Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 11.08.2026
Iza Chruślińska

Wołyń dominuje polską pamięć. Sahryń pozostaje na jej marginesie

Polska coraz głośniej domaga się od Ukrainy pamięci o ofiarach Wołynia, ale znacznie rzadziej przypomina o ukraińskich cywilach zabitych przez polskie formacje. Zniszczone cmentarze Ziemi Hrubieszowskiej pokazują, jak wiele pozostaje do zrobienia, jeśli polsko-ukraińska pamięć ma prowadzić do pojednania, a nie budować kolejny mur.
Foto tytułowe
Pomnik ofiar zbrodni w Sahryniu na miejscowym cmentarzu (Wikipedia)



Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!



Jest lipiec. Jedziemy przez Ziemię Hrubieszowską. Odwiedzamy poukraińskie wsie: Sahryń, Łasków, Szychowice, Małków, Modryń, Czerniczyn, Masłomęcz. Zachodzimy na zniszczone, zarosłe krzakami i nieoznaczone ukraińskie cmentarze. Widzimy powalone prawosławne krzyże, rozpadające się nagrobki. Brodzimy w gęstwinie traw i zarośli. Gdzieś tutaj spoczywają bezimienne prochy Ukraińców, którzy zginęli z rąk polskiej partyzantki; są rozrzucone na cmentarzach w Łaskowie i Szychowicach. Szukamy śladów tych, którzy przez wiele wieków żyli tu obok Polaków i Żydów, ale zostały całkowicie zatarte. Wiele cmentarzy nie jest nawet oznaczonych, nie znajdujemy żadnej informacji o tym, że ziemię tę zamieszkiwali Ukraińcy, ani o tym, co się z nimi stało.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


***



Ziemia Hrubieszowska dla Ukraińców była o wiele bardziej „macochą” niż „matką”. Mieszkający tutaj od wieków Ukraińcy zostali ciężko doświadczeni przez historię: zmieniające się granice państwowe, polityka Imperium Rosyjskiego zmuszająca unitów w XIX wieku do przechodzenia na prawosławie, w czasie I wojny światowej bieżeństwo (masowa, tragiczna w skutkach ewakuacja ludności z terenów zachodnich guberni w głąb Rosji). Po 1918 roku, w okresie II Rzeczypospolitej, ziemia ta została naznaczona wieloletnim konfliktem państwa polskiego z Cerkwią prawosławną, którego apogeum przypadło na okres polityki rewindykacji. W 1938 r. doszło do masowego burzenia cerkwi oraz siłowego przymuszania prawosławnych Ukraińców do zmiany wyznania na rzymskokatolickie.

Zaplanowana w połowie lat 30. przez władze RP polityka deukrainizacyjna miała doprowadzić do usunięcia z tych terenów najbardziej świadomych narodowo Ukraińców, inteligencji, a resztę mieszkańców spolonizować. Polityka ta przez historyków takich jak Mariusz Zajączkowski czy Krzysztof Persak została nazwana „etnocydem”. Ostatecznie plan ten nie został zrealizowany jedynie dlatego, że wybuchła II wojna światowa.

Okupacja hitlerowska nie oszczędziła ani ukraińskiej, ani polskiej ludności tego regionu. W latach 1942–1943 ziemie te objęła brutalna akcja wysiedleńcza. Jej celem było wypędzenie z Polaków i Ukraińców oraz zasiedlenie regionu Niemcami. Operację tę przeprowadzono w setkach wsi, towarzyszyły jej morderstwa i grabieże.

W powszechnej świadomości Polaków funkcjonuje przede wszystkim pamięć o wysiedleniach ludności polskiej. Niemieckie plany zakładały osiedlanie części ludności ukraińskiej w miejsce wysiedlanych Polaków. Ukraińskie wsie miały tworzyć pas ochronny wokół osiedli niemieckich. Prowadziło to do nieustannych konfliktów.

Innym czynnikiem pogłębiającym polską nienawiść wobec ukraińskich sąsiadów było ukraińskie odrodzenie w okresie niemieckiej okupacji, które objęło: oświatę, życie religijne, gospodarcze i kulturalne. W pewnym sensie stanowiło to odwrócenie polityki władz II RP. Ułatwiła je niemiecka polityka prowadzona wobec Ukraińców według zasady „dziel i rządź” (konfliktowania z Polakami). Znaczenie miał również napływ na Ziemię Hrubieszowską w latach 1939–1941 nauczycieli, spółdzielców, aktywistów oraz weteranów z armii Petlury z zajętej przez Sowietów części Galicji. Dla nastawionych antyukraińsko Polaków ukraińskie odrodzenie było dowodem zdrady i kolaboracji z nazistami. O antyukraińskiej polityce prowadzonej przez II RP nie pamiętano.

