Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Międzymorze / 22.03.2026
Aureliusz M. Pędziwol

Polacy i Ukraińcy napiszą wspólny podręcznik. Wesprą ich Niemcy

Trójstronny polsko-ukraińsko-niemiecki zespół pracuje nad rekomendacjami do wspólnego podręcznika historii. Jego przygotowaniu mają posłużyć doświadczenia Polski i Niemiec w pracy nad podręcznikiem Europa. Nasza historia. „Jeśli Polsce i Ukrainie nie uda się napisać wspólnego podręcznika do historii, znajdą się tacy, którzy się za to zabiorą. I nie będą to ci, którzy wspierają polsko-ukraińskie pojednanie” – mówi Marcin Wiatr.
Foto tytułowe
Marcin Wiatr (archiwum autora_



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Aureliusz M. Pędziwol: Porozmawiajmy o podręczniku polsko-ukraińskim do nauczania historii w polskich i ukraińskich szkołach.


Marcin Wiatr: Na razie jest trójstronny, niemiecko-polsko-ukraiński projekt, który ma doprowadzić do napisania rekomendacji dla wspólnego podręcznika. Jego inicjatorem jest Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa, która wiele lat pracowała nad wspólnym podręcznikiem polsko-niemieckim. Ma więc sporo doświadczeń – zarówno dobrych, jak i złych – i może dostarczyć know-how.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite



W projekcie uczestniczą więc także Niemcy. Jaka jest ich rola?


Jesteśmy znani z rzeczowego, analitycznego podejścia. To bardzo ważny element niemieckiej tradycji nauki. Ale myślę, że w dzisiejszym, pełnym emocji świecie to za mało. Tu zaś jest szansa połączenia tego, co niemieckie, polskie i ukraińskie. Dlatego my, Niemcy, też jesteśmy w tym projekcie. Bo i sami możemy się z niego wiele nauczyć.


Przypomnijmy, że i Ty jesteś Niemcem, choć masz polskie imię i nazwisko.


Tak, miałem ten przywilej urodzić się w Polsce, na terenach, które jej przypadły po 1945 roku za sprawą wojny wywołanej przez III Rzeszę. Pozostałem przy polskim brzmieniu imienia i nazwiska, ponieważ jest to część historii mojej rodziny. Jestem Niemcem, ale uformowanym w takiej przestrzeni geograficznej i socjologicznej, że moje rozumienie wyzwań dzisiejszego świata jest bliskie polskiemu, ukraińskiemu czy litewskiemu, dla których oprócz wiedzy historycznej ważna jest też wyobraźnia.


Której być może brakuje Niemcom wychowanym w Niemczech, jak rozumiem. Jakie wyzwania stawia ten projekt?


Z jednej strony są to rekomendacje dla wspólnego podręcznika. Z drugiej zaś – równoległe przygotowanie materiałów dydaktycznych do wybranych tematów lekcyjnych. Ten projekt tym się różni od polsko-niemieckiego, że zaczynamy w innej sytuacji. Mamy wojnę. A ponieważ dotyczy społeczeństw, które mają bardzo podobne podejście do historii, skala emocji jest większa.


W ramach tego projektu uczestniczyłeś właśnie w warsztatach w Berlinie. Czy to było pierwsze takie spotkanie?


Pierwsze na żywo. Ale jako zespół docieramy się już od kilku miesięcy. W Berlinie było około dwudziestu osób, głównie z Polski i Ukrainy, bo to one są tu głównymi aktorami. Po niemieckiej stronie jest nas mniej.


Jest jeszcze jeden aktor, który próbuje mącić w tych wodach.


Jak najbardziej tak, trzeba pamiętać i o nim. Rosja będzie sabotować ten podręcznik. Sabotowała już zresztą podręcznik polsko-niemiecki, o czym wie bardzo niewielu. Próbowała przekonać stronę niemiecką, że taki podręcznik należy napisać razem z nią. Niemcy jednak zdecydowały, że z Rosją tego nie zrobią.


