Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Ukraina / 13.08.2026
Aleksander Palikot

Ukraińcy tracą miejsce na własnej ziemi. Rosja przebudowuje okupowane terytoria

Rosja nie tylko okupuje ukraińskie terytoria, lecz także systematycznie zmienia ich strukturę społeczną i demograficzną. Represje, paszportyzacja, rusyfikacja edukacji i przejmowanie mienia sprawiają, że wielu Ukraińców nie widzi innego wyjścia niż opuszczenie własnych domów.
Foto tytułowe
Aleksander Palikot



Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!



Oksana wyłoniła się spośród metalowych baraków. Wyglądała na wyczerpaną, nerwowo rozglądała się dookoła. Kilka dni wcześniej opuściła obwód chersoński, zabierając ze sobą tylko kilka toreb. Powód, dla którego wyjechała, był prosty.
Pobierz magazyn ZA DARMO
Magazyn Nowa Europa Wschodnia Online
jest bezpłatny.

Zachęcamy do wsparcia nas na Patronite


– Zabijają ludzi. Musiałam wyjechać – powiedziała.

Oksana była jedną z około dwudziestu osób, które tego dnia przekroczyły granicę na przejściu Domanowe – Mokrany między Białorusią a Ukrainą. To jedna z niewielu dróg, którymi można wydostać się z okupacji. Od 2022 roku granicę przekraczają tutaj ukraińscy obywatele, uciekający z terytoriów znajdujących się pod rosyjską kontrolą. Aby tu dotrzeć, pokonują setki kilometrów i przechodzą przez kilka etapów filtracji.

W piątym roku wojny na pełną skalę Rosja zdobywa niewielkie skrawki ukraińskiego terytorium, jednak intensywnie przekształca to, co zagarnęła. To dlatego zaledwie sto kilometrów od polskiej granicy trwa masowe przymusowe przesiedlenie ludności.

Pięćdziesięcioletnia Oksana mieszkała w miejscowości nad Dnieprem – którego południowy odcinek jest dziś linią frontu – gdzie ataki dronów i ostrzał artyleryjski to codzienność. Inny uciekinier z obwodu chersońskiego, Wiktor, wyjechał z żoną Nadieżdą po tym, jak ciało jego znajomego leżało na ulicy przez trzy dni.

Bezpośrednie działania wojenne nie są jednak głównym powodem, dla którego Ukraińcy porzucają domy i dotychczasowe życie. Uchodźcy na wołyńskim przejściu granicznym mówią, że rosyjska okupacja to ciągły strach, represje i przemoc.

Metody zmieniają się z czasem, ale efekt polityki Kremla pozostaje ten sam:
Ukraińcy są systematycznie wypychani z okupowanych terytoriów.


Dwukrotnie wysiedlona


Dla Oleny ta historia zaczęła się już w 2014 roku. Gdy wspierani przez Rosję separatyści przejmowali kontrolę nad Donieckiem, a walki dotarły w okolice jej domu, musiała uciekać.

– To wtedy po raz pierwszy usłyszałam odgłos artylerii – wspomina.

Nie chciała żyć w samozwańczej Donieckiej Republice Ludowej, więc razem z mężem Serhijem przeniosła się do Mariupola, portowego miasta, które zostało pod kontrolą Ukrainy. Tam zaczęli budować życie od nowa. W lutym 2022 roku wszystko znowu legło w gruzach.

Kiedy Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję, Olena i Serhij postanowili zostać – liczyli, że walki szybko się skończą. Tydzień później Mariupol był już oblężony. Zabrakło prądu, wody, gazu, łączności. Sygnał radiowy zagłuszano. Bankomaty były puste. Ze sklepów błyskawicznie znikała żywność. Olena czuła, że nadchodzi „coś strasznego”, ale ucieczka w środku walk wydawała się zbyt niebezpieczna.

– Do ludzi, którzy próbowali wyjechać swoimi samochodami albo w kolumnach, po prostu strzelano – wspomina.

Olena i Serhij przenieśli się z własnego mieszkania do piwnicy w domu teściowej, Haliny. Spędzili pod ziemią ponad miesiąc. Każdy dzień zaczynał się i kończył hukiem artylerii, rakiet, bomb lotniczych.

– W końcu dni zlały się w jeden, niekończący się koszmar – mówi Olena.

Wychodziła tylko po wodę, bo bała się, że odwodnienie odbierze jej zdolność logicznego myślenia i działania. Próbowała też zbierać jakiekolwiek informacje o tym, co dzieje się na zewnątrz.

