Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Jedwabny Szlak / 27.04.2026
Patryk Kulpok

Irańska diaspora odwraca się od Trumpa. Nie chce, by jej ojczyzna cofnęła się do epoki kamienia

Od Australii przez Holandię i Turcję po Kanadę i USA coraz wyraźniej słychać wśród Irańczyków na emigracji, że Donald Trump „oszalał”, a jego obietnice okazały się pułapką. Jeszcze na przełomie lutego i marca część irańskiej diaspory wiwatowała po śmierci ajatollaha Alego Chameneiego, licząc na to, że reżim wreszcie runie. Dziś coraz częściej zamiast okrzyków triumfu wybrzmiewa zmęczenie wojną, strach o bliskich odciętych od internetu i oburzenie wobec gróźb „cofnięcia Iranu do epoki kamienia”.
Foto tytułowe
(Shutterstock)



Posłuchaj słowa wstępnego szóstego wydania magazynu online!



Na początku marca w wielu miastach, od Los Angeles przez Nowy Jork i Toronto po ośrodki irańskiej emigracji w Europie czy w Australii, dało się wyczuć coś na kształt euforii. Po wspólnym amerykańsko-izraelskim uderzeniu z 28 lutego, w którym zginął najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, część diaspory uznała, że historia wreszcie przyspieszyła. W Los Angeles, gdzie mieszka jedna z największych społeczności irańskich, jedni demonstrowali, machając dawnymi monarchistycznymi flagami i żądając dokończenia operacji, inni protestowali przeciw wojnie, ostrzegając, że Waszyngton nie przychodzi wyzwalać Irańczyków, tylko narzucać własny porządek. Ten podział, początkowo jeszcze mieszczący się w granicach politycznego sporu, dziś przybiera formę znacznie głębszego pęknięcia: między nadzieją na upadek reżimu a przerażeniem, że ceną za to może być zrujnowany kraj.

W pierwszych dniach po śmierci Chameneiego wielu Irańczyków, także tych od lat zaangażowanych w protesty przeciw Islamskiej Republice Iranu, dawało się ponieść emocjom. W Holandii Irańczycy udzielający wypowiedzi lokalnym mediom przyznawali, że na tę wiadomość zareagowali oklaskami. Tańczyli, pili szampana na Placu Dam w Amsterdamie, wyobrażając sobie scenariusz błyskawicznego załamania władzy, niemal w stylu operacji specjalnej w Caracas, po której reżim rozsypałby się w kilka godzin. Podobne nastroje dało się wyczuć wśród części irańskiej diaspory w Australii i Turcji.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


Problem w tym, że wojna nie skończyła się na jednym uderzeniu. Minęły tygodnie, a reżim ajatollahów nie został obalony. Zamiast tego pojawiły się kolejne naloty, zniszczona infrastruktura, doniesienia o ofiarach cywilnych, strach o rodziny i coraz bardziej chaotyczne sygnały płynące z Waszyngtonu. Wielu zaczęło mówić nie o wyzwoleniu, ale o gorzkim poczuciu, że dali się uwieść cudzej wojnie.

Najmocniej wybrzmiało to po słowach Trumpa, że Iran można „cofnąć do epoki kamienia”. Dla wielu Irańczyków, także tych przeciwnych reżimowi, nie była to tylko militarna groźba, ale też upokorzenie całego narodu. W amerykańskich, kanadyjskich, holenderskich czy tureckich relacjach powracało oburzenie: jak można mówić w ten sposób o kraju, który dla tak wielu jest źródłem dumy – ze swojej historii, kultury i poezji? W reakcjach zarówno z Iranu, jak i diaspory dominował podobny ton: „nie jesteśmy nic winni Trumpowi”. Nawet ci, którzy wcześniej liczyli, że Ameryka pomoże doprowadzić do upadku Islamskiej Republiki, zaczęli dostrzegać, że w trumpowskiej retoryce nie ma miejsca na troskę o Irańczyków, jest tylko język siły, pogardy i geopolitycznego szantażu.

