Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Międzymorze / 18.08.2026
Iga Nowicz
Jesteśmy turystami w cudzej pamięci. Artur Weigandt opowiada, dlaczego odrzucił pacyfizm
Artur Weigandt dorastał między postsowiecką przeszłością swojej rodziny a niemiecką teraźniejszością, ale rosyjska inwazja na Ukrainę zmusiła go do ponownego przemyślenia własnej tożsamości i pacyfizmu. W rozmowie z Igą Nowicz opowiada o niemieckiej kulturze pamięci, doświadczeniu postsowieckiej diaspory i o tym, dlaczego europejskich wartości trzeba czasem aktywnie bronić.
Pomnik Żołnierzy Radzieckich w berlińskim Tiergarten. (Shutterstock)
Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!
Artur Weigandt urodził się w 1994 roku w miejscowości Uspienka w Kazachstanie. Jako dziecko wyemigrował z rodzicami do Niemiec, gdzie później pracował jako dziennikarz. W 2023 roku ukazała się jego autobiograficzna książka Zdrajcy (Die Verräter), w której opisuje historię swojej rodziny i jak postsowiecka diaspora w Niemczech zareagowała na atak Rosji na Ukrainę. W 2025 roku wydał polemikę Za was poszedłbym na wojnę. Mój rozbrat z pacyfizmem (Für euch würde ich kämpfen: Mein Bruch mit dem Pazifismus). Jest to zapis tego, jak konfrontacja z wojenną rzeczywistością zmusiła go do zweryfikowania wcześniejszych pacyfistycznych przekonań.
Ojciec Artura należy do Niemców nadwołżańskich (Russlanddeutsche), czyli grupy, która na zaproszenie carycy Katarzyny II Wielkiej osiedliła się na Powołżu w Rosji. Po ataku Niemiec na Związek Radziecki w 1941 roku Stalin uznał wszystkich potomków Niemców za potencjalnych zdrajców i zesłał ich na Syberię lub do Kazachstanu. W latach 90. na podstawie Kriegsfolgeschicksal, czyli losu naznaczonego przez II wojnę światową, mieli możliwość wyemigrowania do Niemiec, z czego skorzystała rodzina Weigandtów.
„24 lutego 2022 roku to cezura”, piszesz w Zdrajcach, które zaczynają się od opisu nietypowej sceny. Podróżujesz do Kijowa, by przekazać dokumenty przyjacielowi, który chce się uchylić od służby wojskowej. Opisujesz atmosferę napięcia i podejrzliwości, a także arogancję i wrogość ukraińskich urzędników. Jest to zupełnie inna perspektywa niż ta, którą znamy na przykład z tekstów Wiktorii Ameliny – pisarka ta przedstawia mobilizację i gotowość do walki ukraińskiego społeczeństwa. Ty piszesz o próbie ucieczki.
Chciałem zwrócić uwagę na kilka sprzeczności. Na Zachodzie wydaje nam się, że dokładnie wiemy, jak byśmy zachowali się w sytuacji zagrożenia. Jednak nie jest to prawda. Nie mamy tak naprawdę możliwości osądu ani skali, która odpowiadałaby wojennej rzeczywistości. Jednocześnie są osoby, takie jak mój przyjaciel Wadim, które popierają niepodległość Ukrainy, ale nie chcą walczyć. Ta scena pokazuje, że już na początku wojny istniały takie postawy. W ten sposób zwracam uwagę na niewygodny temat, który właściwie nie jest obecny w mediach. Rzadko przedstawiana jest perspektywa osób, które utożsamiają się ze swoim krajem, ale z różnych powodów nie chcą iść do wojska.
Jak widać po tytule książki, ważna była dla mnie kwestia zdrady. W atmosferze totalnej mobilizacji ukraińskiego społeczeństwa dezerterzy mogą zostać uznani za zdrajców. W ten sposób łączę ten aktualny temat z sytuacją ludzi, którzy w latach 90. zdecydowali się wyemigrować z krajów byłego Związku Radzieckiego. My też jesteśmy zdrajcami, bo wybraliśmy życie na Zachodzie i opuściliśmy naszą ojczyznę.