Lata 1942–1947 przyniosły narastający krwawy konflikt polsko-ukraiński. Wśród pierwszych ukraińskich ofiar znaleźli się nauczyciele, duchowni prawosławni, działacze spółdzielczy oraz mężowie zaufania. Choć rozlew krwi pochłonął wiele ofiar po obu stronach, według ustaleń Igora Hałagidy i Myrosława Iwanyka, autorów publikacji Ukraińskie ofiary Chełmszczyzny i południowego Podlasia w latach 1939–1944, z rąk Polaków zginęło znacznie więcej Ukraińców niż Polaków z rąk ukraińskich.

Fundamentalną zmianę sytuacji ludności ukraińskiej w tym regionie przyniosła akcja pacyfikacji ukraińskich wsi na terenie powiatu hrubieszowskiego, rozpoczęta przez odziały Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich na przełomie 9 i 10 marca 1944 roku. Całkowity kres istnieniu Ukraińców na tych terenach przyniosły deportacje ocalałej ludności, najpierw w latach 1944–1946 do ZSRR, następnie w 1947 roku – w ramach akcji „Wisła”.

Świadomości tragicznej historii Ukraińców w tym regionie nie chcą przyjąć do wiadomości ani jego polscy mieszkańcy, ani władze lokalne. Dominuje polityka zacierania śladów związanych z ukraińską obecnością. W praktyce przekłada się to na oznaczanie terenu, często wbrew historycznym ustaleniom, jak największą liczbą polskich upamiętnień oraz tablic informacyjnych. Sprzyja temu fakt, że w polskiej świadomości społecznej oraz wśród polityków nadal brakuje pełnej wiedzy o historii ukraińskiej ludności tych ziem.

***


Ten tekst jest głosem niezgody na wymazywanie z polskiej pamięci historycznej, debaty publicznej oraz prac w parlamencie pamięci o ukraińskich ofiarach cywilnych konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939–1947 – nie tylko na Lubelszczyźnie. W Polsce, szczególnie od momentu przyjęcia uchwały wołyńskiej z 22 lipca 2016 roku, w której zapisano, że na Wołyniu dokonano ludobójstwa, w coraz większym stopniu dominuje polityka pamięci skupiona niemal wyłącznie na wydarzeniach w latach 1943–1944 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Proces ten można określić jako „sakralizację Wołynia”.

Obecna polska polityka historyczna zdaje się wypierać z pamięci nawet polskie ofiary okupacji hitlerowskiej, Katynia czy „operacji polskiej” NKWD w 1937 roku, w czasie której Sowieci zamordowali około 110 tys. Polaków, a kilkadziesiąt tysięcy wywieźli na Syberię. Nawet w rocznicę tej tragedii w 2017 roku polski parlament nie był w stanie ustanowić dnia pamięci o tych ofiarach. Ale był już w stanie przyjąć nowelizację ustawy o IPN z antyukraińskimi zapisami.

W Polsce parlament regularnie przyjmuje kolejne dokumenty odnoszące się do zbrodni wołyńskiej. Miało to miejsce również w 2026 roku, choć rok wcześniej Sejm przyjął ustawę z dnia 4 czerwca 2025 roku o ustanowieniu 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej. Ustawa ta nadała rangę państwową dotychczasowym obchodom upamiętniającym ofiary zbrodni wołyńskiej. Jak się jednak okazało, tamte uchwały i specjalna ustawa, to za mało.

