Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Między Europą a cieniem Stalina. Nieprzepracowana przeszłość i niejasna przyszłość Gruzji
Na alei Rustawelego w Tbilisi powiewają flagi Unii Europejskiej obok gruzińskich i ukraińskich. „Chcemy do Europy” – powtarzają protestujący, którzy od ponad 470 dni codziennie wychodzą pod parlament, oskarżając władzę o skręt w stronę Moskwy. Dla wielu z nich integracja z UE to nie geopolityka, lecz gwarancja wolności i przyszłości bez strachu. Kilkanaście metrów stąd na jarmarkach bez większych emocji sprzedaje się popiersia Stalina. W kraju, który sam doświadczył rosyjskiej agresji i okupacji 20 proc. terytorium, postać zmarłego dokładnie 73 lata temu sowieckiego dyktatora wciąż budzi dumę części społeczeństwa. Gruzja stoi więc w rozdarciu: między europejskim marzeniem młodego pokolenia a nieprzepracowaną przeszłością, która wraca w najmniej oczekiwanym momencie.
Protesty przed budynkiem parlamentu na alei Rustawelego w Tbilisi, Gruzja, 22 lutego 2026 roku. Zdj. Anna Małasz
Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!
– Ale oni tu mają propagandę – mówi z oburzeniem do żony Rosjanin przechadzający się koło budynku parlamentu w Tbilisi. Wejście do gmachu zastawione jest transparentami z antyrządowymi hasłami.
Nad wywieszonymi tam flagami Gruzji, Unii Europejskiej, Ukrainy i USA widnieje plakat z napisem: „Sanctions – Putin’s puppet Ivanishvili [Bidzina Iwaniszwili – oligarcha i założyciel rządzącej partii Gruzińskie Marzenie] and his pro-Russia government”. Obok – kolejne protestacyjne banery i dwa namioty.
Budynek parlamentu na alei Rustawelego w Tbilisi, Gruzja, 21 lutego 2026 roku. Zdj. Anna Małasz
W ciągu dnia panuje tu spokojna atmosfera: przy ławkach leniwie wygrzewają się w słońcu trzy “dyżurne” beżowe psy, kilka metrów dalej grają uliczni muzycy, tuż obok swoje wyroby sprzedają miejscowi rzemieślnicy. Jednak wieczorem to miejsce nabiera już widocznych politycznych barw.
To właśnie tu, na alei Rustawelego, od ponad 470 dni, codziennie – w mniejszym lub większym gronie – zbiera się opozycja. Wyraża sprzeciw wobec władz, które określa jako „pozbawione mandatu prawnego” i oskarża o odchodzenie od prozachodniego kursu oraz hamowanie integracji kraju z Unią Europejską.
Protesty przed budynkiem parlamentu na alei Rustawelego w Tbilisi, Gruzja, 22 lutego 2026 roku. Zdj. Anna Małasz
Masowe protesty ogarnęły Gruzję pod koniec października 2024 roku. Prozachodnia część społeczeństwa z niepokojem przyjęła inicjatywę władz dotyczącą ustawy o „zagranicznych agentach”. Szokiem dla niej stały się wyniki wyborów parlamentarnych, w których zwyciężyła prorosyjska partia Gruzińskie Marzenie, a następnie w grudniu wybór jej kandydata, byłego piłkarza Micheila Kawelaszwilego na prezydenta, który zamienił na tym stanowisku proeuropejską Salome Zurabiszwili.
Demonstracje, blokady dróg i miasteczka namiotowe organizowano w Tbilisi, Batumi, Kutaisi i innych miastach.
Zamiast dialogu z obywatelami władze postawiły jednak na przemoc. Protesty były brutalnie rozpędzane przy użyciu gazu łzawiącego i armatek wodnych. Nie obyło się bez zatrzymań i aresztowań. Według organizacji praw człowieka w ciągu ostatniego roku setki obywateli zostały pociągnięte do odpowiedzialności administracyjnej, dziesiątki – do karnej.
Katalog „naruszeń” dziś jest szeroki: m.in. protestującym zabrania się noszenia masek na twarzach, “blokowania” jezdni czy nawet chodnika bez wcześniejszego zgłoszenia w MSW.
Nowelizacja artykułu 174 Kodeksu wykroczeń administracyjnych, dotyczącego spontanicznego blokowania pasa drogowegoi, zwiększyła kary finansowe dziesięciokrotnie. Jedna taka grzywna wynosi już do 5 tysięcy lari (ponad 6700 zł), czyli równowartość ponad dwóch średnich zarobków. Dla absolutnej większości protestujących to kwota nie do udźwignięcia.