Rosyjski atak na Ukrainę stanowił dla Ciebie powtórkę z historii, kontynuację konfliktu, który nigdy tak naprawdę się nie skończył. Piszesz o tym tak: „przy każdej eksplozji mam poczucie, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zlewają się w jedno. Rozpad Związku Radzieckiego. Druga wojna światowa. Deportacje. Wypędzenia. Wojna i pokój. Rosyjska wojna przeciwko bratnim narodom i siostrzanym państwom dawnego Związku Radzieckiego. Toczy się od stuleci”. Czy w Twoim odczuciu w Niemczech brakuje tej perspektywy?
Jak najbardziej. Ta wojna jest kontynuacją wielu wcześniejszych konfliktów prowadzonych przez Rosję, między innymi wojny w Czeczenii, i wynika z rosyjskiej polityki kolonialnej. Trzeba pamiętać, że rosyjskie ambicje imperialne, obejmujące Europę Środkowo-Wschodnią, Azję Centralną i Kaukaz, są znacznie starsze niż sam Związek Radziecki. Gdy ktoś mnie pyta, dlaczego krytykuję niemiecki ruch pokojowy, odpowiadam, że jednym z powodów jest jego niezdolność do rozpoznania tych imperialnych struktur i mechanizmów, które nadal kształtują rosyjską politykę.
Już na początku rosyjskiej inwazji w Niemczech panowała duża niechęć wobec militarnego wsparcia dla Ukrainy. Niedługo po tym, jak kanclerz Olaf Scholz ogłosił Zeitenwende, czyli punkt zwrotny w polityce zagranicznej, i zapowiedział, że Niemcy wezmą udział w obronie wolnej Europy, grupa niemieckich intelektualistów wystosowała do niego list otwarty, domagając się zawieszenia broni i negocjacji pokojowych. Wśród podpisujących były osoby związane z teatrem, filmem, sztuką, polityką i nauką. W lutym 2023 roku była przewodnicząca frakcji Die Linke Sahra Wagenknecht oraz ikona białego niemieckiego feminizmu Alice Schwarzer zorganizowały wiec, w czasie którego domagały się zaprzestania dostaw broni do Ukrainy. W Zdrajcach opisujesz te „demonstracje pokojowe”. Zestawiając je z opisami walk w Ukrainie, pokazujesz, jak bardzo były oderwane od rzeczywistości.
Muszę przyznać, że to, co działo się wtedy w Niemczech, wydawało mi się wręcz perwersyjne. Mam wrażenie, że członkowie tego nowego ruchu pokojowego są przekonani, że jako Niemcy mają realny wpływ na to, czy wojna będzie trwała dalej, czy nie. To absurd, podobnie jak żądania kapitulacji wysuwane wobec Ukrainy. Niemieccy intelektualiści nie mogą rozstrzygać o wojnie i pokoju, a jakiekolwiek negocjacje z Putinem nie są realne. Widzę w tym wyraz pychy niemieckich komentatorów, którzy uzurpują sobie prawo do decydowania o tym, kiedy skończy się wojna. Może jest to związane z niemiecką historią i mylnym wyobrażeniem na temat własnej pozycji na świecie.
Wiele ekspertów i ekspertek zajmujących się Europą Wschodnią wskazywało na to, że niemiecki obraz tego regionu jest rusocentryczny. W książce piszesz o procesie rusyfikacji, któremu poddawane były różne narody żyjące w Związku Radzieckim i doprowadził do zniszczenia ich kultur i języków. Miał on również wpływ na kulturę pamięci. W Twojej rodzinnej wiosce, Uspience, stoi pomnik, przy którym co roku 9 maja odbywały się obchody upamiętniające sowieckie zwycięstwo nad faszyzmem. Czy pisząc o tym, myślałeś też o tym, jak 8 maja obchodzi się w Niemczech?
Oczywiście. W Niemczech mówimy o wyzwoleniu od faszyzmu i świętujemy 8 maja, jednak zapominamy o osobach, które uczestniczyły w tych walkach i jakiej były narodowości. Za przykład weźmy żołnierza, który został uchwycony na słynnym zdjęciu z tego czasu, w momencie, gdy wiesza radziecką flagę na budynku Reichstagu w Berlinie. Pochodził z Kazachstanu. Jego ojciec sprzeciwiał się sowieckiemu reżimowi, on sam jednak walczył w Armii Czerwonej. Jego historia została zapomniana z biegiem lat. Wydaje mi się nawet, że oficjalna niemiecka narracja nie byłaby w stanie zaakceptować faktu, że był to muzułmanin o azjatyckich rysach. Armia Czerwona była wielonarodowa. Gdybyśmy jednak otwarcie o tym mówili, odebralibyśmy Rosji nie tylko wyłączność na dumę ze zwycięstwa, ale też poruszylibyśmy kwestię zbrodni wojennych popełnionych w tym czasie, które obecnie przypisuje się tylko Rosji. Ale ta zróżnicowana dyskusja jest potrzebna, by wreszcie uporać się z rosyjską i radziecką historią.