Polska pamięć historyczna oraz polityka historyczna nie zostawiają przestrzeni i prawa do pamięci o ukraińskich ofiarach konfliktu w latach 1939–1947. Dotyczy to nie tylko środowisk kresowo-nacjonalistycznych, polityków PiS-u, Konfederacji, PSL-u, Nowej Lewicy, lecz również polityków Koalicji Obywatelskiej. Ten aspekt historii Polski pojawia się zazwyczaj dość sporadycznie w artykułach niektórych publicystów, a w świadomości społecznej Polaków w zasadzie nie istnieje. Nie ma się co dziwić, skoro w narracji publicznej oraz mediach jej prawie nie ma, dominuje wyłącznie sakralizacja Wołynia. Znaczna część polskich historyków, których głos słychać najczęściej, marginalizuje kwestię ukraińskich ofiar; służy temu nagminne używanie określenia „ofiary akcji odwetowych, zastraszających, prewencyjnych”. W pewnym sensie formą manipulacji jest też posługiwanie się argumentem niezgodnym z historycznymi ustaleniami. Prof. Grzegorz Motyka twierdzi na przykład: „Trudno bowiem uznawać za tożsame pojedyncze wypadki zbrodni wojennych popełnionych na Ukraińcach przez szukających ślepej zemsty lokalnych partyzanckich komendantów, a odgórnie zorganizowaną akcją eksterminacyjną (Wołyń)”.

Jak wiadomo, akcja pacyfikacyjna w Sahryniu i okolicach nie była jednostkową operacją, a dokumenty AK-owskiej proweniencji jasno wskazują, że nie była też samowolną inicjatywą lokalnych, mało znaczących dowódców ani działaniem motywowanym wyłącznie „ślepą zemstą”.

Narracja utrwalana przez kolejne uchwały wołyńskie oraz niektóre wypowiedzi historyków tworzą klimat, w którym nie ma miejsca ani na głos Ukraińców, ani na głos Polaków pamiętających o cywilnych ofiarach ukraińskich pacyfikacji, wśród których zdecydowanie przeważały kobiety i dzieci, zarówno na Lubelszczyźnie, jak i na Podkarpaciu. Nie ma miejsca na hołd i szacunek dla Ukraińców, którzy zginęli z rąk polskiej partyzantki: Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego oraz formacji komunistycznych, jak: Milicja Obywatelska, Wojska Ochrony Pogranicza, Ludowe Wojsko Polskie, Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Mam wrażenie, że w ostatnim miesiącu Polaków ogarnęło zbiorowe wzburzenie. Słychać tylko: Wołyń, UPA, banderyzacja Ukraińców, lekceważenie „polskiej wrażliwości” przez Ukraińców i że Polska uratowała Ukrainę. Mantra o „lekceważeniu polskiej wrażliwości” jest pojęciem pojemnym i można w nim zmieścić treści, które w danym momencie są pożądane politycznie czy społecznie (podobnie zresztą jak „banderyzacja”). O tym, że „polska wrażliwość” nie jest monolitem, a część Polaków – idąc za Jerzym Giedroyciem, Jackiem Kuroniem czy Janem Józefem Lipskim – utożsamia się z inną wrażliwością niż tą dominującą, mówi się niewiele.

Moja wrażliwość jako Polki, podobnie jak wielu moich rodaków, wyrasta właśnie z tego ducha i nie umie pogodzić się ani z wymazywaniem w Polsce pamięci o ukraińskich ofiarach, ani z hipokryzją polskich polityków. Z tego przekonania zrodziła się decyzja, by na fali tej polskiej histerii pojechać na Ziemię Hrubieszowską i okazać Ukraińcom szacunek, pochylić głowę, na tyle, na ile to dzisiaj możliwe, w miejscach, gdzie dotknęła ich tragedia i śmierć.

Nie pierwszy zresztą raz odwiedzaliśmy to miejsce w tym samym gronie – razem z Piotrem Tymą i Bartoszem Piechowiczem. Wielokrotnie uczestniczyliśmy w obchodach rocznicy zbrodni w Sahryniu, dwa lata temu w 80. w rocznicę odwiedziliśmy część miejscowości dotkniętych w tym samym czasie pacyfikacją polskiej partyzantki, jak Sahryń, Szychowice, Łasków, Turkowice. Naszym przewodnikiem w lipcowej podróży był zaprzyjaźniony historyk, Mariusz Sawa, znawca i regionu i konfliktu polsko-ukraińskiego oraz autor poruszającej książki Pociski jak paciorki różańca, poświęconej zbrodni w Sahryniu. Zarówno wtedy, jak i obecnie odwiedziliśmy również miejsca uświęcone krwią polskich mieszkańców tego regionu – ofiar zbrodni dokonanych przez oddziały SS, policję ukraińską czy oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej. Także miejsca takie jak Smoligów, gdzie polskie i ukraińskie ofiary wspólnie podzieliły tragiczny los i zostały pochowane razem.