Ich budynek kilkakrotnie trafiono, ale sama piwnica przetrwała. Fale uderzeniowe przewracały meble, wybijały okna. Rodzina cudem przeżyła uderzenie rakiety Grad – w ostatniej chwili rzucili się do sąsiedniego pomieszczenia. Olena miała coraz więcej stłuczeń i ran. Ból głowy nie ustępował.

W połowie marca przestano zabierać z ulic ciała zabitych. Kiedy ludzie ginęli podczas ostrzału, zostawali tam, gdzie upadli. Wielu umierało, próbując zdobyć jedzenie albo gotując na ognisku.

– Ludzie z pourywanymi kończynami nie mieli czym uśmierzyć bólu – wspomina Olena.

Pod koniec marca rodzina uznała, że pozostanie w mieście nie jest już bezpieczniejsze od ucieczki.

Olena wiedziała, że rosyjskie wojska zbliżają się do Azowstalu. Była przekonana, że zostało im niewiele czasu, zanim żołnierze zaczną przeszukiwać piwnice i domy. W telefonach wszyscy mieli świadczące o proukraińskich poglądach wiadomości, których nie dało się usunąć, bo baterie dawno padły, a prądu nie było.

1 kwietnia Olena, Serhij i Halina wyszli z piwnicy pieszo, zostawiając za sobą chorą babcię Serhija. Starsza kobieta nie dałaby rady pokonać długiej drogi przez zrujnowane miasto. Olena wspomina marsz przez ulice usiane ciałami i nieustający odgłos wystrzałów.

W końcu dotarli w okolice szpitala, gdzie dowiedzieli się o autobusie wywożącym ludzi z Mariupola. Wsiedli i ruszyli w pełną napięcia podróż. Rosyjscy żołnierze oznajmili im, że mogą jechać tylko do Rosji albo do Doniecka. Udało im się jednak znaleźć miejscowego kierowcę, który za wszystkie pieniądze, jakie im zostały, zgodził się zawieźć ich do Berdiańska.

Gdy po kilku rosyjskich posterunkach dotarli do okupowanego Berdiańska, poczuli ulgę. Mogli w końcu połączyć się z internetem i pierwszy raz od tygodni umyć się.

Kilka dni później rodzina wyjechała z Berdiańska z konwojem ewakuacyjnym Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża do Zaporoża. Tam, jak mówi Olena, „w końcu mogliśmy odetchnąć”.

Później przenieśli się do Brzeżan w obwodzie tarnopolskim, gdzie Serhij miał krewnych. Mieszkają tam do dziś.

W maju 2022 roku Olena znalazła kogoś, kto podobną trasą przewiózł samochodem babcię Serhija do Berdiańska. Dziś starsza kobieta mieszka w Polsce.

O sobie Olena mówi spokojnie: „Jestem osobą dwukrotnie przesiedloną wewnętrznie”.


Rosnąca presja


Iryna nie uciekła z okupacji, bo groziło jej bezpośrednie niebezpieczeństwo, ostrzały czy głód. Wyjechała, bo okupacja odebrała jej rodzinie przyszłość.

– Zaczęła się wojna – usłyszała 24 lutego 2022 roku przez telefon od starszego syna, Maksyma. Studiował wtedy w pobliskiej Kachowce. Gdy rosyjskie czołgi sunęły przez stepowe drogi obwodu chersońskiego, szybko wrócił do rodzinnego domu w Werchnim Rohaczyku.

Rosjanie zajęli siedzibę lokalnych władz i posterunek policji jeszcze tego samego dnia. Inaczej niż w przypadku Mariupola, znaczna część południowej Ukrainy znalazła się pod okupacją w ciągu zaledwie kilku dni. Na skrzyżowaniach i posterunkach pojawili się rosyjscy żołnierze – sprawdzali dokumenty, konfiskowali samochody i motocykle, przesłuchiwali każdego, kto wydał im się podejrzany.

Rodzina Iryny starała się nie mieć z nimi żadnego kontaktu. Siedzieli w domu na obrzeżach wsi.

– Nie wychodziłam nawet do ogrodu. Bałam się wyjść z domu nawet do toalety – wspomina Iryna.

Liczyli, że ta nowa rzeczywistość szybko się skończy. Ale podczas gdy w innych częściach kraju toczyły się zacięte walki, władze okupacyjne systematycznie budowały aparat przymusu. Mieszkańców coraz mocniej naciskano, żeby przyjęli rosyjskie paszporty i szantażowano utratą własności.

19 grudnia 2022 roku do domu Iryny weszło czterech uzbrojonych rosyjskich żołnierzy. Wiedzieli, że ma klucze do pustego domu sąsiadów.

