Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Transatlantyk / 23.04.2026
Patryk Kulpok
Embargo, dzieci i puste autostrady. Jak Holandia skręciła w stronę roweru po kryzysie 1973 roku?
Jesienią 1973 roku wojna Jom Kipur i naftowe embargo państw arabskich uderzyły w Holandię z wyjątkową siłą. Niedziele bez samochodu pokazały Holendrom puste autostrady i miasta, które choć na chwilę odzyskały ciszę. Kryzys paliwowy nie stworzył jednak rowerowej Holandii od zera. Stał się raczej katalizatorem zmiany, dojrzewającej wcześniej pod wpływem protestów przeciw dominacji aut, rosnącej liczbie ofiar wypadków i nowego myślenia o mieście.
(Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!
Holandia nie stała się krajem rowerowym wyłącznie dlatego, że w 1973 roku wybuchł kryzys naftowy po wojnie Jom Kipur. Taka opowieść jest atrakcyjna, bo prosta: oto geopolityczny wstrząs, rosnące ceny paliw, zakaz jazdy samochodem w niedzielę i nagle całe społeczeństwo przesiada się na rowery. Rzeczywistość była jednak bardziej złożona. Kryzys paliwowy stał się momentem przełomowym, ale nie początkiem całej historii. Holenderska transformacja rowerowa dokonała się dlatego, że kryzys energetyczny spotkał się z innymi zjawiskami: gwałtownym wzrostem liczby aut, narastającą liczbą ofiar śmiertelnych na drogach, protestami społecznymi przeciw dominacji samochodu oraz zmianą myślenia o mieście i jakości życia. To właśnie z tego splotu kryzysu, społecznego nacisku i politycznej korekty narodziła się nowoczesna Holandia rowerowa.
Punktem zapalnym była wojna Jom Kipur z października 1973 roku. Gdy Egipt i Syria zaatakowały Izrael, a państwa zachodnie wsparły stronę izraelską, kraje arabskie sięgnęły po ropę jako broń polityczną. Holandia znalazła się w szczególnie trudnym położeniu. Kraj ten postrzegano jako jeden z najbliższych europejskich sojuszników Izraela, a gospodarka była silnie uzależniona od importu paliw. W efekcie embargo naftowe uderzyło w Holendrów nie tylko ekonomicznie, lecz także psychologicznie. Nagle okazało się, że model codziennego życia, oparty na taniej energii i prywatnym samochodzie, może zostać podważony przez wydarzenia rozgrywające się tysiące kilometrów dalej.
Rząd odpowiedział szybko. Wprowadzono działania oszczędnościowe, ograniczenia zużycia paliw i najbardziej pamiętne z nich wszystkich: niedziele bez samochodu. Ostatnią taką niedzielę pamiętali rodzice i dziadkowie ówczesnych użytkowników aut. Historycznie pierwsze niedziele bez samochodu w Holandii miały miejsce od 1 października do 12 listopada 1939 roku, w obliczu agresji III Rzeszy, ZSRR i Republiki Słowacji na II Rzeczpospolitą. Holenderska armia potrzebowała paliwa do swoich czołgów. Czasy powojenne to pójście Holandii w „samochodowy centryzm”. Nie dziwi więc, że w kraju, który jeszcze chwilę wcześniej traktował samochód jako symbol powojennego dobrobytu, był to widok niemal surrealistyczny. Autostrady opustoszały. Pojawili się na nich rowerzyści, spacerowicze, dzieci na rolkach, całe rodziny korzystające z przestrzeni, która zwykle należała wyłącznie do aut. Te obrazy do dziś zajmują ważne miejsce w holenderskiej pamięci zbiorowej. Nie dlatego, że kilka niedziel bez ruchu samochodowego uratowało kraj energetycznie, lecz dlatego, że na moment odsłoniło inną wyobraźnię miasta i mobilności. Ostatnią szansę, aby przejść się po autostradzie, mieli mieszkańcy Amsterdamu w 2025 roku, kiedy to w ramach świętowania 750-lecia założenia miasta władze zamknęły część obwodnicy dla samochodów na jeden dzień.