Sahryń, Łasków, Szychowice i kilkanaście sąsiednich wiosek stanowią dzisiaj symbol ukraińskiej martyrologii na terytorium Polski w latach 1939–1947. W ciągu jednej nocy i dnia 10 marca 1944 roku oddziały AK i BCh dokonały tam pacyfikacji, niszcząc doszczętnie te miejscowości, oraz zbrodni, której ofiarami stało się co najmniej 1245 osób, w tym 500 kobiet i 287 dzieci.

Śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie zbrodni w Sahryniu (prowadzone przez Oddziałową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przy IPN w Lublinie) ciągnęło się wiele lat. W 2010 roku zostało umorzone. Prokurator uznał, że czyny te nie stanowiły zbrodni w rozumieniu prawa, a odpowiedzialność za śmierć cywilów spada na UPA, ponieważ nie ewakuowała ludności z obszaru walk. W 2013 roku, w wyniku odwołania się od decyzji wnioskodawców, śledztwo wznowiono, jednak do dzisiaj nic nie zrobiono w tej sprawie.

Biorąc pod uwagę, że w tym okresie ukazały się nowe publikacje polskich historyków, które przedstawiają zarówno kontekst, jak i przebieg pacyfikacji, i zawierają dokumenty wskazujące wprost na intencje dowódców (jako inicjatorów tej zbrodniczej akcji), fakt całkowitej inercji IPN-u jest skandalem. Chodzi przede wszystkim o publikacje (chronologicznie) dr. Mariusza Zajączkowskiego Ukraińskie podziemie na Lubelszczyźnie w okresie okupacji niemieckiej 1939–1944, prof. Igora Hałagidy i Myrosława Iwanyka Ukraińskie ofiary Chełmszczyzny i południowego Podlasia w latach 1939–1944 oraz dr. Mariusza Sawy Pociski jak paciorki różańca. Wcześniej, w 1998 r., ukazała się znakomita publikacja dotycząca tej tematyki autorstwa prof. Andrzeja Leona Sowy pt. Stosunki polsko-ukraińskie 1939–1947. Zarys problematyki.

Symbolicznie Sahryń i cały region, w którym leży, można uznać za swoistą soczewkę, w której skupia się asymetria w podejściu do polskich i ukraińskich ofiar. Z jednej strony Polska domaga się od Ukrainy, w imię europejskich wartości, uznania i upamiętnienia polskich ofiar. Z drugiej – sama od ponad 30 lat nie potrafi w pełni zmierzyć się z pamięcią o ukraińskich ofiarach, które zginęły na terytorium naszego kraju.

Nie ma tu miejsca na analizowanie wszystkich aspektów zbrodni sahryńskiej; robią to doskonale choćby historycy we wspomnianych wyżej publikacjach. Warto jednak wskazać kilka z nich, by lepiej zrozumieć tę asymetrię w podejściu do zbrodni dokonanych na Polakach i Ukraińcach. Po pierwsze, cel akcji i intencje dowódców AK i BCh. Z dokumentów wynika, że: „komendant Ster ([M. Gołębiewski, komendant hrubieszowskiego obwodu AK - przyp. aut.]. udzielił mi pełnej aprobaty. (…) Omówiliśmy plan akcji w szczegółach, wyznaczając datę wykonania na dzień 10 marca 1944 r.” Akcja w Sahryniu i okolicach została przeprowadzona po naradzie, podczas której ustalono jej cel, na rozkaz Stanisława Kwaśniewskiego ps. „Wiktor”. Oto dwa cytaty z jego notatek: „Cel był jasny. Podjęte posunięcia na szeroką skalę nazwałem carskim cięciem. Miały one doprowadzić, swoją gwałtownością i brutalnością, do stępienia żądła ukraińskiego. Nikt z będących na odprawie oficerów nie wnosił poprawek co do przedstawionego przeze mnie sposobu wykonania zadania. Tak pod względem technicznym, jako też formalnym”. I drugi cytat: „Oddział BCh ob. Rysia, w nocy z 9 na 10 marca 1944 roku, marszem niespostrzeżonym miał zająć podstawę do natarcia na wieś (…). O godzinie 4 (…) wykonać natarcie na wieś Szychowice. Zadanie: zniszczyć siły wroga, tak żywe, jako też materialne. Nie tylko siły wroga, lecz wszystko, co ukraińskie – śmierć, na tym polegała nasza brutalność”.