– Wychodzić jest niebezpiecznie. Ale nie mamy wyboru. W kraju jest już około 150 więźniów politycznych. Ludzi torturowano, bito, zastraszano. W geście solidarności z nimi maszerujemy w każdą sobotę – mówi mi uczestnik akcji „Wolność dla więźniów sumienia”.
W zwartym kręgu przyjaciół idzie w kolumnie dość szybko: jedną ręką wysoko unosi flagę Gruzji, drugą mocno ściska dłoń żony. Kiedy opowiada mi o świeżych represyjnych przepisach, jego głos twardnieje:
– Wychodzimy także przeciwko oligarsze [rządzącemu z tylnego fotela miliardera Bidzinie Iwaniszwilemu – red.], który nielegalnie rządzi krajem. Nikt go nie wybierał.
– A… Jest pani z Polski? Dziękuję, że piszecie o nas – po zobaczeniu mojej karty prasowej, starając się przekrzyczeć hałas, mówi do mnie starszy mężczyzna w czarnym, eleganckim płaszczu i pstrokatym kapeluszu.
W zmieszanym huku głośników, z których płyną protestacyjne hasła, szczekaniu psów goniących przejeżdżające radiowozy z włączonymi sygnałami świetlnymi oraz dźwiękach klaksonów wyrażających solidarność z protestującymi, mój rozmówca głośno tłumaczy swoją obywatelską postawę:
– My wiemy, że ten rząd nie jest nasz. Jest rosyjski. Oni ukradli wybory. Nasze instytucje się cofają, a nie idą do przodu.
Mojemu starszemu rozmówcy nie jest łatwo formułować myśli, ponieważ rozmawiamy po angielsku, ale bardzo się stara.
W trakcie swojej podróży uprzedzałam Gruzinów, z którymi rozmawiałam, że urodziłam się na Białorusi i rozumiem rosyjski. Jednak ci o poglądach proeuropejskich zasadniczo nie przechodzili na ten język – nawet jeśli mówili nim biegle.
– Trochę się denerwuję, mój angielski nie jest najlepszy, ale nie chcę mówić po rosyjsku. Z powodu protestu – jakby usprawiedliwia się emeryt. – Chcielibyśmy widzieć tu więcej ludzi, ale wielu nie wychodzi. Jedni są skorumpowani, inni się boją. My też trochę się boimy, ale potrzeba protestu i walki o wolność jest silniejsza niż strach. Dlatego wychodzę prawie codziennie – wyjaśnia.
Tradycyjny sobotni marsz 21 lutego zgromadził kilkadziesiąt osób. Nie sprawiał wrażenia kameralnego, jednak w porównaniu z protestami z poprzednich miesięcy jego skala była wyraźnie mniejsza – szczególnie jeśli wziąć pod uwagę tempo, z jakim rząd zbliża się do Rosji, mimo sprzeciwu znacznej części społeczeństwa.
– Dlaczego jest pan dziś tutaj? – pytam jednego z protestujących.
– To źle zadane pytanie – odpowiada. – Powinna je pani zadać tym, którzy siedzą teraz w barach i kawiarniach. „Dlaczego są tu dzisiaj”? Dlaczego tak niewielu z nas wychodzi dziś dla swojego kraju?
I rzeczywiście, wracając codziennie do domu po protestach, mijam rzędy eleganckich knajp, przepełnionych stylowo ubranymi ludźmi. Papieros, kieliszek wina na tarasie w luźnej atmosferze – na pierwszy rzut oka tworzą obraz osób całkowicie pozbawionych ciężaru politycznych napięć. Na tym tle demonstranci, którzy codziennie, w każdą pogodę, stoją do późnego wieczora przed budynkiem rządu, sprawiają wrażenie wyraźnego kontrastu.
Poza tym np. w porównaniu z moją ojczyzną, Białorusią, gdzie aparat represji całkowicie zdławił wolność słowa, Gruzja – mimo zmian w ustawodawstwie, wprowadzanych przez nowy rząd — nie wygląda na kraj równie zamknięty i zastraszony.
Ukraińska symbolika w Tbilisi jest widoczna wszędzie – w postaci graffiti na murach, naklejek na gitarach ulicznych muzyków czy przypinek na płaszczach przechodniów. Tyle jej nie widziałam w żadnej z wielu europejskich stolic, które odwiedziłam w ostatnim czasie – również w Mołdawii, która aktywnie wyznacza swój europejski kurs.