To doświadczenie miało znaczenie symboliczne. Holendrzy mogli zobaczyć, ile przestrzeni oddali samochodom i jak inaczej mogłoby wyglądać codzienne życie, gdyby ruch aut nie dominował bez reszty. Puste autostrady działały jak polityczna i kulturowa szczelina: na chwilę zawieszono normalność, a wraz z nią przekonanie, że nowoczesność musi oznaczać coraz więcej samochodów. To właśnie wtedy kryzys naftowy stał się czymś więcej niż gospodarczym szokiem. Stał się zbiorowym doświadczeniem, które uruchomiło refleksję o zależności od ropy, o przestrzeni publicznej i o tym, kto naprawdę ma prawo do miasta.
Byłoby jednak błędem uznać, że bez wojny Jom Kipur Holandia pozostałaby krajem całkowicie podporządkowanym samochodom. Grunt pod zmianę tworzył się już wcześniej. W latach sześćdziesiątych Holandia, podobnie jak inne kraje Europy Zachodniej, przeżywała okres szybkiej automobilizacji. Wraz ze wzrostem zamożności rosła liczba prywatnych aut. Ulice poszerzano, planowano nowe arterie, przebudowywano centra miast, podporządkowując je logice przepustowości i ruchu samochodowego. Rower, przez dziesięciolecia zwyczajny środek transportu, z powodu skojarzenia z czasami niemieckiej okupacji, kiedy stanowił jedyny łatwo dostępny środek transportu, zaczął być spychany do roli środka gorszego, mniej prestiżowego, kojarzonego z przeszłością albo z tymi, których nie stać na samochód.
To był moment, gdy Holandia mogła pójść drogą podobną do tej obranej wcześniej przez Stany Zjednoczone, a później również przez wiele krajów europejskich: coraz więcej aut, coraz więcej asfaltu, coraz większe uzależnienie od paliw kopalnych i coraz mniej miejsca dla niezmotoryzowanych. W pewnym sensie właśnie to zaczęło się już dziać. Wzrost liczby samochodów wpływał na układ ulic, tempo życia, handel, bezpieczeństwo i planowanie przestrzenne. Miasta zaczynały być projektowane w skali samochodu, nie człowieka.
Problem polegał na tym, że koszty tej przemiany bardzo szybko stały się widoczne. Najbardziej wstrząsający był wzrost liczby ofiar wypadków drogowych. W pierwszych dekadach powojennych w Holandii liczba zabitych na drogach systematycznie rosła i na początku lat siedemdziesiątych osiągnęła poziom, który dziś wydaje się trudny do wyobrażenia. Szczególnie dotknęło to dzieci. To właśnie ta perspektywa okazała się politycznie najważniejsza. Debata o ulicach nie dotyczyła już tylko korków, prędkości i wygody kierowców. Coraz częściej stawała się debatą o tym, czy dziecko może bezpiecznie dojść do szkoły, przejechać przez skrzyżowanie albo po prostu bawić się w mieście bez śmiertelnego ryzyka.
Z tego doświadczenia narodził się jeden z najważniejszych holenderskich ruchów społecznych lat siedemdziesiątych: „Stop de Kindermoord”, czyli „Stop mordowaniu dzieci”. Sama nazwa była brutalna, ale taka miała być. Stanowiła oskarżenie pod adresem modelu miasta, który podporządkowano samochodom kosztem najsłabszych uczestników ruchu. Protesty organizowane przez rodziców, lokalnych aktywistów i mieszkańców zwracały uwagę na to, że śmierć dzieci na drogach nie jest nieuniknionym kosztem nowoczesności, lecz skutkiem konkretnych decyzji politycznych i urbanistycznych.
