmuszą Białoruś do poszukiwania większej współpracy z Unią.

Patrząc na badania opinii publicznej i analizy dotyczące Białorusi, można wysnuć wniosek, że hybrydowym działaniom Kremla przy pomocy V kolumny czy agentury będzie trudno pozbyć się Łukaszenki. Jeśli chodzi o operacje wojskowe, nie mam takiej pewności, lecz sytuacja Rosji nie jest obecnie łatwa z powodu pandemii i spadających cen ropy. Ludzie nie są zadowoleni z sytuacji ekonomicznej i nie chcą nowej wojny. To nie jest optymalny czas dla Kremla na podbój i okupację średniej wielkości kraju, jakim jest Białoruś. W związku z tym naprawdę nie sądzę, że Putin zaangażuje się w jakiekolwiek nowe przygody militarne, jak to nazywam, szczególnie przeciwko Białorusi.

Wspomniał Pan wcześniej, że Macron straszy UE potencjalną sojuszniczą osią Rosji i Chin. Obecnie słyszymy opinie, że po pandemii wzrosną wpływy Chin w Europie Wschodniej i Centralnej. Co Pan sądzi na temat roli Chin oraz ich wpływów w regionie?

Osobiście dostrzegam w Brukseli gwałtowne zmiany. Po ubiegłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego temat współpracy z Chinami był traktowany jak oczywistość. Tak naprawdę nie wspominało się o demokracji ani prawach człowieka, nikt tego problemu nie analizował. Ale zmiany zachodzą szybko. Krytyka Chin oraz ich zachowań względem Hongkongu czy Ujgurów jest obecnie dużo bardziej dostrzegalna i głośna, nikt nie boi się z nią wystąpić. Szeroko omawiany jest również pomysł strategicznej autonomii ekonomicznej Unii po pandemii. Nie wiem, co się wydarzy, ale pandemia uzmysłowiła nam, że wszystkie maski, szczepionki i cały sprzęt medyczny są produkowane w Chinach. To wywołało w Europie debatę na temat konieczności zmiany tej sytuacji. Już podejmuje się pewne próby. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Autonomia strategiczna to pieśń przyszłości.

Obserwując amerykańską politykę zagraniczną, widzimy, że strategia Macrona jest w pewien sposób kopiowana przez Biały Dom. Mamy na myśli pozwolenie na to, by Rosja była Rosją, oraz odłożenie do zamrażarki aspiracji Ukrainy do dołączenia do Zachodu. Jak Pan ocenia relacje transatlantyckie w świetle całego procesu oraz podejście Waszyngtonu do Moskwy?

Za prezydentury Trumpa zaczęliśmy się uczyć Twittera, ale również rozróżniać pomiędzy deklaracjami a rzeczywistymi działaniami amerykańskiej administracji. Czasami dostrzegamy spore rozbieżności. Mówiąc ogólnie, nie mogę wyciągnąć żadnych negatywnych wniosków z zachowania Ameryki w regionie, ponieważ w 2017 roku, zaraz po wyborze Trumpa, amerykańska administracja zaaprobowała globalną strategię obrony Stanów Zjednoczonych. Amerykanie dostrzegli dwa główne zagrożenia dla swojej strategii geopolitycznej w przyszłości. Jednym z nich są Chiny, z powodu swojej rosnącej w siłę pozycji ekonomicznej i militarnej; drugim – Rosja. W momencie, kiedy ta strategia została zaakceptowana, amerykańskie wojsko zrozumiało, że musi ją wprowadzić w życie.

W związku z tym, pomimo deklaracji, Ameryka jest wciąż mocno obecna w naszym regionie, na przykład amerykańskie wojska stacjonują rotacyjnie w Polsce oraz w krajach bałtyckich.

Widzimy pewien rodzaj amerykańskiej aktywności w regionie. Michael Pompeo przyjechał na Białoruś, a stamtąd udał się na Ukrainę. Oczywiście Ukraina stała się toksycznym tematem w amerykańskich wyborach, ale to chyba inna historia. Na pewno chciałbym zobaczyć więcej synergii Amerykanów z Europejczykami. Czasami Europejczycy potrzebują „bodźca” z Rosji do podejmowania strategicznych decyzji. Na przykład po rosyjskiej agresji na Ukrainie wsparli Partnerstwo Wschodnie. Moja intuicja – mogę się oczywiście mylić – podpowiada mi, że kolejna dekada będzie przełomowa dla regionu objętego Partnerstwem Wschodnim, dlatego mam nadzieję, że zarówno Amerykanie, jak i Europejczycy wypracują dla niego bardziej ambitną strategię.

Dlaczego następna dekada miałaby być tak ważna dla Partnerstwa Wschodniego?

Po pierwsze, uważam, że możemy oczekiwać pewnego rodzaju zmian w Rosji. Nie jest łatwo przewidzieć, w którym one pójdą kierunku. Nie ma pewności, że po Putinie wszystko zmieni się na lepsze. Sytuacja może się znacznie pogorszyć, zanim wydarzy się coś dobrego.

Po drugie, mam nadzieję, że Unia zda sobie sprawę, jak bardzo może ją geopolitycznie wzmocnić współpraca z państwami Partnerstwa Wschodniego. Mam nadzieję, że komunikat Komisji Europejskiej na temat rozszerzenia na Zachodnie Bałkany z lutego 2020, podkreślający „geopolityczną naturę” tego procesu, zacznie mieć wpływ także na politykę Unii wobec państw tego regionu. Josep Borrell w swoim interesującym wystąpieniu wprost powiedział, że jeśli Unia Europejska chce odgrywać ważną rolę geopolityczną na całym świecie, powinna wziąć geopolityczną odpowiedzialność za to, co się dzieje w jej sąsiedztwie, na wschodzie, na południu itd. Musi być bardziej skuteczna w tworzeniu stabilizacji, dobrobytu i demokracji w tych regionach.

Mam również nadzieję, że postępująca integracja Bałkanów Zachodnich, pomimo wszystkich związanych z nią problemów, może się stać historią sukcesu w kolejnej dekadzie i powiększyć wiarę UE we własne siły. Co potem? Czy skończymy na Bałkanach Zachodnich? Dlatego my, adwokaci Partnerstwa Wschodniego w UE, musimy zacząć odgrywać swoją rolę, mówiąc, że nie ma powodu, dla którego po Bałkanach Zachodnich w tym samym kierunku nie powinny podążyć kraje Partnerstwa Wschodniego. Z punktu widzenia geopolityki zaniechanie tego procesu byłoby to nielogiczne.
Adam Balcer jest dyrektorem programowym Kolegium Europy Wschodniej.

Adam Reichardt jest redaktorem naczelnym „New Eastern Europe”.