Gori, Gruzja. 23 lutego, 2026 roku. Zdjęcie Anna Małasz Między reformami a rozczarowaniem
GORI
– Jak się tu panu żyje? – pytam 42-letniego taksówkarza Michaiła, który na parkingu w Gori, rodzinnym mieście Józefa Stalina (Dżugaszwilego), czeka na swoich pasażerów – turystów z Japonii.
– W porządku. Gdyby władza była dobra, byłoby jeszcze lepiej – odpowiada. – Za Miszy [Micheila Saakaszwilego] wiele zrobiono dla Gruzji. Urodziłem się tutaj (w Mcchecie), i różne rzeczy w życiu widziałem. Kiedy w 2004 roku został prezydentem, już w 2005 roku turystyka zaczęła się dynamicznie rozwijać. A wcześniej kto tu przyjeżdżał? Nikt. W latach 90. zabijano, kradziono samochody. Sama przestępczość. Stałem w kolejkach po chleb...
– A dziś chciałby pan do UE? – pytam.
– Aniu, od 20 lat słyszę, że tam będziemy, i w NATO. I nic nie idzie do przodu. To wszystko polityka. Nikomu nie ufam, tylko sobie. Gdyby Misza był, może coś by się ruszyło z martwego punktu. A tak…
Tbilisi, Gruzja, 22 lutego 2026 roku. Zdj. Anna Małasz
Dziś Gruzja jest pełna turystów o każdej porze roku – obserwowałam to podczas każdej mojej wizyty. Gruzini niejednokrotnie mówili mi, że impuls do rozwoju tego kierunku dał właśnie Micheil Saakaszwili – prezydent w latach 2004–2013, który doszedł do władzy po tzw. Rewolucji Róż, a od 2021 roku przebywa w więzieniu na podstawie szeregu postawionych mu zarzutów - m..in. o przekroczenie uprawnień. Jego zwolennicy uważają te oskarżenia za motywowane politycznie.
Saakaszwili przeprowadził szeroko zakrojone reformy: walczył z korupcją, uprościł dostępl do usług publicznych, liberalizował gospodarkę, wyraźnie ukierunkował kraj na zbliżenie z UE i NATO, złagodził reżim wizowy oraz rozwijał sektor turystyczny. W połowie lat 2000. Gruzję odwiedzało mniej niż milion zagranicznych turystów rocznie, a w 2012 roku już około 4–5 milionów. Równolegle jednak jego rządy krytykowano za autorytarne metody i naciski na opozycję.
Tak tamten okres wspomina 32-letnia dziennikarka Mariam (imię zmienione - red.), z którą spotykam się wieczorem w lodziarni. Wpada tylko na chwilę, w przerwie między pracą nad materiałem o Berikaobie w zachodniej Kachetii – tradycyjnym gruzińskim karnawale z maskami, organizowanym przed rozpoczęciem Wielkiego Postu. I opowiada:
– Tak, większość jego reform była postępowa, zwłaszcza po długim postsowieckim okresie korupcyjnego zastoju. Wiele rzeczy poprawił i zmienił. Moje dzieciństwo przypadło właśnie na lata jego rządów. Ale pamiętam, że niektóre mechanizmy były oparte na przemocy. Rozpędzano demonstracje, funkcjonariusze resortów siłowych wchodzili do mediów (widziałam to na własne oczy w telewizji podczas transmisji na żywo).
Dziś Mariam mówi, że ona i jej środowisko nie mają lidera, który reprezentowałby ich interesy. Gdyby jednak trzeba było wybierać między poprzednią a obecną władzą, bez wahania zagłosowałaby na tamtą pierwszą.
Pokolenie bez stabilnej przyszłości
Głównym obszarem pracy mojej znajomej jest dziennikarstwo społeczne. A jednak pracując nawet z niepolitycznymi tematami napotyka ona trudności wynikające z regulacji prawnych wprowadzonych przez Gruzińskie Marzenie. Niedawno wygrała dwa konkursy Unii Europejskiej za stworzenie podcastów – jeden z nich wiązał się z wysoką nagrodą finansową. Nie może jednak publicznie odebrać wyróżnienia pod własnym nazwiskiem – organizatorzy ukryją jej dane, ponieważ rząd zakazuje „zagranicznego finansowania” z Zachodu jakichkolwiek gruzińskich projektów.
Opowiadając o swoich osiągnięciach zawodowych i stażach w różnych krajach, Mariam przyznaje, że towarzyszy jej poczucie krzywdy wynikające z działań państwa. Mówi, że sama robi wszystko „jak należy”: odbywa szkolenia, pracuje, próbuje nowych rzeczy, odnosi sukcesy, ludzie doceniają jej pracę. A jednak egzystuje za marne pieniądze i nie ma jasnej, stabilnej wizji przyszłości. Myśli o emigracji pojawiają się coraz częściej.