– Przyszli z karabinami, kazali nam otworzyć dom i odkręcić gaz – opowiada.

Żołnierze zajęli sąsiedni budynek. Iryna, w obawie, że zauważą w rodzinie młodego mężczyznę, wysłała Maksyma do babci – bała się, że syn zostanie siłą wcielony do rosyjskiej armii.

Z czasem jednak największym zmartwieniem stał się młodszy syn, Andrij. Po wybuchu wojny lokalne szkoły zamknięto, ale w 2023 roku władze okupacyjne szykowały się do ich ponownego otwarcia – już według rosyjskiego programu. Iryna nie chciała, żeby Andrij przed lekcjami śpiewał rosyjski hymn i siedział w klasie pod rosyjską flagą.

Wkrótce dostała telefon z żądaniem, żeby zapisać syna do szkoły.

– Powiedzieli, że jeśli nie złożymy dokumentów, stracimy prawa rodzicielskie, a dzieci trafią do domu dziecka albo zostaną wywiezione do Rosji – wspomina.

W lipcu 2023 roku Iryna złożyła dokumenty, mając nadzieję, że wreszcie zostawią ich w spokoju. Szkoła zażądała jednak by chłopiec stawił się na miejscu.

Zdecydowali się wyjechać, bo – jak mówi – „presja rosła i rosła”. Zanim zaczął się rok szkolny, zanim okupanci zaczęli sprawdzać obecność uczniów, Iryna zdążyła przyszykować ucieczkę.

– Nikomu nie powiedzieliśmy, że wyjeżdżamy. Robiliśmy wszystko w tajemnicy – wspomina.

22 lipca 2023 roku wyjechała z terenów okupowanych razem z synami oraz kilkorgiem krewnych. Skorzystali z usług płatnego przewoźnika, który wiózł ludzi przez Krym. Czterodniowa podróż – przez okupowaną Ukrainę, Rosję i Białoruś – wiodła przez blisko tuzin punktów kontrolnych, zanim dotarli do przejścia granicznego Domanowe – Mokrany. Rosjanie zatrzymywali ich wielokrotnie, sprawdzali dokumenty, przeszukiwali telefony. Szczególnie dokładnie prześwietlili telefon Maksyma. Ale udało im się wyjechać.

Rodzina osiedliła się w Zaporożu. Matka Iryny została w okupowanym Werchnim Rohaczyku. Od niej Iryna wie, że rosyjskich żołnierzy jest tam teraz znacznie więcej niż miejscowych mieszkańców, że w opuszczonych domach mieszkają rodziny rosyjskich wojskowych, że nieruchomości i ziemię przerejestrowuje się na nowo według rosyjskiego prawa, a tych, którzy nie chcą przyjąć rosyjskich dokumentów, zmuszono do wyjazdu.

– Przyszli jak szarańcza i wszystko zniszczyli – mówi.


Z gwiazdą w paszporcie


Dmytro próbował wytrzymać pod okupacją w rodzinnym Wesełe w obwodzie zaporoskim przez ponad dwa lata.

Front był daleko, ale nowy porządek stopniowo zmieniał każdy zakątek miejscowości. Na początku rosyjscy żołnierze sprawdzali dokumenty, przeglądali telefony, szukali patriotycznych tatuaży, robili rewizje w domach. Niektórych mieszkańców zatrzymywano i przesłuchiwano.

– Kiedy widzisz człowieka z karabinem, który najechał twój kraj, nigdy nie wiesz, co siedzi mu w głowie – wspomina dziś dwudziestotrzyletni Dmytro. – Człowiek żył w ciągłym napięciu, zastanawiał się, czy za chwilę mu czegoś nie zrobią.

Z czasem pętla zaciskała się coraz mocniej. Ukraińską telewizję zastąpiły rosyjskie kanały. Szkoły i lokalna administracja przeszły pod kontrolę okupantów. Konfiskowano mienie. Część sąsiadów zaczęła współpracować z nową władzą.

We wrześniu 2022 roku Rosja ogłosiła referendum w sprawie aneksji obwodu zaporoskiego. Przedstawiciele władz okupacyjnych chodzili od domu do domu, w asyście uzbrojonych żołnierzy, z przenośnymi urnami. Dmytro odmówił udziału w głosowaniu.

W kolejnych miesiącach strach zaczął jednak brać górę. Bojąc się represji, poszedł na lokalne wybory organizowane przez okupantów, a w marcu 2024 roku zagłosował też w wyborach prezydenckich, które wygrał Władimir Putin. Wyrobił sobie również rosyjski paszport. Jak mówi, to nie był wybór – było to konieczne dla codziennego życia.

