Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 24.02.2026
Maciej Piotrowski

Wojna jednoczy. Twórcy odczuwają zmęczenie i narastającą presją

Cztery lata wielkiej wojny w Ukrainie to okres budowania solidarności narodowej wokół kultury, ale także czas zamkniętych granic, przerw w dostawie energii i wody oraz braku poczucia bezpieczeństwa. W tych warunkach pisarze, reporterzy i filmowcy nie tylko dokumentują rzeczywistość frontu i zaplecza, lecz także mierzą się z własnym zmęczeniem, kryzysami psychicznymi i ograniczeniami instytucjonalnymi. Ukraińska kultura pozostaje przestrzenią wspólnoty i oporu, ale coraz częściej staje się też miejscem sporów o to, kto i w jaki sposób ma prawo opowiadać o wojnie.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Wiele już napisano o niesamowitym boomie kultury ukraińskiej czasów wojny, wzroście sprzedaży książek, wzmożonym zainteresowaniu tematem dziedzictwa kulturowego, powrocie do języka ukraińskiego, który na dobre wypchnął już rosyjski z mediów i popkultury. To wszystko prawda. Trudno jednak oczekiwać, by wojna nie wiązała się również z destrukcją, wyczerpaniem i kryzysami.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


PEN Club Ukraine odnotował co najmniej 259 artystów, którzy zginęli w wyniku rosyjskiej agresji od 2022 roku. Wśród nich są m.in.: Wiktoria Amelina, Nika Kożuszko, Maksym Krywcow czy Wołodymyr Wakułenko. Straty ukraińskiej kultury nie ograniczają się jednak do przerwanych egzystencji konkretnych osób, choć ich nieobecność odczuwana jest najboleśniej. Nie zapominając o nich, warto zastanowić się, ile nowych dzieł nie powstało ze względu na brak fizycznych, psychologicznych i finansowych możliwości artystów, konieczność przekierowania uwagi na inne tematy, zadbania o podstawowe sprawy egzystencjalne. Nie wszyscy żołnierze znajdują czas na pisanie. Nie wszyscy twórcy pozostający w domach czy przebywający na emigracji czują w sobie siłę, by zajmować się pracą artystyczną. Wreszcie, wojna wypycha z przestrzeni kultury inne zjawiska, którymi chętnie zajęliby się ludzie kultury w czasach pokoju.


W czerwonej strefie


Łączę się przez wideorozmowę z Iryną Ciłyk – reżyserką, poetką i nowelistką, a wreszcie Kijowianką. Odbiera, opatulona w gruby sweter. W jej mieszkaniu, gdzie od dziesięciu dni nie działa ogrzewanie, jest zaledwie osiem stopni. Pytam o rzecz, zdawałoby się, prozaiczną dla stanu kultury, ale chyba ważną dla artysty: jak w takich warunkach można pracować, tworzyć?

– Staramy się adaptować do każdej sytuacji. Ale jeśli mam być szczera, mam dość opowieści o naszej niezłomności. Wielu z nas jest wewnętrznie skruszonych. Ludzie cierpią na depresję, załamują się – opowiada.

Moja rozmówczyni wraca pamięcią do pierwszego roku rosyjskiej inwazji na pełną skalę: – Wtedy czuliśmy, że musimy trzymać się w garści i dawać z siebie wszystko. Byliśmy jak napięta sprężyna. Trudno jednak funkcjonować w ten sposób latami, bez możliwości rozprężenia. Poczucie ciągłego zagrożenia wpływa na naszą psychikę, styl życia i pracy, kształtuje tę nienormalną normalność naszego miasta.

Jak opowiada pisarka, Ukraińcy nauczyli się elastyczności i balansowania w trudnych warunkach: – Nasze życie to loteria – mówi. – Przyzwyczailiśmy się do ciągłej zmiany planów. Koledzy z zagranicy umawiają spotkania online na kilka miesięcy do przodu, a ja nie mam tego komfortu.

Iryna pracuje aktualnie nad pełnometrażowym filmem animowanym pod roboczym tytułem Czerwona strefa, prezentującym życie Kijowian w czasie wojny. Nazywa go „docudramedy”, co oznacza połączenie dramatu, komedii i dokumentu. Produkcja ma opowiadać o funkcjonowaniu europejskiej metropolii pogrążonej w sytuacji niewyobrażalnej dla Europejczyków.

– Pokażę moje miasto, dotknięte przez wojnę, z osobistej perspektywy. Chcę jednak podejść do tego tematu z pewną dozą humoru. Wydaje mi się, że odbiorcy czekają na takie opowieści – wyznaje.