Jak napisał Mariusz Sawa we wspomnianej książce: „W ciągu kilkunastu godzin nie mniej niż 1,1 tysiąca żołnierzy zamordowało w kilkunastu wsiach ponad 1,2 tysiąca osób. (…) Najczęściej ludzie ginęli w płomieniach albo dusili się dymem w kryjówkach pod zabudowaniami. Czasem wzywano ich do opuszczenia schronów. Jeśli nie wychodzili, do środka wrzucano granaty. (…) Partyzanci, którzy wtargnęli do wsi, często pochodzili spoza tych okolic. We wskazywaniu miejscowych domów do spalenia pomagali im miejscowi chłopcy. Ich ojcowie, mimo że na co dzień nie walczyli, również chwycili za broń i wspomagali żołnierzy. Pod koniec akcja przybrała formę «polowania, wstrzeliwania się do celów żywych». Po niej nastąpiła wielogodzinna grabież”.

A jednak mimo badań historyków i potwierdzonych przez nich faktów śledztwo IPN-u jest martwe i nic nie wskazuje na to, że w obecnej sytuacji i wobec perypetii ze zmianą prezesa polityka tej instytucji uległa zmianie. Dodajmy dla przypomnienia, że jesienią 2023 roku Instytut umorzył śledztwo w sprawie akcji „Wisła”, uznając, że nie była zbrodnią komunistyczną ani zbrodnią przeciw ludzkości. Prokurator stwierdził, że wysiedlenia miały charakter prewencyjny. Ich celem była ochrona ludności przed UPA oraz zapewnienie bezpieczeństwa i porządku publicznego w kraju. Według prokuratora decyzja o przesiedleniach nie nosiła cech eksterminacji czy prześladowań grupy ludności, a jej celem nie było niszczenie narodu. I mimo że w następnym roku sąd nakazał ponowne wszczęcie śledztwa, zapadła cisza i nie tylko IPN, ale i polskie władze zdają się nie pamiętać o tym fakcie. Ani śledztwo IPN-u w sprawie zbrodni w Sahryniu, ani w sprawie akcji „Wisła” naszej „polskiej wrażliwości” nie przeszkadzają.

Podobna refleksja nasuwa się, gdy odwiedza się miejsca ukraińskiej pamięci (które powinny być również miejscami polskiej pamięci). Miejsce pamięci na cmentarzu prawosławnym w Sahryniu powstało w 2008 roku dzięki staraniom strony ukraińskiej. Upamiętnienie obejmuje tablicę z nazwiskami części ofiar oraz ustawione na grobach jednolite krzyże. W 2009 roku planowano oficjalne otwarcie tego miejsca z udziałem dwóch prezydentów, Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki, jednak do niego nie doszło. I od tego czasu żaden z polskich prezydentów nie pojawił się na cmentarzu w Sahryniu, podobnie jak żaden premier ani wysoki rangą przedstawiciel polskiego rządu. A kilka lat temu IPN „zarekomendował” liderom społeczności w tym regionie, by uroczystości rocznicowe miały wyłącznie charakter religijny. Nie ma sensu przypominać szczegółów skandalu wszczętego przez ówczesnego wojewodę lubelskiego, Przemysława Czarnka, kiedy w lipcu 2018 roku ówczesny prezydent Ukrainy Petro Poroszenko przyjechał do Sahrynia oddać cześć ofiarom zbrodni. Czarnek złożył pozew do sądu, oskarżając lidera społeczności ukraińskiej tego regionu, Grzegorza Kuprianowicza, o to, że podczas wystąpienia jakoby znieważył naród polski poprzez przypisanie zbrodni żołnierzom Armii Krajowej i zrównanie tych wydarzeń z rzezią wołyńską. Obecność Poroszenki określił mianem „gloryfikacji ideologii banderowskiej”. Nie poniósł za to żadnych konsekwencji, wręcz przeciwnie, został „nagrodzony”, najpierw wchodząc do Sejmu jako poseł, a później zostając ministrem w rządzie PiS-u.

Równie wstrząsające są inne miejsca pamięci związane z polskimi pacyfikacjami wsi wokół Sahrynia. Przywołuję tylko kilka przykładów.