To właśnie dlatego holenderska rewolucja rowerowa nie była wyłącznie historią o rowerze – była historią o bezpieczeństwie, miejskiej skali, prawie do ulicy i redefinicji postępu. Aktywiści nie walczyli tylko o dodatkowe pasy dla rowerów, ale przeciw modelowi miasta, w którym samochód zyskał status niemal nienaruszalny. Kryzys naftowy z 1973 roku dodał tej walce nowy argument: nie tylko bezpieczeństwo i jakość życia, ale także bezpieczeństwo energetyczne. Rower przestawał być reliktem biedniejszej przeszłości. Zaczynał jawić się jako środek transportu nowoczesny, rozsądny i odporny na geopolityczne szoki.
To połączenie argumentów okazało się decydujące. Gdyby kryzys paliwowy wybuchł w społeczeństwie całkowicie zafascynowanym samochodem, zapewne skończyłoby się na krótkotrwałych ograniczeniach i szybkim powrocie do dawnych przyzwyczajeń. W Holandii było inaczej, bo napięcie społeczne istniało już wcześniej. Kryzys tylko je skupił i nadał mu nową siłę.
Władze lokalne, urbaniści, ruchy obywatelskie i część klasy politycznej zaczęli coraz wyraźniej dostrzegać, że nie chodzi o doraźne zastąpienie samochodu rowerem, lecz o zmianę hierarchii w mieście.
To odwrócenie hierarchii było kluczowe. Wcześniej dominowało pytanie: jak usprawnić ruch samochodowy? Coraz częściej zastępowało je inne: jak urządzić miasto, aby było bezpieczne, zwarte i zdatne do życia? Gdy tak sformułowano problem, rower stał się logiczną odpowiedzią. Nie dlatego, że był modny albo ideologicznie pożądany, lecz dlatego, że dobrze pasował do holenderskich miast: gęstych, stosunkowo płaskich, o krótkich dystansach i dużym znaczeniu lokalnych centrów.
Szczególnie wyraźnie było to widać w Amsterdamie. Miasto stanęło na rozdrożu. Mogło dalej podporządkowywać się samochodowi, przebudowując tkankę miejską pod coraz większy ruch. Mogło też postawić na model bardziej zwarty, spokojniejszy i lepiej dostosowany do codziennej mobilności mieszkańców. Ostatecznie wybrano tę drugą drogę. Nie stało się to w jednej chwili ani dzięki jednej decyzji. Zmiana była efektem wielu drobnych kroków: rezygnacji z części projektów drogowych, ograniczania parkowania, uspokajania ruchu, wprowadzania progów zwalniających, zwężeń jezdni, ulic jednokierunkowych dla samochodów z wyjątkami dla rowerów i stopniowego budowania spójnej sieci tras rowerowych.
W tym sensie Holandia nie „dodała” roweru do istniejącego systemu, ale zaczęła przebudowywać system tak, by rower miał w nim naturalne miejsce. To rozróżnienie bywa gubione w uproszczonych opowieściach o sukcesie holenderskiej mobilności. Budowa infrastruktury była ważna, ale sama w sobie nie wystarczyłaby do tak trwałej zmiany. Infrastruktura działa, gdy jest częścią większej całości: planowania przestrzennego, polityki parkingowej, regulacji ruchu, priorytetów inwestycyjnych i społecznej akceptacji dla ograniczania roli samochodu.
Właśnie dlatego holenderska transformacja rowerowa stanowiła proces polityczny, a nie tylko techniczny. Nie chodziło o to, by namalować więcej białych linii na asfalcie. Chodziło o to, by zmienić sposób myślenia administracji, samorządów i mieszkańców. Rower miał stać się nie dodatkiem dla wytrwałych, lecz zwyczajnym, bezpiecznym i atrakcyjnym środkiem codziennego transportu. To wymagało nie tylko ścieżek, ale też bezpiecznych skrzyżowań, przewidywalnego pierwszeństwa, spokojniejszych osiedli, logicznych tras i polityki, która przestawała premiować auto na każdym kroku.