Reżyserka, pracująca nad swoim filmem w trudnych warunkach, dzieli się ze mną refleksjami o funkcjonowaniu całej branży:

– W przeciwieństwie do literatury ukraińskie kino jest w dołku – opowiada Iryna Ciłyk. – Poprzednia dekada była czasem wyjątkowego rozwoju w tej dziedzinie. Pojawiły się produkcje na wysokim poziomie, kino otrzymywało wsparcie systemowe, młodzi twórcy odnosili sukcesy, współpracowali z europejskimi kolegami.

Lata 2014–2022 można uznać za świetny okres w historii ukraińskiej kinematografii, na co dowodem są dramaty: Pamfir i Plemię, komedie: Moje myśli są ciche czy Luksemburg[, Luksemburg, a wreszcie dokument Ziemia jest niebieska jak pomarańcza w reżyserii mojej rozmówczyni.

Wojna utrudnia tworzenie filmów fabularnych przede wszystkim ze względu na finanse i organizację produkcji.

– Literatura to zawód samotniczy. A kino to gra zespołowa, konieczna jest współpraca całej ekipy – tłumaczy Ciłyk, która ma doświadczenie pracy w obu wspomnianych dziedzinach sztuki.

Według niej rosyjska agresja to nie jedyna przeszkoda. Wśród przyczyn kryzysu wymienia też politykę byłego kierownictwa Agencji ds. Kinematografii, które zaprzepaściło wiele osiągnięć z poprzedniej dekady.

– Środowiska twórcze długo protestowały przeciwko działaniom byłej szefowej tej instytucji, winnej wielu zaniedbaniom – opowiada.

Ciłyk znajduje jednak także pozytywne zjawiska w swojej branży:

– Pojawił się popyt na rodzime produkcje, teraz istnieje wręcz tradycja chodzenia na nie do kina – opowiada reżyserka. Wielkim sukcesem ostatniego roku był film Jesteś wszechświatem. Co ciekawe, jego akcja ulokowana jest w przyszłości, teoretycznie nie ma w niej odniesień do naszej rzeczywistości. W filmie można jednak znaleźć odzwierciedlenie wielu aktualnych problemów. Takich narracji, moim zdaniem, teraz potrzebujemy.

Jak mówi Iryna Ciłyk, w aktualnej sytuacji najlepiej radzi sobie ukraińska dokumentalistyka – również dlatego, że tego typu filmy nie wymagają tak cieplarnianych warunków jak produkcje fabularne i można je tworzyć z zaangażowaniem nieco mniejszej ekipy. Ukraińskie dokumenty są doceniane za granicą, o czym świadczy chociażby Oscar przyznany Mstysławowi Czernowowi za 20 dni w Mariupolu. Jego ostatnia produkcja – 2000 metrów do Andrijiwki – we wstrząsający sposób pokazuje frontową rzeczywistość oczami żołnierza. I robi to dosłownie: dzięki kamerom zawieszonym na hełmach wojskowych. Dzieło to swoim przesłaniem odbiega od heroicznego patosu oficjalnego przekazu, opowiada bowiem o niesamowitym wysiłku ukraińskiej armii ukierunkowanym na odbicie ruin zaledwie jednej wioski.

– Widziałam zapłakane twarze ludzi wychodzących z pokazu filmu na warszawskim festiwalu „Ukraina!”. Wizja Czernowa jest bliska temu posępnemu obrazowi wojny, który pokazuje Szczepan Twardoch w Nullu – opowiada mi krytyczka literacka Tetiana Trofymenko.


Nie mówiąc słowa „wojna”


W biurze The Ukrainians Media w Kijowie, kierowanym przez reporterkę Mariczkę Paplauskaite, również nie działa ogrzewanie. Z tego powodu jej zespół pracuje zdalnie. Choć przygotowali się technicznie do przerw w dostawie prądu, to chłód w mieszkaniach utrudnia im wykonywanie swoich obowiązków i pogarsza ich kondycję psychiczną.

– Kolejne wyzwania wzmagają naszą solidarność: musimy sobie pomagać. Jeśli ktoś ma w domu ciepło, zaprasza kolegów, by u niego popracowali – opowiada Paplauskaite. – Ta nietypowa zima daje nam za to ważny materiał do pracy reporterskiej. Nie możemy przeoczyć wysiłku pracowników służb komunalnych remontujących sieci przesyłowe czy też wodociągi. Ci ludzie godzinami pracują w skrajnie ujemnych temperaturach, żeby do naszych mieszkań wróciły prąd i ciepło.

Reportaż to gatunek ukraińskiej literatury, który rozwija się niezwykle prężnie. Moja rozmówczyni datuje początki tego trendu na rok 2013 i okres rewolucji godności. – Zrozumieliśmy wtedy, że każdy człowiek potrafi wpłynąć na wielkie historyczne procesy, a losy zwykłej osoby w wyjątkowych okolicznościach mogą stać się tematem dla książki – mówi Paplauskaite. Prowadzona przez nią organizacja powstała właśnie po Euromajdanie. – Chcieliśmy prezentować historie sukcesu, pokazywać, że Ukraińcy mogą być szczęśliwi i budować własne państwo – mówi.