I dlatego podręcznik polsko-niemiecki stał się drugim takim wspólnym przedsięwzięciem na świecie, po podręczniku niemiecko-francuskim. Czy są już też jakieś inne?


Nie. Wprawdzie na wielu konferencjach wymieniane są różne przykłady – podręcznik izraelsko-palestyński czy nawet chińsko-japońsko-koreański – ale to nie jest to samo. Bo to są pomocnicze materiały dydaktyczne, nieoparte na podstawach programowych. Podręcznik polsko-niemiecki te wymogi spełnia, przy czym nie jest podręcznikiem historii stosunków polsko-niemieckich, lecz historii powszechnej, ale opowiadanej z perspektywy polskiej i niemieckiej. Nawet niemiecko-francuski podręcznik nie ma tak szerokiej perspektywy.


Polsko-ukraiński może więc stać się trzecim na świecie. Jakie będą następne kroki?


Teraz będziemy wypracowywać podstawy metodyczne. Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa oraz zajmujący się badaniem podręczników Instytut Georga Eckerta (GEI) w Brunszwiku i Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie (CBH) przekażą zdobywane przez długie lata doświadczenia pozostałym partnerom projektu.


Czyli komu?


W Warszawie są to Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk (ISP) i Polsko-Ukraińska Komisja Podręcznikowa, w Kijowie zaś – Uniwersytet Narodowy „Akademia Kijowsko-Mohylańska”.


Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa, która powstała w 1972 roku, po czterech latach wydała zalecenia dotyczące podręczników narodowych używanych w Polsce i Niemczech. Rekomendacje dla przyszłego wspólnego podręcznika powstały dopiero po 2008 roku, jego pierwszy tom opublikowano osiem lat później, a ostatni, czwarty, w 2020 roku. Czy z Ukrainą będzie to trwać również tak długo?


Nie, bo mamy o wiele mniej czasu. Ja bym nawet wolał, żeby pewne procesy dojrzewały, ale znajdujemy się w bardzo niebezpiecznym momencie. Nie tylko Ukraina, ale też Polska, Niemcy i Europa. Dlatego potrzeba nie mniej, a więcej wspólnej wiedzy. A to wymaga innego zakresu i tempa działań.


To znaczy?


Zaczynamy od badań socjologicznych; chcemy poznać oczekiwania społeczne. Będziemy rozmawiać z mniejszością ukraińską w Polsce, mniejszością polską w Ukrainie, z ukraińskimi uchodźcami w Niemczech i Polsce. Chcemy poznać ich doświadczenia i zrozumieć ich oczekiwania.

Kolejnym krokiem będzie szeroko zakrojona analiza dyskursu, czyli ocena tego, w jaki sposób Ukraina pojawia się w przekazach politycznych, kulturalnych, światopoglądowych i medialnych w Polsce i w Niemczech. A także – na ile i w jakim kontekście jest obecna w polskich i niemieckich podręcznikach, bo to dla nas taki sejsmograf, wskazujący, gdzie są braki.

Pod ten podręcznik musimy stworzyć podglebie, bo pole relacji polsko-ukraińskich bardzo mocno zarosło. Z podręcznikiem polsko-niemieckim było inaczej: to pole było cały czas uprawiane.


Jak długo ma trwać faza ustalania zaleceń?


Bardzo krótko. Już w listopadzie, na konferencji w Berlinie, przedstawimy pierwsze wnioski, w tym wstępne wyniki badań socjologicznych.

W przyszłym roku spotkamy się w Warszawie i tam zaprezentujemy założenia, w jakim kierunku te zalecenia dla wspólnego podręcznika polsko-ukraińskiego mogłyby zmierzać.

A w 2028 roku chcielibyśmy zorganizować konferencję w Kijowie. Myślę, że tam będą mogły zostać opublikowane.