W prasie bardzo często jesteś opisywany jako autor rosyjsko-niemiecki (russlanddeutscher Autor). Sam pozycjonujesz się jako część postsowieckiej diaspory, pisząc: „moje pokolenie to ci, którzy zostali przywiezieni do Niemiec i nie doświadczyli już tego dawnego świata. Określa się nas mianem migrantów postsowieckich albo, trafniej, jako PostOst”. Jednocześnie podkreślasz, że osoby z doświadczeniem postsowieckiej migracji wciąż są w Niemczech postrzegane jako obcy. Ich historia nie jest traktowana jako część narodowej narracji.
Mogę podać bardzo prosty przykład. Weźmy 3 października, Dzień Jedności Niemiec, który upamiętnia zjednoczenie Niemiec Wschodnich i Zachodnich. W czasie obchodów nigdy nie mówimy o Niemcach nadwołżańskich, czy też o mniejszości niemieckiej w Ukrainie, Kazachstanie czy w Rumunii. Czy te osoby mają miejsce w niemieckiej kulturze pamięci, która i tak ma wyraźnie etniczny charakter? Z drugiej strony, 28 sierpnia to dzień upamiętniający zarządzone przez Stalina deportacje Niemców nadwołżańskich w głąb Związku Radzieckiego. Nie zauważyłem jednak żadnych realnych działań w obszarze polityki pamięci związanych z tym dniem. Również w niemieckich podręcznikach szkolnych ten temat praktycznie nie istnieje.
Jednocześnie uważam, że postawa naszej diaspory nie jest idealna. Po ataku Rosji na Ukrainę zaczęto o nas mówić w mediach, jednak my nie wykorzystaliśmy tego momentu, by pokazać, jak nasza historia łączy się z tym, co teraz dzieje się w Ukrainie. A przecież to my, z naszymi doświadczeniami, jesteśmy w stanie wytłumaczyć imperialną historię Rosji, od polityki kolonialnej, przez deportacje, aż po dzisiejszą przemoc. Można było nas w większym stopniu włączyć w tę debatę. Tak się jednak nie stało. Przegapiliśmy szansę, aby przestać postrzegać się jako ofiary i aktywnie kształtować postsowiecką przestrzeń.
W rozdziale Podwójna Uspienka opisujesz przypadkowe spotkanie w berlińskim Neukölln z ukraińską parą uciekającą przed wojną. Okazuje się, że pochodzicie z miejsc o tej samej nazwie. Twoja Uspienka leży niedaleko rosyjskiej granicy w Kazachstanie, ich rodzinna miejscowość znajduje się natomiast w okupowanym przez Rosję obwodzie ługańskim. W tej krótkiej scenie splatają się różne biografie, doświadczenia i wspomnienia. Na rogu brudnej berlińskiej ulicy dochodzi do nieoczekiwanego spotkania odmiennych historii i perspektyw. Zachodzi tu coś, co Michael Rothberg nazywa „pamięcią wielokierunkową” (multidirectional memory), czyli proces, w którym różne pamięci nie konkurują ze sobą, lecz wchodzą w dialog i wzajemnie się kształtują. Dla Rothberga właśnie taka pamięć może stanowić przyszłość europejskiego pamiętania.
Bardzo mnie cieszy, że tak to odbierasz! Muszę jednak przyznać, że pod tym względem jestem raczej wyjątkiem wśród rosyjsko-niemieckich autorów i autorek. Ich twórczość koncentruje się zazwyczaj na własnej historii oraz doświadczeniu przyjazdu i osiedlania się w Niemczech. Uważam, że to pewna strata. Można przecież pokazywać wielorakie związki z innymi krajami postsowieckimi i uświadamiać, że ludzie z różnych stron mieli podobne doświadczenia.