– Słyszałem, że ludzi, którzy nie głosowali albo otwarcie popierali Ukrainę, wywożono w okolice Dmytriwki, skąd pieszo przechodzili na stronę kontrolowaną przez Ukrainę, bez żadnego dobytku – opowiada.

Przed wojną Dmytro mieszkał z młodszą siostrą Sofiją i ciotką Tetianą, która ich wychowała. Sofija wyjechała z okupacji już w 2022 roku i osiadła w Polsce. Dmytro został, żeby opiekować się ciotką. Kontynuował też studia online na uniwersytecie w pobliskim Melitopolu.

Żeby jakoś poradzić sobie ze stresem, chodził na miejscową siłownię. Tam usłyszał, że Rosjanie coraz bardziej interesują się młodymi mężczyznami we wsi. Powoli docierało do niego, że jeśli zostanie, prędzej czy później trafi do rosyjskiej armii. Podczas jednego z treningów kolega, który współpracował z okupantami, namawiał go, żeby zapisał się na rosyjski uniwersytet. Dmytro odpowiedział, że nie jest zainteresowany – po ukraińsku.

– Wasia, Ukrainy już nie będzie. To koniec – usłyszał w odpowiedzi.

Wtedy zdecydował się wyjechać.

Mówi, że chciał to zrobić dużo wcześniej, ale brakowało mu pieniędzy. Dopiero gdy odłożył wystarczająco ze stypendium i dostał pomoc od krewnych, zorganizował transport i na początku lipca 2024 roku opuścił okupowane terytorium.

Na pierwszym rosyjskim posterunku – między okupowanym obwodem ługańskim a rosyjskim obwodem biełgorodzkim – strażnicy graniczni zatrzymali go na jakieś pięć godzin. Zabrali mu telefon i dokładnie przejrzeli jego zawartość. I znaleźli wiadomości o proukraińskiej wymowie.

– Zaczęli mówić, że jadę zabijać naszych ludzi – wspomina.

Jeden z pograniczników uderzył go w twarz. Kazali mu robić pompki i recytować rymowankę o tym, jakoby był narkomanem.

Po zwolnieniu zobaczył, że funkcjonariusze celowo zniszczyli mu ukraiński paszport – długopisem przebili oczy i uszy na zdjęciu, a na innej fotografii w dokumencie wycięli pięcioramienną gwiazdę.

Na kolejnym posterunku, między obwodem biełgorodzkim a ukraińskim obwodem sumskim, czekały go następne upokorzenia. Gdy resztę podróżnych już odprawiono, jego jednego wywołano na bok. Pogranicznicy znów mu zarzucili, że chce zabijać Rosjan. Bili go pałką po kolanach, grozili przemocą seksualną.

– Powiedzieli: „Siadaj na pałkę, to cię przepuścimy” – wspomina.

Udawał, że zamierza to zrobić, byle tylko uniknąć dalszej przemocy.

Następnego dnia funkcjonariusze zażądali, żeby nagrał film, w którym powie, że nie popiera Ukrainy, tylko Rosję i Władimira Putina. Bał się, że inaczej go nie przepuszczą, więc się zgodził.

– Pomyślałem, że jeśli dzięki temu szybciej mnie przepuszczą, to to nagram – mówi.

Dopiero wtedy pozwolili mu przekroczyć granicę z Ukrainą. Stało się to 4 lipca 2024 roku.

Dmytro wraca do jednej rzeczy: nigdy nie chciał opuszczać swojego domu.

– Jestem obywatelem Ukrainy. Chciałem żyć w Ukrainie. To jest mój kraj.


Wymiana ludności


Historie Iryny, Oleny i Dmytra wpisują się w szerszy wzorzec, który został opisany w raporcie No Choice But to Leave przygotowanym przez The Reckoning Project – międzynarodową inicjatywę łączącą dziennikarzy, prawników i badaczy, dokumentującą zbrodnie wojenne i wspierającą rozliczanie ich sprawców. Autorzy raportu, opierając się na relacjach osób, które uciekły z okupowanych terenów, dochodzą do wniosku, że Rosja wypycha Ukraińców z zajętych terytoriów nie tylko przez bezpośrednie deportacje, ale też tworząc warunki, w których pozostanie jest po prostu niemożliwe. Tortury, arbitralne zatrzymania, zastraszanie, wymuszone zaginięcia, paszportyzacja i stopniowe niszczenie normalnego życia – wszystko to sprawia, że cywile nie mają realnego wyboru i wyjeżdżają.