W 2022 roku ukraińskie środowisko reporterskie było gotowe do podjęcia trudnego tematu rosyjskiej inwazji. Wielu twórców trafiło do szeregów armii i opisywało własne doświadczenie wojenne. – Główną zmianą, którą przyniósł 2022 rok, była personalizacja reportażu. W pisanych wtedy tekstach czuło się silną obecność autorskiego „ja”. W tamtym momencie było to jak najbardziej usprawiedliwione – mówi reporterka.

Po czterech latach to podejście odchodzi do przeszłości.

– Teraz próbujemy opowiadać o wojnie, nie wypowiadając tego słowa – wyjaśnia Paplauskaite. – Historie, które jeszcze dwa lata temu szokowały, dziś przestają wywierać większe wrażenie na ludziach zmęczonych naszą sytuacją.

Dlatego też ostatnie numery prowadzonego przez nią magazynu „The Reporters” były poświęcone „miłości w ciemnych czasach” i „prawu do oporu”. W magazynie znalazły się także teksty o roli żywności w kulturze czy podejściu Ukraińców do ziemi. Sama Paplauskaite jest autorką książki reporterskiej o rosyjskiej inwazji napisanej z oryginalnej perspektywy, opowiedziała w niej bowiem o kolei państwowej w czasie wojny. Autorka pokazuje, ile trudu włożyli szeregowi kolejarze, by – jak głosi tytuł – „pociąg przyjechał według rozkładu”. To historia o społecznej odporności i solidarności ludzi połączonych trudnymi przeżyciami.

Ukraińscy reporterzy nie odżegnują się jednak od pisania o wojnie wprost. Ten temat może mieć większe znaczenie za granicą. – Globalna sytuacja jest coraz bardziej niestabilna – zauważa Paplauskaite. – Doświadczenie zwykłych Ukraińców, trwających w obliczu apokalipsy, może przygotować czytelników z innych krajów na trudne czasy.


Źródła solidarności, powody do podziałów


Krytyczka literacka Tetiana Tryfomenko docenia ukraiński reportaż, ale żałuje przy tym, że wielu pisarzy porzuciło beletrystykę:

– Bohdan Kołomijczuk sprawnie relacjonuje rzeczywistość wojenną, ale brakuje mi jego retrokryminałów. Dużo bardziej niż relacje z okopów Artema Czecha ucieszyła mnie jego powieść Pieśń wolnej drogi, z fabułą ulokowaną na Dzikim Zachodzie. W młodości zachwycałam się Przeminęło z wiatrem, dlatego też tekst Czecha mnie wzruszył.

Ta mieszkająca w Warszawie krytyczka literacka podkreśla, że wiele pozycji non-fiction na tematy wojenne dobrze się sprzedaje

– Ludzie pokazują w ten sposób swoją solidarność z żołnierzami, poparcie dla sprawy. Ale nie jestem pewna, czy czytają te książki po zakupie. Ich autorzy poruszają wyjątkowo trudną tematykę, która potrafi retraumatyzować czytelnika.

Moja rozmówczyni zauważa natomiast, że w klubach czytelniczych dużym zainteresowaniem cieszy się literatura zagraniczna, mogąca oderwać czytelnika od rzeczywistości za oknem i przenieść do światów wyobrażonych. W Ukrainie dobrze sprzedaje się też fantasy.

– W teatrze, filmie i literaturze często pojawia się obraz wiedźmy pokonującej wroga dzięki nadprzyrodzonym zdolnościom. To naturalne, że ludzie myślą o takich metodach podczas wojny z okrutnym nieprzyjacielem – uważa Tryfomenko.

Krytyczka zwraca też moją uwagę na rozwijający się w Ukrainie ruch dyskusyjnych klubów książkowych (offline i online). Za jego popularnością stoi potrzeba kontaktu z drugim człowiekiem, poczucia intelektualnej wspólnoty.

– Lektura i jej wspólne omawianie dają możliwość uwolnienia się od bolących tematów wojny – mówi.

Festiwale literackie zeszłego lata – z płatnymi biletami! – przyciągały w Ukrainie tysiące odbiorców, co trudno sobie wyobrazić w Polsce. Niektórzy pisarze wyrośli już na gwiazdy dorównujące celebrytom, a Serhij Żadan jest tego najlepszym przykładem.

A jednak literatura nie jest wyłącznie źródłem solidarności – w środowisku książkowym dochodzi także do wielu swar i niesnasek. Podziały występują nie tylko na linii cywile – wojskowi, ale także wewnątrz tych grup: między emigrantami a osobami, które pozostały w kraju, czy też między wojskowymi walczącymi na froncie a służącymi na tyłach.