Jednym z powodów, dla których ta zmiana okazała się możliwa, była także ciągłość kulturowa. Choć użycie roweru w Holandii w latach sześćdziesiątych spadło, to nigdy całkowicie nie zniknął on z codziennego życia. W wielu innych krajach zachodnich stał się niemal wyłącznie sprzętem sportowym albo środkiem transportu dla dzieci. W Holandii przetrwał jako coś zwyczajnego, domowego, oswojonego. Ta ciągłość miała ogromne znaczenie. Kiedy pojawił się kryzys naftowy i społeczny nacisk na zmianę, nie trzeba było od podstaw tworzyć kultury jazdy rowerem, a raczej przywrócić jej pełne obywatelstwo w przestrzeni publicznej.
Ważną rolę odegrały tu także organizacje społeczne. Powstanie struktur reprezentujących interesy rowerzystów sprawiło, że głos tej grupy przestał być rozproszony. Można było wywierać nacisk na samorządy, zgłaszać konkretne propozycje, punktować błędy projektowe i domagać się trwałych rozwiązań. Protest uliczny został więc przekuty w instytucjonalny wpływ. To jedna z najistotniejszych cech holenderskiego sukcesu: spontaniczny sprzeciw społeczny nie wygasł, lecz został zamieniony w trwały element procesu politycznego.
Nie mniej ważna była skala zmian. Holandia nie próbowała rozwiązać wszystkiego jedną wielką inwestycją. Jej sukces wyrósł z konsekwencji. Z setek lokalnych decyzji podejmowanych przez lata. Z poprawiania skrzyżowań, ograniczania prędkości, budowania przejazdów, korygowania błędów i uczenia się na doświadczeniu. Ta cierpliwość odróżniała ją od krajów, które od czasu do czasu ogłaszały ambitne plany rowerowe, ale nie potrafiły utrzymać kursu przez dekady.
Warto też zauważyć, że transformacja rowerowa w Holandii stała się częścią szerszej zmiany cywilizacyjnej. Lata siedemdziesiąte były czasem rosnącej świadomości ekologicznej, krytyki nieograniczonego wzrostu i coraz większego sceptycyzmu wobec modernizacji, rozumianej wyłącznie jako ekspansja infrastruktury samochodowej. Kryzys naftowy tylko tę zmianę przyspieszył. Rower zaczął być postrzegany nie jako symbol niedostatku, ale jako odpowiedź na pytania o energię, zdrowie, środowisko i organizację życia codziennego.
To nie znaczy, że w Holandii zapanował antysamochodowy radykalizm. Samochód nie zniknął i nadal pozostał ważnym elementem transportu. Kluczowe było jednak to, że przestał być traktowany jako bezdyskusyjny punkt odniesienia dla wszystkich decyzji. Właśnie w tym sensie nastąpiła prawdziwa transformacja. Nie polegała ona na zastąpieniu jednego środka transportu innym, lecz na przywróceniu równowagi. Samochód przestał być jedynym bohaterem opowieści o nowoczesności.
Wielu komentatorów lubi przedstawiać holenderski sukces jako efekt narodowego charakteru: rzekomej dyscypliny, pragmatyzmu czy szczególnego przywiązania do porządku. To uproszczenie. Holenderska rewolucja rowerowa nie była naturalnym odruchem kulturowym, lecz skutkiem konfliktu, presji społecznej i świadomych decyzji politycznych. Gdyby nie protesty przeciw śmierci dzieci na drogach, gdyby nie politycy gotowi ograniczać dominację auta i gdyby nie kryzys naftowy obnażający zależność od ropy, Holandia mogłaby dziś wyglądać zupełnie inaczej.