W Łaskowie i Szychowicach część ofiar polskich pacyfikacji została pochowana niedługo po tych wydarzeniach na ukraińskich cmentarzach. Dziś miejsca ich pochówku pozostają nieoznaczone, zarosłe krzakami i drzewami. Inne ofiary, podobnie jak część pomordowanych w Sahryniu, pozostały pogrzebane tam, gdzie zginęły, w obejściach gospodarstw, na polach. Ekshumacji nigdy nie przeprowadzono, ofiary nie mają grobów. Na obu cmentarzach nie ma żadnej informacji o tym, że leżą tam ofiary pacyfikacji dokonanej przez Polaków.

Obok cmentarza w Łaskowie upamiętnienie ufundowała jedna z ocalałych mieszkanek tej wsi, która później przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii. Cmentarz ten (po oryginalnej wsi nie ma śladu, została tylko nazwa) jeszcze dwa lata temu znajdował się w stanie całkowitego zaniedbania: połamane krzyże i rozpadające się nagrobki zarosły lasem. Kilka miesięcy temu dzięki aktywistom z ukraińskiego Towarzystwa Nadsanie teren został uporządkowany na tyle, na ile to możliwe.

Inne cmentarze ukraińskie, które odwiedziliśmy, pozostałe po ukraińskich mieszkańcach hrubieszowskich wsi, w Czerniczynie, Masłomęczu, Modryniu, Małkowie, Werbkowicach, są w większości, poza cmentarzem w Werbkowicach (dzięki opiece rodziny Mariusza Sawy i jego przyjaciół), w stanie opłakanym. Nie ma tam żadnej informacji wskazującej na to, że znajdują się tam cmentarze. Ich obecność można często rozpoznać jedynie po kępie drzew wyrastającej pośród pól.

Nigdzie nie widziałam informacji o tym, kto zamieszkiwał ten region do 1944 roku, o deportacjach ukraińskich mieszkańców ani tym bardziej o liczbie ukraińskich ofiar zamordowanych przez polskich partyzantów (oprócz informacji na sahryńskim cmentarzu). Jest to zarazem region szczególnie honorujący tych, którzy okazali się katami ukraińskich kobiet i dzieci: przede wszystkim Stanisława Basaja „Rysia”. W Małkowie, gdzie Basaj mieszkał przed wojną, do 2013 roku funkcjonowała szkoła podstawowa nosząca jego imię. Dzisiaj w budynku tym mieści się przychodnia, widnieje na nim tablica ku czci Basaja oraz partyzantów z Batalionów Chłopskich.

W Hrubieszowie znajduje się ulica Stanisława Basaja „Rysia”, jego imię nosi również jedno z miejskich osiedli mieszkaniowych oraz wielkoformatowy mural patriotyczny. W Miejskiej Bibliotece Publicznej organizowane są oficjalne wykłady historyczne i prelekcje (np. Stanisław Basaj „Ryś” – fakty i legendy) pod patronatem Towarzystwa Regionalnego Hrubieszowskiego. Co roku w listopadzie (w rocznicę urodzin) i marcu (w rocznicę śmierci) w Kryłowie, gdzie zginął Basaj, odbywają się uroczystości patriotyczno-religijne z udziałem przedstawicieli IPN-u i władz lokalnych. Organizuje je m.in. Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej Okręg Zamość oraz Starostwo Powiatowe w Hrubieszowie, z udziałem pocztów sztandarowych i harcerzy.

Inny dowódca, tym razem Armii Krajowej, Zenon Jachymek, odpowiadający za zbrodnie w Sahryniu, jest patronem ulicy w Tomaszowie Lubelskim. W 2012 roku powstał film pt. Wyrok śmierci w reżyserii Ewy Szakalickiej. Upamiętnia on sylwetkę Jachymka jako żołnierza niezłomnego ZWZ i AK oraz obrońcy polskiej ludności Zamojszczyzny. W 1993 roku Sąd Wojewódzki w Lublinie zrehabilitował Jachymka, przywracając mu dobre imię oraz nadając pośmiertnie stopień majora.

Przykłady upamiętniania postaci obu tych partyzantów przytaczam, ponieważ w Polsce oddaje się im cześć jako bohaterom walczącym o wolną Polskę i broniącym polskiej ludności, nie biorąc w ogóle pod uwagę tego, że byli odpowiedzialni za zbrodnie na ukraińskiej ludności cywilnej oraz że szczególnie Basaj wsławił się wyjątkowym okrucieństwem. Nie przeszkadza to nam w domaganiu się potępienia Ukraińskiej Powstańczej Armii jako „zbrodniczej organizacji”, choć większość jej żołnierzy nie miała nic wspólnego z czystką etniczną na Wołyniu.