Ta zmiana nie oznacza, że diaspora nagle zjednoczyła się wokół jednego stanowiska. Przeciwnie, wojna ujawniła, jak bardzo jest rozbita. Na ulicach Tehrangeles (taką nazwę otrzymało Los Angeles ze względu na ogromną irańską diasporę) ścierały się dwie wizje: dla jednych bombardowania były bolesnym, ale niezbędnym kosztem obalenia reżimu; inni mówili wprost, że bomby nigdy niczego nie rozwiązały i nie da się ocalić kraju, niszcząc go z powietrza. Podobne spory toczą się w Holandii, Kanadzie, Wielkiej Brytanii czy Niemczech. W „New York Timesie” i innych mediach opisujących diasporę powraca ten sam motyw: przyjaźnie się rozpadają, znajomi blokują się w sieci, dawni współuczestnicy demonstracji przeciw reżimowi przestają ze sobą rozmawiać. Jedni w krytyce wojny dostrzegają „zdradę sprawy”, inni zaś w poparciu dla interwencji widzą zgodę na zniszczenie ojczyzny.

Holenderski nadawca publiczny NOS ustalił, że Irańczycy mieszkający za granicą są zastraszani nie tylko przez władze Iranu, lecz również przez zwolenników Rezy Pahlawiego. Krytycy syna obalonego szacha są nękani, doxowani i atakowani fizycznie. Do sieci trafiają ich dane, a groźby obejmują nawet członków ich rodzin. Policja bada sprawę, jednak – zdaniem poszkodowanych – jej reakcja pozostaje niewystarczająca.

W tej historii ważniejsze od ideologii okazują się jednak emocje. A te, niezależnie od miejsca, sprowadzają się do tego samego: lęku, bezsilności i wyczerpania. W diasporze nieustannie powraca motyw telefonów, które milczą. Irańczycy rozsiani po świecie żyją od jednej krótkiej wiadomości do drugiej, od jednego urwanego połączenia do kolejnego. Blackout internetu sprawił, że kontakt z bliskimi stał się luksusem. W Holandii wielu Irańczyków opowiadało, że pierwszą rozmowę z matką czy bratem udało im się przeprowadzić dopiero po wielu dniach wojny. Ktoś usłyszał tylko krótkie „żyjemy, nic nam nie jest” i połączenie się urwało. Inni opowiadali o desperackim kupowaniu drogich VPN-ów albo o urządzeniach Starlinka, za które trzeba płacić ogromne sumy, bez gwarancji, że zadziałają. W Los Angeles irańscy emigranci relacjonowali, że rodzice mówią przez telefon drżącym głosem, słysząc w pobliżu spadające pociski. Takie doświadczenia podcinają polityczne spory u samego korzenia: bardzo trudno wierzyć w wielkie plany geopolityczne, kiedy nie ma się pewności, czy własna matka przeżyła noc.

Właśnie dlatego początkowa wdzięczność wobec Trumpa zaczęła topnieć. Jeszcze w lutym część Irańczyków wierzyła, że amerykańska presja może być tym, czego ich kraj potrzebuje – zewnętrznym ciosem w reżim. Trump podsycał te oczekiwania, dając do zrozumienia, że „pomoc jest w drodze”. Na transparentach w Los Angeles pojawiały się hasła wzywające prezydenta USA, by dotrzymał obietnicy. Z czasem jednak coraz więcej osób zaczęło dostrzegać w deklaracjach Trumpa nie plan, lecz improwizację. Raz zapewniał o wspieraniu wolności Irańczyków, innym razem groził bombardowaniem mostów, elektrowni czy infrastruktury naftowej. W holenderskich rozmowach z Irańczykami jak bumerang powracało zdanie: „Trump robi nas w konia”. „Nie wiadomo, czy należy Trumpowi klaskać, czy go nienawidzić – mówiła jedna z rozmówczyń portalu NU.nl. To zdanie dobrze oddaje nastroje diaspory irańskiej, nie tylko w Holandii.