Trzeba mieć jednak świadomość własnej pozycji i perspektywy. Mam wprawdzie biograficzny związek z przestrzenią postsowiecką, ale nie przeżyłem na miejscu trudnych lat dziewięćdziesiątych. Nie mogę przedstawiać się jako Ukrainiec, nawet jeśli moja matka ma ukraińskie korzenie. Byłoby to niestosowne, a nawet w pewnym sensie zawłaszczające wobec ludzi, którzy sami doświadczyli przemian zachodzących w tym kraju. Kiedy wracamy do miejsc, w których się urodziliśmy, jesteśmy tak naprawdę turystami w cudzej pamięci. Dlatego moja perspektywa różni się od spojrzenia osób, które niedawno uciekły przed wojną.
Twoja druga książka Za was poszedłbym na wojnę. Mój rozbrat z pacyfizmem wywołała w Niemczech szeroką debatę. Opisujesz w niej między innymi swoją pracę tłumacza współpracującego z ukraińskimi żołnierzami szkolącymi się w Niemczech oraz podróże do Ukrainy ogarniętej wojną. Niektórzy krytycy zarzucali Ci, że przez bliskość tych doświadczeń Twoja perspektywa stała się zbyt emocjonalna i że utraciłeś dystans do opisywanych wydarzeń. Książkę często zestawiano z pacyfistycznym manifestem Ole Nymoena Dlaczego nigdy nie walczyłbym za swój kraj (Warum ich niemals für mein Land kämpfen würde). Interesuje mnie różnica widoczna już w samych tytułach. Nymoen pisze o walce „za swój kraj”, ty natomiast o walce „za was”. Co oznacza dla Ciebie to „was”? Czy kryje się za tym doświadczenie postsowieckiego migranta, który nie zawsze czuje się w Niemczech w pełni akceptowany, a mimo to byłby gotów stanąć w obronie tego społeczeństwa?
Ten tytuł rzeczywiście jest wyrazem pewnego stanowiska. My, ludzie pochodzący z Europy Wschodniej, inaczej postrzegamy zagrożenia płynące ze strony Rosji. Mówię, że poszedłbym na wojnę „za was”, ponieważ „wy”, czyli osoby mieszkające w Niemczech czy też na Zachodzie, często nie rozumiecie, czym naprawdę są wolność i dobrobyt, którymi możecie się teraz cieszyć. „Za was” oznacza też próbę uświadomienia „wam”, jak bardzo uprzywilejowana jest wasza sytuacja. Ta książka jest próbą wyjaśnienia z perspektywy wschodnioeuropejskiego migranta, że wszystko to, co w Niemczech wydaje się oczywiste i trwałe, w warunkach wojny może bardzo szybko się rozpaść. Jednocześnie my, migranci, również jesteśmy częścią tego kraju i tego społeczeństwa. Nas także dotyczy zagrożenie. W przypadku rosyjskiego ataku to my, członkowie postsowieckiej diaspory, staniemy się największymi zdrajcami. Sama decyzja o wyjeździe do Niemiec jest z perspektywy rosyjskiego miru aktem zdrady. Nawet jeśli niemieckie społeczeństwo nie zawsze nas akceptuje, my też stalibyśmy się ofiarami tego konfliktu.
Dr Iga Nowicz to badaczka, pisarka i edukatorka muzealna. Obecnie pracuje na Uniwersytecie w Greifswaldzie, gdzie w ramach projektu MAGnituDE (Migration, Affective Geopolitics and European Democracy in Times of Military Conflicts) zajmuje się niemieckim dyskursem na temat pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Jej zainteresowania naukowe obejmują współczesne kultury pamięci, wpływ migracji na debaty o tożsamości w Europie oraz wielojęzyczność. W wolnym czasie rysuje komiksy.
Zdecydowałeś się jednak opuścić Niemcy i przeprowadzić do Pragi.
Tak, i od tego czasu mam coraz silniejsze poczucie bycia europejskim obywatelem. Moja niemiecka tożsamość czy też przynależność do diaspory nie grają już tak wielkiej roli. Mam też wrażenie, że debaty, które w Niemczech prowadzimy na temat postsowieckiej tożsamości, mówią więcej o naszej potrzebie definiowania osób według ich pochodzenia niż o wielowarstwowej, wielokulturowej tkance, jaką jest były Związek Radziecki. Jeśli chcemy mówić o europejskiej przynależności, powinniśmy pożegnać się z tym czysto narodowym rozumieniem pochodzenia i tożsamości. Europa istnieje dzięki migracji. I tu transnarodowa historia postsowieckich Niemców jest idealnym punktem zaczepienia.