– Nigdy nie chciałam mieszkać za granicą. Ale czasem trudno nie czuć, że poświęcam siebie, żyjąc w ciągłej huśtawce i niepewności. A potem patrzę na kolegów, którzy heroicznie dalej pracują, i myślę: tak trzeba, to są prawdziwi dziennikarze. Dlatego wciąż nie podjęłam decyzji o wyjeździe i stoję w miejscu – tłumaczy.
W pobliżu naszego stolika słychać rosyjską mowę. W ostatnich latach na dobre zadomowiła się ona m.in. w Tbilisi i Batumi. Po rozpoczęciu pełnowymiarowej wojny na Ukrainie do Gruzji przeprowadziło się wielu rosyjskich dysydentów, jednak część z nich szybko wyjechała dalej – do Europy. Dziś większość przebywających tu Rosjan, jak mówi Mariam, stanowią migranci ekonomiczni.
– Kupują nieruchomości, otwierają biznesy w centrum, w najlepszych budynkach starego miasta. Mają swoje środowisko, obracają się głównie we własnym gronie. Jakiś inny świat. – na jej twarzy pojawia się gorzki uśmiech – Byłaś w Batumi? Tam już niemal wszystko wykupili. To też jest pewnego rodzaju przejmowanie kraju. Miękkie, ale jednak. Prawie nie mam znajomych, którzy wynajmowali mieszkanie i których nie proszono o wyprowadzenie się, bo Rosjanie są gotowi płacić więcej.
O przyszłości kraju Mariam mówi bez złudzeń i z wyraźnym pesymizmem.
– Po tym, jak premier [Irakli Kobachidze] ogłosił wstrzymanie procesu negocjacji w sprawie członkostwa w UE [28 listopada 2024 roku], wszystko zaczęli „forsować”. Mój ojciec długo pracował w Rosji. Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie, wrócił tutaj. Opowiadał nam zawsze o rosyjskiej „drukarce”, która bez przerwy produkuje nowe ustawy. Teraz my też mamy taką u siebie. Do pewnego momentu wierzyłam, że da się to jeszcze odwrócić. Ale pasywność Zachodu, coraz mniejsza gotowość ludzi do dalszego protestowania, płacenia ogromnych grzywien, narażania się na niebezpieczeństwo… – Robi pauzę. – To zabiera wszystką nadzieję. Teraz wydaje mi się, że dopóki przynajmniej nie zakończy się wojna na Ukrainie, bardzo trudno będzie cokolwiek zmienić. A minęły już cztery lata…
Na zapleczu kelnerka rozmawia po ukraińsku przez telefon na głośniku:
– Żebyś zrozumiał: dokładnie cztery lata temu w nocy wpadł do mnie Sasza do pokoju i krzyczał: Wstawaj! I wyjechaliśmy o 9 rano z kraju…
Męski głos mówi jej coś w odpowiedzi. Dziewczyna przerywa:
– Dobra, nie chcę już o tym mówić.
Okupacja. Wspólna trauma i ciągła walka
Już wieczorem, w rocznicę pełnowymiarowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, przed ambasadą Ukrainy w Tbilisi zebrały się tłumy, by okazać solidarność Ukrainie.
– Kochamy Ukrainę i modlimy się za nią. Jesteśmy patriotami – mówi mi dumnie protestująca kobieta. Jej szyję opatula niebiesko-żółty szalik. – Rosja okupuje 20 proc. naszego kraju i jesteśmy temu przeciwni. Poza tym mamy teraz rząd Vichy. Tak go nazywamy, bo to kolaboranci – i z nimi również walczymy.
– Ten dzień bardzo wiele dla nas znaczy – mówi mi Natia. – Kilka lat temu byliśmy w takiej samej sytuacji jak Ukraina. Takie gesty solidarności – to również nasza walka. Bardzo liczę na to, że Rosja upadnie.
Jej przyjaciółka dodaje:
– O ile na Ukrainie trwa konflikt zbrojny, to u nas toczy się wojna informacyjna.
Anna przyjechała z Kijowa do Tbilisi sześć lat temu. Tutaj poznała swojego przyszłego męża, Lewana. Mimo że pochodzą z różnych krajów, łączy ich wspólna polityczna trauma.
– Mam cały wachlarz emocji. Z jednej strony jestem dumna, że moja ojczyzna zdołała wytrwać wobec takiego wroga jak Rosja, która wszelkimi sposobami próbuje ją złamać. Z drugiej strony to wszystko jest bardzo trudne i ma ogromną cenę – wzdycha Anna.