Rozczarowanie jest tym większe, że wojna nie przyniosła szybkiego politycznego przełomu. Reżim nie upadł. Przeciwnie, wśród części diaspory narasta obawa, że jeśli konflikt wyhamuje bez realnej zmiany władzy, Teheran wyjdzie z niego jeszcze bardziej brutalny i ogłosi zwycięstwo nad Wielkim Szatanem (USA) i Małym Szatanem (Izraelem). W źródłach przewija się to samo ostrzeżenie: najgorszy scenariusz to taki, w którym kraj zostaje poraniony, społeczeństwo jeszcze bardziej zastraszone, a Islamska Republika nadal trwa, tyle że z nowym uzasadnieniem dla represji. Niektórzy nadal uważają, że operacji nie wolno przerywać i tylko utrzymywanie presji może przynieść przełom. Ale nawet w tym obozie narasta nerwowość, bo kolejne tygodnie pokazują, że chirurgiczna operacja to iluzja, a rachunek za wojnę płacą przede wszystkim cywile.

W Toronto ten lęk wybrzmiał szczególnie mocno. Część irańskiej społeczności przyznawała, że początkowo widziała w Trumpie sprzymierzeńca w obaleniu reżimu. Dziś coraz częściej słyszy się głosy, że wojna uderza przede wszystkim w cywilów, a bombardowanie szpitali, dróg i uniwersytetów nie ma nic wspólnego z wolnością. Ludzie modlą się o swoje rodziny w kraju i liczą na to, że kolejne ultimatum nie zostanie spełnione. To znamienne: nawet tam, gdzie jeszcze utrzymuje się przekonanie, że Islamska Republika musi zostać złamana, rośnie sprzeciw wobec metod, które przypominają raczej karanie całego społeczeństwa niż wspieranie jego emancypacji.

Podobnie brzmią relacje z turecko-irańskiej granicy. Do Turcji docierają Irańczycy, którzy uciekają przed wojną albo próbują złapać oddech po tygodniach życia w napięciu. Część z nich mówi, że to cena, którą trzeba zapłacić za wolność. Ale nawet w tych relacjach słychać znużenie. Bombardowanie rafinerii, mostów czy infrastruktury cywilnej przestaje być abstrakcyjnym „ciosem w reżim” – to bezpośredni atak na codzienność Irańczyków. Tym mocniej wybrzmiewa dziś rozczarowanie Trumpem: najpierw przedstawiał się jako człowiek, który pomoże szybko rozprawić się z systemem, a później zaczął lawirować, zmieniać ton i mieszać groźby z negocjacjami. Dla tych, którzy uwierzyli, że oto nadchodzi historyczna chwila, musiało to być bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Wojna zmieniła też język, którym diaspora mówi o samej sobie. Jeszcze niedawno dominowało przekonanie, że mimo wielu różnic irańskich emigrantów łączy jedno: sprzeciw wobec Islamskiej Republiki. Dziś coraz mniej osób w to wierzy. W materiałach z Europy i Ameryki widać, że obok dawnego podziału na monarchistów, republikanów, reformistów czy zwolenników różnych frakcji opozycji pojawił się nowy, jeszcze bardziej bolesny. To podział między tymi, którzy uważają, że nie ma wolności zewnętrznej interwencji, a tymi, dla których zmiana okupiona spaleniem Iranu będzie jedynie moralnym bankructwem. To dlatego w diasporze coraz częściej słyszy się nie triumfalne hasła o „końcu reżimu”, ale zdania znacznie mniej efektowne i dużo bardziej ludzkie: „nie wiem, co dzieje się z moją matką”, „mój ojciec pierwszy raz powiedział, że się boi”, „nie tego chcieliśmy dla naszego kraju”.

Trump przestał być dla wielu Irańczyków figurą wybawcy nie dlatego, że pokochali ajatollahów albo stracili pamięć o represjach. Stało się coś odwrotnego. Im dłużej trwa wojna, tym wyraźniej widać, że można jednocześnie nienawidzić reżimu i odrzucać politykę zbiorowego niszczenia własnego kraju. Można marzyć o końcu Republiki Islamskiej i zarazem nie godzić się na język, który redukuje Iran do celu do spalenia. Można nie mieć złudzeń co do władz w Teheranie, a mimo to uznać, że człowiek grożący cofnięciem 90-milionowego państwa do „epoki kamienia” nie jest sojusznikiem wolności, tylko zakładnikiem własnej pychy. Coraz więcej głosów w diasporze mówi dziś właśnie to: nie chcemy już wybierać między tyranią w domu a cudzą dewastacją pod hasłem wyzwolenia.