A kiedy powstanie podręcznik?


Jeśli te pierwsze dwa lata zostaną dobrze wykorzystane, to być może krótko po 2030 roku będziemy mieli pierwszy tom. To byłby wielki sukces nie tylko Polski i Ukrainy, ale w ogóle Europy.


Czyli w porównaniu z podręcznikiem polsko-niemieckim tempo ma być błyskawiczne.


Bo mamy inne czasy i inne narzędzia. Możemy prowadzić wideokonferencje, posługiwać się narzędziami generatywnej sztucznej inteligencji. To już nie będzie maraton, tylko bieg na krótki dystans. A my już wystartowaliśmy. Oczywiście trzeba umieć spojrzeć za siebie, sprawdzić, czy nie za bardzo skręcamy w lewo albo w prawo. Być może przyjdzie nam przyhamować, a nawet zatrzymać się.

Najważniejsze jednak, żeby nie stracić kursu, bo na chaosie najbardziej zyska Rosja. Ale ludzie, którzy się tym zajmują, znają się na tym i można ufać, że nie dopuszczą do tego. I to jest najważniejsze.


Możesz zdradzić nazwiska uczestników projektu?


Jego koordynatorzy to z polskiej strony prof. Tomasz Stryjek z ISP i Uniwersytetu Civitas, zajmujący się polityką pamięci krajów Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza Ukrainy, i ja ze strony niemieckiej. Niemcy reprezentuje również slawistka Judith Rösch, współpracująca między innymi z Międzynarodowym Domem Spotkań Młodzieży w Krzyżowej, gdzie spotykają się nie tylko młodzi ludzie z Niemiec i Polski, ale także z Ukrainy.

Kolejni uczestnicy z Polski to socjolodzy Barbara Markowska-Marczak z Uniwersytetu Civitas, Grzegorz Demel z ISP i Joanna Konieczna-Sałamatin z Uniwersytetu Warszawskiego oraz historyk Dagmara Moskwa z ISP. Partnerem projektu jest też berlińskie CBH, reprezentowane przez jego dyrektora, prof. Igora Kąkolewskiego, byłego koordynatora projektu polsko-niemieckiego podręcznika ze strony polskiej, a także tłumacza i historyka Jakuba Sawickiego oraz socjologa i politologa Marcina Fronię.

Po stronie ukraińskiej aspektem socjologicznym projektu zajmują się Anna Prochorowa, Oksana Chomiak i Anna Iwanowa z Akademii Kijowsko-Mohylańskiej. Z uczelnią tą prowadzimy rozmowy na temat poszerzenia składu zespołu o zaproponowanych przez stronę ukraińską historyków. W zespole jest też pochodzący z Charkowa historyk Roman Romancow z Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN” w Lublinie.

Bez tych wszystkich partnerów taki projekt byłby właściwie nierealny.


Ile szkół w Niemczech korzysta już ze wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika Europa. Nasza historia? Ile sztuk zamówiły?


Około 40 tysięcy egzemplarzy. Oprócz indywidualnych nabywców podręcznik zakupiły dla swych szkół trzy landy: Hesja, Brandenburgia i Meklemburgia-Przedpomorze. Nie stało się to jednak od razu po wydaniu podręcznika, lecz stopniowo, szczególnie po inwazji Rosji na Ukrainę.

To o czymś świadczy. Pokazuje potrzebę zapełnienia luk w niemieckim nauczaniu historii. Nawet jeśli nie są aż tak wielkie, jak twierdzi Frymark, to jesteśmy zgodni, także jako Komisja, co do tego, że jest w nich zbyt mało o okupacji niemieckiej w Polsce, o powstaniu warszawskim czy o stratach poniesionych przez Polskę.