Lokalnym władzom ta całkowita asymetria jednak nie wystarcza, prowadzą akcję upamiętnień o jeszcze szerszej skali, ale dotyczącą tylko Polaków zamordowanych przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów oraz Ukraińców w służbie niemieckiej w 1943 i 1944 roku, np. w Terebińcu (młyn i folwark).

O jednym z przypadków opowiedział nam Mariusz Sawa. Wnioskodawcą była radna gminy Werbkowice. Wśród ofiar znaleźli się Ukraińcy, których Sawa proponował również upamiętnić (zwrócono się do niego o opinię). Nieoficjalnie dowiedział się jednak, że zaproponowany przeze niego napis (Sawa był wówczas pracownikiem IPN-u, później zwolniony za prowadzenie prac nad zbrodnią w Sahryniu) nie jest do końca zgodny z intencją wnioskodawcy. Postawienie podobnych tablic jest planowane w innych miejscowościach tego regionu.

Skupiam się tutaj na asymetrii pamięci w odniesieniu do powiatu hrubieszowskiego, ale podobny problem dotyczy też miejscowości zamieszkałych w latach 1944–1947 przez Ukraińców na Podkarpaciu. Tam także dokonano wielu zbrodni na ukraińskiej ludności cywilnej, przez oddziały NSZ czy komunistycznych formacji.

Jednym z symboli martyrologii Ukraińców na tym obszarze jest wieś Terka, gdzie w lipcu 1946 roku żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza zamordowali, paląc żywcem w stodole, około 30 ukraińskich mieszkańców. Na tamtejszym cmentarzu znajduje się zbiorowa mogiła z pomnikiem, postawiona w latach 80. przez rodziny ofiar. Od wielu lat trwają starania, by przeprowadzono ekshumację i pochówek ich szczątków, które pozostały w miejscu jej popełnienia. Niewypowiedzianym publicznie argumentem przeciw zdaje się obawa strony polskiej o to, że realizacja postulatów rodzin ofiar będzie marginalizować polskie ofiary lub stawiać wyłącznie Polaków jako agresorów, pomijając wcześniejszy terror i działania struktur ukraińskich nacjonalistów. W tym też celu od lat utrwala się przekaz, że zbrodnia dokonana przez żołnierzy WOP-u była bezpośrednią reakcją na porwanie i zamordowanie przez bojówkę Służby Bezpieczeństw OUN trojga mieszkańców wsi. W rzeczywistości taki sposób przedstawiania wydarzeń może być próbą uniknięcia upamiętnienia, które ujawniałoby trudny aspekt historii – odpowiedzialność polskich, w tym państwowych, formacji zbrojnych za przemoc wobec ukraińskiej ludności.

Sądzę, że w dużej mierze właśnie taka motywacja, niewerbalizowana, leży u podstaw polskiej polityki. W Polsce mamy do czynienia z wybiórczą pamięcią, manipulacjami historią, usprawiedliwianiem zbrodni dokonanych na Ukraińcach. Z tego rodzi się też niechęć do upamiętniania ukraińskich ofiar, często uzasadniana powtarzanym argumentem, że „przecież były to ofiary akcji odwetowych”. To sformułowanie zostało uprawomocnione przez część polskich historyków – w publikacjach i wystąpieniach publicznych posługują się nim przy opisie wydarzeń, w których ofiarami byli ukraińscy cywile. Mowa tu o określeniach takich jak „ofiary akcji odwetowych” czy – gorzej – „ofiary prewencyjnych akcji odwetowych”. Zastosowanie tego typu określeń, często nieodpowiadających zresztą faktom, jak np. w przypadku Sahrynia, ma uśpić polskie sumienie i sprzyja traktowaniu ukraińskich ofiar jako „gorszy sort”.