Co więcej, bardzo szybko okazało się, że nawet ci, którzy w wojennej gorączce widzieli w Waszyngtonie i Tel Awiwie architektów nowego ładu, wyprzedzili rzeczywistość. Donald Trump już na początku roku sygnalizował, że Reza Pahlavi, syn obalonego szacha, nie jest jego kandydatem na przywódcę powojennego Iranu, a w marcu mówił wręcz, że przyszłego lidera Iranu Stany Zjednoczone będą chciały współwybierać z samym Iranem, zamiast po prostu namaścić emigracyjnego pretendenta. W samej diasporze Pahlavi pozostał ważnym symbolem dla części monarchistów, ale nawet tam nie było zgody, czy jest realnym liderem przejścia, czy raczej figurą projekcyjną dla rozproszonej opozycji.

Po pierwszej próbie zatrzymania działań wojennych przyszło kolejne otrzeźwienie: rozejm okazał się kruchy, bo niemal natychmiast Izrael przeprowadził zmasowane naloty na Liban, które w oczach wielu Irańczyków zniweczyły nadzieję, że region wchodzi choćby w fazę deeskalacji. Dla części diaspory był to kolejny dowód, że wielkie obietnice o wolności i nowym początku rozmijają się z logiką tej wojny: jej polityczni patroni mówią o zmianie, a w praktyce produkują tylko następne ruiny i następny chaos. Pozbawiony realnej władzy wykonawczej, Pahlavi mógł co najwyżej wykonywać gesty symboliczne: dystansować się od Trumpa i izraelskich władz w mediach społecznościowych, a zarazem utrzymywać obecność na portalu X (dawniej Twitter), gdzie jego najbardziej zaangażowani zwolennicy prowadzą polityczną mobilizację. Ale właśnie ta mobilizacja stała się dla części diaspory źródłem kolejnego lęku. Coraz więcej Irańczyków mówi bowiem, że w cieniu wojny wyrosła nie tylko nadzieja na zmianę, lecz także presja, by uznać jednego emigracyjnego pretendenta za jedyny dopuszczalny głos opozycji.

W Holandii ten rozpad diaspory przybrał szczególnie niepokojącą formę. Jak informował Nieuwsuur/NOS, część Irańczyków mieszkających w Holandii i Belgii znalazła się na celowniku nie tylko zwolenników Teheranu, lecz także ludzi występujących w imieniu monarchistycznej opozycji. Na kanale Telegramowym „De Huurlingen” („Najemnicy”) publikowano nazwiska, zdjęcia i dane osobowe ponad 170 osób, przedstawiając je jako „popleczników” Islamskiej Republiki. Wśród nich mieli być prawnicy, wykładowcy akademiccy, aktywiści i dziennikarze. Według adwokata Amina Roozdara, który sam również otrzymywał groźby, wielu z nich wcale nie popiera reżimu; przeciwnie – krytykują zarówno ajatollahów, jak i wojnę oraz polityczny kult wokół Rezy Pahlaviego. To wystarczało, by uznać ich za zdrajców.

Sprawa wyszła daleko poza zwykłe internetowe obelgi. Co najmniej dwadzieścia osób złożyło zawiadomienia na policji. Jednej z kobiet pomazano dom hasłami oskarżającymi ją o zdradę, a nagranie z tej akcji trafiło do sieci. Irański dziennikarz Javad Montazeri mówił w programie Nieuwsuur, że po tym, jak na swoim kanale YouTube gościł krytyków wojny, grożono mu ścięciem. Aktywiści i dziennikarze opowiadali też o groźbach kierowanych wobec dzieci, adresach publikowanych w internecie i poczuciu, że nawet na emigracji nie da się już bezpiecznie zabierać głosu.