Lewan włącza się do rozmowy:
– Jutro obchodzimy Dzień okupacji sowieckiej. My również wielokrotnie doświadczyliśmy rosyjskiej agresji w różnych okresach. Dlatego jak nikt inny rozumiemy Ukrainę i chcemy okazać nasze wsparcie jej narodowi — za walkę o wolność, dobrobyt i prawo do życia w wolnym kraju, bez ingerencji Wielkiego Brata. Sława Ukrainie! Niech Bóg ją błogosławi.
Następnego dnia ulicami Tbilisi ponownie przeszła duża manifestacja – tym razem z okazji 25 lutego, dnia, w którym w 1921 roku oddziały Armii Czerwonej wkroczyły do miasta i obaliły Pierwszą Republikę Gruzińską (1918–1921). Wkrótce potem kraj został włączony do Związku Radzieckiego.
Uczestnicy marszu złożyli kwiaty przed parlamentem, przy tablicy upamiętniającej bohaterów poległych w obronie dziejszych stolicy.
***
Mimo że wielu Gruzinów z pewną dezaprobatą wspomina niektóre elementy radzieckiej przeszłości, okres ten nigdy nie został w pełni przepracowany w zbiorowej świadomości i nie jest postrzegany jednoznacznie negatywnie.
W sklepach z pamiątkami i na targach staroci nikogo nie dziwią odznaki ZSRR i wizerunki działaczy tamtego okresu, niewinne pocztówki z Gagarinem, a przede wszystkim wszystko, co wiąże się ze Stalinem: miniaturowe popiersia, mozaiki z jego podobizną, pierścionki z portretem, torby, magnesy, kubki. Uzasadnienie niby jest proste — “just business”. Ale jak się okazuje, nie do końca.
– Kult Stalina wciąż jest szeroko obecny, zwłaszcza wśród starszego pokolenia — wyjaśnia mi historyk dr. Beka Kobakhidze. Spotykamy się z nim w restauracji „Stamba”, mieszczącej się w holu hotelu o tej samej nazwie, na którego fasadzie od strony ulicy powiewają dwie ogromne flagi – Gruzji i Unii Europejskiej.
– Nie tak dużych jak ten który był w Gori. Niektóre powstały z inicjatywy prywatnej. Niemniej było to możliwe za zgodą władz. I to mimo że w naszym ustawodawstwie istnieje zakaz propagowania symboliki nazistowskiej i radzieckiej.W praktyce oznacza to, że prawo to nie jest egzekwowane – konstatuje Kobakhidze.
Jego zdaniem znaczenie ma również czynnik narodowy – część społeczeństwa jest dumna z tego, że Stalin był Gruzinem.
– Dla nich nie jest najważniejsze to, że był komunistą, lecz sam fakt jego pochodzenia. To swoista forma dumy narodowej. Dość specyficzna – mówi historyk.
Jak przekonuje, “oczywiście jednak nie stanowią oni większości”.
– A co pan sądzi o istnieniu tych pomników? – pytam.
W odpowiedzi słyszę:
– Należy je zburzyć. To absurd. Czy może pani sobie wyobrazić pomniki Hitlera w Wiedniu albo w Monachium? O czym w ogóle mówimy?
Pomniki obok muzeum Józefa Stalina w Gori, Gruzja. 23 lutego, 2026 roku. Zdjęcie Anna Małasz
O sprzecznym stosunku do postaci Stalina w gruzińskim społeczeństwie wspomina również Mariana. Gdy wychodzimy z kawiarni, pytam ją, co o tym sądzi. Przytacza wymowną historię.
– Robiliśmy wspólny projekt z fotografem z Nowej Zelandii, Amosem Chapple’em. Jeździliśmy po różnych miastach z aktorem przebranym za Stalina. Podobny projekt realizowano także z wizerunkiem Josipa Broza Tity w krajach byłej Jugosławii. “Stalin” spacerował ulicami, a my filmowaliśmy reakcje ludzi. Zaskoczyło mnie, jak ciepło reagowało starsze pokolenie: podchodzili, ściskali mu rękę, klepali po plecach, mówili, że kiedyś było lepiej.
– Tak, poruszasz ciekawy i ważny temat — zwraca się do mnie przemyślając odpowiedzi. – Jego spuścizna jest wciąż słabo zbadana.
I dodaje:
– Dla mnie to taki sam dyktator jak Hitler. Ale jako naród nie przeszliśmy tej refleksji.
***
Josif Wissarionowicz Stalin zmarł 5 marca 1953 roku – dokładnie 73 lata temu.