Po ponad 80 latach, które minęły od popełnionych zbrodni, nadszedł czas na refleksję. Dla niewinnych ofiar, które po obu stronach konfliktu były w okrutny sposób mordowane, nie miało żadnego znaczenia, jakimi kategoriami dziś opisują te wydarzenia historycy. I tym bardziej nie powinno mieć to znaczenia dla nas, dla polityków i dla całego społeczeństwa. Próbą takiego podejścia opartego na innej filozofii patrzenia na przeszłość jest projekt realizowany pod kierownictwem prof. Igora Hałagidy Ofiary konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939–1947 przy Katolickim Uniwersytecie Ukraińskim. W jednym z ostatnich wywiadów profesor przypomniał ideę tego projektu: „Skoro w dającej się przewidzieć perspektywie nie widzę szans na osiągnięcie porozumienia historycznego, co niestety w tej chwili chyba się materializuje – należy skupić się na kwestiach, które nie powinny budzić żadnych wątpliwości. Przede wszystkim na ofiarach, bo to one są najważniejsze, po jednej i po drugiej stronie. To nie jest projekt liczenia ofiar, choć bardzo często jest tak przedstawiany albo tak odbierany – jakoby miał na celu zweryfikowanie, zwiększenie czy zmniejszenie liczby ofiar po jednej lub drugiej stronie. (…) A więc po pierwsze: wszystkie ofiary są nasze – bo projekt nie dotyczy wyłącznie ofiar ukraińskich, ale też polskich. Po drugie – żadna ofiara nie powinna zostać zapomniana, każda powinna zostać wymieniona z imienia i nazwiska”.

Im więcej czasu mija od konfliktu polsko-ukraińskiego, tym bardziej polskie społeczeństwo i politycy oddalają się od uznania, że wszystkie ofiary zasługują na nasz szacunek i pamięć. Tymczasem przyszłość powinniśmy budować poprzez pojednanie ponad grobami – zarówno polskimi, jak i ukraińskimi. Te miejsca nie powinny być źródłem podziałów, lecz mostem porozumienia, szczególnie dziś, gdy tysiące Ukraińców giną w trwającej od 2022 roku pełnoskalowej agresji Rosji przeciwko Ukrainie. Jeśli jednak, jak zapowiedział Donald Tusk, w Warszawie powstanie mur z nazwiskami polskich ofiar Wołynia i Galicji Wschodniej, może stać się nie symbolem pojednania, lecz kolejnym murem dzielącym Polaków i Ukraińców. Szkoda, że premier nie zaproponował, aby – jeśli już ma powstać taki mur – był miejscem pamięci o wspólnych ofiarach obu narodów jako symbol budowania wspólnej przyszłości.

Kilka lat po zakończeniu krwawego konfliktu polsko-ukraińskiego, w 1952 roku Józef Łobodowski na stronach paryskiej „Kultury” miał odwagę i mądrość napisać: „teren, na którym odbywają się nieliczne spotkania polsko-ukraińskie, jest tak najeżony kolczastymi zasiekami, przekopany wilczymi dołami, zaśmiecony wzajemnymi uprzedzeniami i podejrzeniami (…), że trzeba teren ten choćby częściowo oczyścić i zdrenować, bo inaczej zagubimy się w nim bez ratunku. (…) Jakież jest wyjście z krwawego kręgu tej nienawiści? (…) Spierać się do końca o to, kto pierwszy zaczął, kto bardziej zawinił, kto przelał więcej krwi? Czy może właśnie pokusić się o inne pierwszeństwo, o pierwszeństwo wyciągniętej dłoni?”. Dzisiaj Polska zdaje się odchodzić od tej myśli. I mimo że Senat RP bieżący rok uznał Rokiem Jerzego Giedroycia, jego doktryna ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) traktowana jest wręcz jako relikt minionej epoki.

***


Dla mnie osobiście miejsca, w których ponad 80 lat temu pacyfikowano i niszczono wsie oraz dokonywano zbrodni na ludności cywilnej, są przesycone atmosferą melancholii i smutku. Jakby tragedia pozostawiła w przyrodzie, powietrzu, coś irracjonalnego, nienazwanego. Szczególnie silnie odczuwa się to na opuszczonych, zniszczonych cmentarzach, ukraińskich na Hrubieszowszczyźnie, polskich – na Wołyniu.
Iza Chruślińska – polska publicystka, od trzech dekad aktywnie zaangażowana w dialog polsko-ukraiński, autorka kilku książek poświęconych tematyce relacji polsko-ukraińskich w jęz. polskim i jęz. ukraińskim.

W Małkowie przy cmentarzu do 1938 roku stała cerkiew, pozostało po niej tylko zarosłe cerkwisko. Świątynia została zniszczona podczas akcji rewindykacyjnej prowadzonej przez władze II RP. Wyrwano i zniszczono również tablicę informacyjną. Miejsce to robi niesamowite wrażenie – wydaje się, że gdyby wsłuchać się wystarczająco uważnie, można byłoby jeszcze usłyszeć echo cerkiewnych śpiewów.