Tryfomenko ilustruje to zjawisko przykładem poezji Walerija Puzika. Ten poeta i reżyser, a od 2014 roku również żołnierz, mówi głośno o problemach, które inni wolą przemilczeć, by zachować pozory wewnętrznej spójności społeczeństwa. Przypomina między innymi o losie swojego kolegi po piórze, Maksyma Krywcowa, którego twórczość zyskała na popularności dopiero po głośnej śmierci tego poety. Wcześniej, jak zwraca uwagę Puzik, popularni blogerzy kulturalni nie zwracali uwagi na Krywcowa i ignorowali jego wiadomości.

Inny temat poruszany przez Puzika to poczucie niesprawiedliwości, żywione przez pisarzy frontowych wobec twórców cywilnych. W jednym ze swoich wierszy przedstawia on postacie dwóch poetów: Pawła i Petra. Pierwszy z nich jeździ na zagraniczne festiwale literackie i bryluje na salonach, podczas gdy drugi kopie okopy gdzieś pod Chersoniem, marznie w nocy i źle śpi. Ten drugi jest lepszym poetą, ale to jego protagonista cieszy się sławą i dobrymi zarobkami, bo wojna okazuje się dla niego „oknem możliwości”.

– Między żołnierzami a cywilami powstaje przepaść. Dzielą ich życiowe doświadczenia, co jest powodem braku porozumienia – opowiada Tryfomenko.

W Ukrainie nie cichną dyskusje o tym, kto ma prawo pisać o wojnie, czy należy zabierać się za to teraz, czy też warto odczekać do czasu pokoju, a wreszcie: czy można robić to zza biurka lub z zagranicy. Tryfomenko zwraca mi uwagę na przypadki Jurija Andruchowycza, zruganego za występ w debacie z rosyjskim pisarzem Michaiłem Szyszkinem (ukraińskie środowisko kulturalne en masse bojkotuje imprezy, na których występują Rosjanie), czy Kateryny Babkiny, skrytykowanej za książkę dotykającą tematu zbrodni w Buczy, pisaną podczas pobytu autorki za granicą.

– Osoby postawione na piedestale stają się łatwym celem. W tym trudnym czasie buzują w nas emocje i wiele osób szuka wewnętrznego wroga – mówi Tryfomenko.

Krytyczka dodaje też, że świeże głosy w ukraińskiej beletrystyce pojawiają się poza literackim mainstreamem. Takim przypadkiem jest książka Mój sztandar zasikał kotek – debiut prozatorski dramaturżki Leny Lahuszonkowej, pochodzącej z okupowanej dziś Stanicy Ługańskiej, uznany za Książkę Roku BBC 2025.

– To ostry głos o sowieckim dzieciństwie i latach dziewięćdziesiątych dla ludzi o mocnych nerwach – twierdzi Tryfomenko. – Podobnych tematów dotykała Anastasia Lewkowa w Imionach Krymu, ale mówiła z perspektywy „dobrej dziewczynki”. Tymczasem Lahuszonkowa to prawdziwa literacka rebeliantka.

***

Maciej Piotrowski - z wykształcenia historyk i ukrainoznawca, z pasji animator kultury. Tłumacz literatury z języka ukraińskiego m.in. utworów Mike'a Johannsena, Hryhorija Czubaja, Andrija Bondara i Wasyla Barki. Inicjator spotkań translatorskich Rozstaje. Współpracuje m.in. ze Stowarzyszeniem Folkowisko, Kolegium Europy Wschodniej i Stowarzyszeniem Czajnia. Pracował jako specjalista ds. merytorycznych przy projekcie wystawy stałej Muzeum Hołodomoru w Kijowie.

Inne artykuły Macieja Piotrowskiego

W czwartym roku wielkiej wojny ukraińska kultura szuka dla siebie nowej drogi. Rosyjska agresja z jednej strony zmobilizowała artystów do pracy na rzecz kraju i przyciągnęła do ich twórczości uwagę świata (przynajmniej na krótko, w 2022 roku), a z drugiej – odebrała im wiele możliwości dla rozwoju, dla spontanicznej, niezaangażowanej twórczości. Reporterzy, filmowcy i pisarze nie mogą pomijać wszechogarniającego tematu wojny, ale – jak się wydaje – starają się podchodzić do niego nie wprost. Ewoluuje także podejście odbiorców, którzy zamiast zapisu swojego własnego tragicznego doświadczenia, coraz częściej poszukują w literaturze sposobów na ucieczkę od rzeczywistości lub na opowiedzenie emocji związanych z dzisiejszą sytuacją w kostiumie innym niż wojenny.