Te luki wypełnia podręcznik polsko-niemiecki. Właśnie po to powstał. A także, żeby uzupełnić wiedzę, którą o sobie nawzajem mamy. Paradoks polega na tym, że oba rządy, zamiast umieścić ten podręcznik w swojej agendzie, uznały, że skoro już istnieje, to można go odstawić na półkę.


I tak to dziś wygląda?


Agresja Rosji na Ukrainę spowodowała istotną zmianę myślenia, także o tym podręczniku. Wspomnę tylko, że niemieccy żołnierze, zanim dołączą do formowanej przez Bundeswehrę brygady na Litwie, korzystają z niego, przygotowując się do tego zadania. To o czymś świadczy.


Półtora roku temu o czwartej części podręcznika, zajmującej się historią najnowszą od 1939 roku, obszerny tekst na łamach „Gazety Wyborczej” napisał Piotr Głuchowski. Zapytał Andrzeja Dusiewicza z Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, ile szkół zamówiło Europę. Naszą historię po dopuszczeniu tego tomu do nauczania. W odpowiedzi usłyszał: „Na razie ani jedna”. Czy coś się zmieniło od tego czasu?


W Polsce raczej nie. W Niemczech się zmieniło.


Co z tym fantem zrobić? To jest przecież jakaś porażka.


To nie jest porażka podręcznika. Z jego jakością nie ma problemu. Problemem są ciągłe zmiany w edukacji. To jest porażka elity politycznej. Edukacja jest niestety cały czas polem sporów politycznych. To wielki błąd.


Jakich działań byś więc oczekiwał?


Może warto pomyśleć o przygotowywaniu nauczycieli do pracy z tym podręcznikiem? Zarówno w Niemczech, jak i w Polsce. Może trzeba powołać koordynatorów takich działań zarówno w niemieckich landach, jak i w polskich województwach? Politycy często i chętnie nawiązują do wielkich jubileuszy, bo to jest bardzo nośne medialnie. Jak choćby w latach 2014 i 2018, gdy wszędzie obchodzono setne rocznice wybuchu i zakończenia pierwszej wojny światowej.

W czerwcu będziemy obchodzić trzydziestopięciolecie podpisania polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie z 1991 roku. To był polityczny kamień milowy, ale nie stworzył żadnych stabilnych ram instytucjonalnych współpracy w dziedzinie edukacji historycznej, jakie na przykład istnieją między Niemcami a Francją. A skutek jest taki, że nawet udane projekty pozostają zależne od krótkoterminowych dotacji, politycznych koniunktur i zmian rządów.

Trzydzieści pięć lat po traktacie i dwie dekady po wejściu Polski do Unii Europejskiej w zakresie dydaktyki i nauczania historii nie mamy jeszcze wspólnych narzędzi. Teraz potrzebujemy konkretnych kroków, a nie symbolicznych gestów. I tutaj jest szansa na to, żeby w ten traktat tchnąć nowego ducha. Mogłaby by to być współpraca w zakresie edukacji historycznej. Jej motorem jest od dziesięcioleci Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa, która jednak nie dysponuje środkami odpowiadającymi wielkości takich działań.

Marcin Wiatr – pedagog, germanista, historyk i politolog, urodzony w 1975 roku w Gliwicach. Pracuje w zajmującym się badaniami nad podręcznikami szkolnymi Instytucie Georga Eckerta w Brunszwiku. Jest koordynatorem naukowym dwóch komisji podręcznikowych: polsko-niemieckiej i czesko-niemieckiej, a także współautorem wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika do nauczania historii Europa. Nasza historia.

A ma przed sobą nowe zadanie: współudział w przygotowaniu podręcznika polsko-ukraińskiego.


Jeśli Polacy i Ukraińcy nie napiszą wspólnego podręcznika historii, to znajdą się tacy, którzy to zrobią za nich. I nie będą to ci, którzy wspierają polsko-ukraińskie pojednanie czy też walczącą z najazdem Ukrainę, ale ci, którzy są zainteresowani jej rozpadem. Czyli Rosja.