Zdaniem autorów raportu takie działania mogą zostać uznane za przymusowe przesiedlenie w rozumieniu międzynarodowego prawa humanitarnego. Żeby doszło do tego przestępstwa, żołnierze nie muszą fizycznie zmuszać ludzi do przekroczenia granicy – wystarczy systematyczna presja, która odbiera cywilom realną możliwość pozostania.

Zjawisko to ma masową skalę. Rosja kontroluje obecnie około 19,3 proc. terytorium Ukrainy, czyli blisko 116,7 tys. km². Według szacunków na okupowanych terenach mieszka około pięciu milionów ludzi.

Choć linia frontu od dłuższego czasu jest w miarę stabilna, zagrożenie dla mieszkańców okupowanych terenów nie maleje – zmienia się tylko jego charakter. Jak mówi Jewhenija Wirłycz, redaktorka naczelna chersońskiego portalu Kavun.City, rosyjskie wojska zaminowały drogi wokół przyfrontowych miejscowości, takich jak Ołeszki czy Hoła Prystań, a nieustanny ostrzał sprawia, że codzienne życie robi się coraz bardziej niebezpieczne.

– Ludzie szukają sposobów, żeby wyjechać. Mają bardzo ograniczone informacje o tym, jak i dokąd mogą się wydostać, ale nie przestają szukać, bo pozostanie na miejscu stało się zbyt niebezpieczne – mówi.

Jak dodaje, samą okupację coraz trudniej pogodzić z normalnym życiem. Rewizje w domach, prześladowanie za ukraińską tożsamość, presja na przyjmowanie rosyjskich paszportów i likwidacja ukraińskiego systemu edukacji stopniowo odbierają ludziom nieakceptującym nowego reżimu możliwość pozostania.

– Jeśli Rosjanie znajdą ukraińskie symbole albo usłyszą, że ktoś mówi po ukraińsku, taka osoba może zostać zatrzymana – mówi.

Wypychanie ludności to jednak tylko część szerszej strategii. Jak zauważa Andrij Dichtiarenko, redaktor naczelny wywodzącego się z Ługańska niezależnego ukraińskiego portalu Realna Hazeta, Rosja prowadzi „nie tyle politykę wypędzania ludzi, ale również mieszania populacji”. Ukraińców namawia się – albo zmusza – do wyjazdu, a jednocześnie Rosjanom oferuje się zachęty do osiedlania się na okupowanych terenach.

Śledztwo Realnej Hazety, zatytułowane Ethnic Replacement as a Tool of Russian Neocolonisation, opisuje, jak rosyjscy urzędnicy, nauczyciele, lekarze i inni pracownicy sektora publicznego są rekrutowani w ramach rosyjskich programów federalnych do pracy na okupowanych terenach Ukrainy. Mieszkania i domy odebrane lokalnym mieszkańcom trafiają potem do przedstawicieli administracji okupacyjnej, rosyjskich żołnierzy i osób przesiedlanych w ramach tych programów. Równocześnie lokalne instytucje przebudowuje się według rosyjskiego prawa i rosyjskich zasad administracyjnych.

– Najważniejsze stanowiska są w praktyce zarezerwowane dla Rosjan, a miejscowych zostawia się często tylko po to, żeby legitymizowali nowe władze – mówi Dichtiarenko.

Jego zdaniem te mechanizmy przypominają klasyczny model kolonialny.

– Administracja przyjeżdża z metropolii, a państwowe programy zachęcają jej mieszkańców, żeby osiedlali się w kolonii.
Aleksander Palikot jest reporterem i korespondentem mieszkającym w Kijowie.

Tekst powstał we współpracy z The Reckoning Project – globalnym zespołem dziennikarzy i prawników dokumentujących zbrodnie wojenne, nagłaśniających je i wspierających postępowania przeciwko ich sprawcom.

Celem nie jest tylko kontrola nad terytorium, ale jego polityczne, demograficzne i instytucjonalne przekształcenie – zbudowanie społeczeństwa, w którym – jak mówi Dichtiarenko – „o prawach i przywilejach decyduje lojalność wobec ośrodka władzy w Moskwie”.

W ten sposób Rosja powtórnie podbija przejęte siłą terytorium. Dla Ukraińców – takich jak Iryna, Olena czy Dmytro – nie ma na nim miejsca.

Niektóre imiona zostały zmienione, aby chronić tożsamość osób, których bliscy lub majątek nadal znajdują się na terytoriach okupowanych przez Rosję.