W tym sensie wojna Jom Kipur miała znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać. Nie dlatego, że bezpośrednio „stworzyła” rowerową Holandię, ale dlatego, że otworzyła polityczne okno możliwości. To pojęcie dobrze opisuje sytuację, w której kryzys nagle czyni realnymi rozwiązania wcześniej uznawane za zbyt radykalne albo zbyt kosztowne. To, co wcześniej uchodziło za margines debaty, staje się rozsądną alternatywą. Tak właśnie było z rowerem i z ograniczaniem samochodowej dominacji. Kryzys naftowy nie rozwiązał problemów sam z siebie, ale sprawił, że wielu ludzi po raz pierwszy zobaczyło potrzebę zmiany.
Najbardziej wymownym symbolem pozostały niedziele bez samochodu. Ich praktyczny wpływ na zużycie paliwa był ograniczony, ale znaczenie polityczne i kulturowe miały ogromne. Ulice i autostrady na chwilę zmieniły właściciela. To doświadczenie nie mogło samo przez się zbudować sieci dróg rowerowych ani zmienić przepisów, ale pokazało wyobrażalność innego porządku. Czasem właśnie to jest warunkiem koniecznym każdej reformy: społeczeństwo musi najpierw zobaczyć, że alternatywa nie jest abstrakcją.
Po 1974 roku Holandia nie wróciła już całkowicie do starego kursu. Owszem, samochód nadal był obecny, ale polityka transportowa zaczęła stopniowo uwzględniać inne cele niż tylko szybkość przejazdu kierowców. W kolejnych dekadach rozwijano infrastrukturę rowerową, a także uspokajano ruch, wzmacniano transport publiczny i projektowano osiedla tak, by codzienne sprawy można było załatwiać bliżej domu. To właśnie ta konsekwencja sprawiła, że rower nie stał się chwilową modą czasu kryzysu, lecz trwałym fundamentem mobilności.
Dlatego opowieść o holenderskiej transformacji rowerowej powinna być opowieścią bardziej wymagającą niż popularny mit o jednym kryzysie i jednej decyzji. Wojna Jom Kipur i embargo naftowe były ważnym impulsem. Pokazały słabość modelu zależnego od ropy i otworzyły przestrzeń dla alternatyw. Ale równie ważne były tysiące rodzin, które nie godziły się na śmierć dzieci na drogach. Ważni byli lokalni aktywiści, którzy potrafili przekuć gniew w nacisk polityczny. Ważni byli urbaniści i samorządowcy, którzy uznali, że miasto nie musi służyć wyłącznie samochodom. I wreszcie ważna była cierpliwość instytucji, które przez kolejne lata zamieniały hasła w praktykę.
Holandia nie została więc krajem rowerowym wskutek jednego geopolitycznego wstrząsu. Stała się nim dlatego, że umiała wykorzystać kryzys jako moment korekty własnego kursu rozwojowego. Kryzys naftowy był ostrzeżeniem. Protesty społeczne stały się naciskiem. Polityka miejska okazała się narzędziem zmiany. Z ich połączenia powstał model mobilności, który dziś bywa przedstawiany jako oczywistość, choć w rzeczywistości był efektem długiego sporu o to, jak powinno wyglądać nowoczesne, bezpieczne i sprawiedliwe miasto.
Patryk Kulpok – polski historyk i dziennikarz, mieszkający w Holandii. Współzałożyciel polskiego podcastu o Holandii i Belgii „Polderownia”. Członek zespołu Trias Politica.
I może właśnie dlatego historia holenderskiej rowerowej przemiany wciąż tak silnie działa na wyobraźnię. Nie jest bajką o narodzie, który po prostu „lubi rowery”. Jest historią o społeczeństwie, które w momencie kryzysu potrafiło zadać sobie trudne pytanie: czy naprawdę chcemy dalej budować miasta wokół samochodu? Odpowiedź nie padła od razu i nie była jednogłośna. Ale kiedy już zaczęła się materializować w ulicach, skrzyżowaniach, przepisach i codziennych nawykach, zmieniła Holandię trwale. Dlatego właśnie puste autostrady z zimy 1973 roku pozostały symbolem czegoś większego niż chwilowy brak benzyny. Stały się zapowiedzią nowego porządku mobilności.