W piątek, 24 kwietnia holenderska prokuratura poinformowała, że zatrzymano 48-letniego Irańczyka z Hagi, podejrzanego o doxing, czyli publikowanie cudzych danych w celu zastraszenia. Mężczyzna, znany na portalu X jako Sashti, miał sugerować swój związek z kanałem „Najemników”. Po przesłuchaniu pozwolono mu odpowiadać z wolnej stopy, ale śledztwo ma ustalić, kto jeszcze stał za kanałem.

Ten holenderski epizod jest ważny, bo rozbija wygodny obraz irańskiej opozycji jako jednego, demokratycznego obozu stojącego naprzeciw teokratycznego reżimu. W rzeczywistości wielu Irańczyków na emigracji mówi dziś, że znaleźli się między kilkoma presjami naraz: z jednej strony boją się długiego ramienia Teheranu, z drugiej – agresji ze strony najbardziej radykalnych przeciwników Republiki Islamskiej. Reza Pahlavi przedstawia się jako demokrata i przyszły budowniczy wolnego Iranu, ale jego krytycy alarmują, że wokół niego narasta atmosfera lojalnościowego testu: kto nie popiera „księcia”, kto nie krzyczy „niech żyje król”, kto krytykuje bombardowania albo odmawia uznania monarchistycznych symboli, ten bywa natychmiast podejrzewany o sprzyjanie reżimowi.

Sam Pahlavi odcinał się od nękania i mówił w CNN, że nie może odpowiadać za to, co miliony ludzi wypisują w mediach społecznościowych. Ale dla wielu zastraszanych Irańczyków takie odcięcie się jest niewystarczające, bo przemoc symboliczna i fizyczna dzieje się właśnie w imię politycznego projektu, który ma rzekomo przynieść Iranowi wolność.

W tym sensie historia z Holandii dopowiada coś zasadniczego o obecnym momencie diaspory. Wojna nie tylko spolaryzowała Irańczyków wobec Trumpa, Izraela i Teheranu. Ona uruchomiła także brutalną walkę o to, kto ma prawo mówić w imieniu Iranu po ajatollahach. Dla jednych Pahlavi pozostaje ostatnim rozpoznawalnym symbolem ciągłości państwa sprzed rewolucji 1979 roku i figurą, wokół której można zbudować przejściowy porządek. Dla innych staje się znakiem powrotu autorytarnego odruchu w nowym kostiumie: zamiast pluralizmu – przymus lojalności; zamiast debaty – listy zdrajców; zamiast demokracji – groźby wobec tych, którzy zadają niewygodne pytania. I właśnie dlatego coraz trudniej mówić o prostym sporze między zwolennikami a przeciwnikami wojny. Wewnątrz samej emigracji toczy się dziś walka o elementarne prawo do niezgody.

Największy paradoks tej chwili polega na tym, że diaspora jest dziś jednocześnie bardziej polityczna i bardziej bezradna niż kiedykolwiek. Śledzi każdy komunikat, każdą zmianę tonu w Białym Domu, każdą plotkę o zawieszeniu broni, każdy urwany sygnał z Teheranu, Tebrizu czy Minabu. A zarazem ma coraz silniejsze poczucie, że nie kontroluje niczego.
Patryk Kulpok – polski historyk i dziennikarz, mieszkający w Holandii. Współzałożyciel polskiego podcastu o Holandii i Belgii „Polderownia”. Członek zespołu Trias Politica.

Inne artykuły Patryka Kulpoka
Nie obaliła reżimu, nie zatrzymała wojny, nie potrafi nawet utrzymać własnej wspólnoty w całości. Zostaje jej więc coś jeszcze bardziej podstawowego: obrona pamięci o tym, że Iran to nie poligon i nie pionek w kampanii wyborczej. Że kraj, z którego uciekli albo który musieli zostawić za sobą, nie może zostać „wyzwolony” przez obietnicę cofnięcia go do „epoki kamienia”. I że jeśli Donald Trump naprawdę stracił w oczach irańskiej diaspory, to właśnie dlatego, że coraz więcej Irańczyków zrozumiało, iż między obaleniem tyranii a zniszczeniem ojczyzny przebiega granica, której nie wolno przekroczyć.