Nasza strona używa ciasteczek do zapamiętania Twoich preferencji oraz do celów statystycznych. Korzystanie z naszego serwisu oznacza zgodę na ciasteczka i regulamin.
Pokaż więcej informacji »
Drogi czytelniku!
Zanim klikniesz „przejdź do serwisu” prosimy, żebyś zapoznał się z niniejszą informacją dotyczącą Twoich danych osobowych.
Klikając „przejdź do serwisu” lub zamykając okno przez kliknięcie w znaczek X, udzielasz zgody na przetwarzanie danych osobowych dotyczących Twojej aktywności w Internecie (np. identyfikatory urządzenia, adres IP) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów w celu dostosowania dostarczanych treści.
Portal Nowa Europa Wschodnia nie gromadzi danych osobowych innych za wyjątkiem adresu e-mail koniecznego do ewentualnego zalogowania się przy zakupie treści płatnych. Równocześnie dane dotyczące Twojej aktywności w Internecie wykorzystywane są do pomiaru wydajności Portalu z myślą o jego rozwoju.
Zgoda jest dobrowolna i możesz jej odmówić. Udzieloną zgodę możesz wycofać. Możesz żądać dostępu do Twoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, przeniesienia danych, wyrazić sprzeciw wobec ich przetwarzania i wnieść skargę do Prezesa U.O.D.O.
Korzystanie z Portalu bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza też zgodę na umieszczanie znaczników internetowych (cookies, itp.) na Twoich urządzeniach i odczytywanie ich (przechowywanie informacji na urządzeniu lub dostęp do nich) przez Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka Jeziorańskiego i Zaufanych Partnerów. Zgody tej możesz odmówić lub ją ograniczyć poprzez zmianę ustawień przeglądarki.
Międzymorze / 17.09.2026
Ihar Melnikau
Białoruś świętuje 17 września. Historia tej daty dzieli Polaków i Białorusinów
17 września władze Białorusi obchodzą Dzień Jedności Narodowej, przedstawiając wkroczenie Armii Czerwonej do II Rzeczypospolitej jako moment historycznego zjednoczenia ziem białoruskich. Za oficjalną narracją kryją się jednak sowiecka agresja, stalinowskie represje oraz losy Polaków i Białorusinów, które znacznie komplikują obraz wydarzeń z 1939 roku.
(Archiwum Autora)
Posłuchaj słowa wstępnego siódmego wydania magazynu online!
7 czerwca 2021 roku Alaksandr Łukaszenka podpisał dekret ustanawiający na Białorusi nowe święto państwowe – Dzień Jedności Narodowej. Sam fakt wprowadzenia kolejnego święta nie byłby niczym szczególnym, gdyby nie data wybrana na jego obchody. Ustanowiono je bowiem na 17 września – dzień bezpośrednio związany z sowiecką agresją na II Rzeczypospolitą, do której doszło po podpisaniu w sierpniu 1939 roku paktu Ribbentrop–Mołotow. Trudno uznać wybór tej daty za przypadkowy. Moskwie zależało na pogłębieniu podziałów w relacjach polsko-białoruskich, a zarazem na jeszcze silniejszym związaniu Mińska z rosyjską strefą wpływów. Odwołanie się do 17 września, wydarzenia od dziesięcioleci obciążającego pamięć historyczną w tej części Europy, doskonale wpisywało się w tę politykę.
Od jesieni 1939 do lata 1941 roku w Białoruskiej SRR przywiązywano ogromną wagę do wydarzeń związanych z przyłączeniem Zachodniej Białorusi do Związku Sowieckiego. W Mińsku zorganizowano wystawę trofeów zdobytych podczas marszu wyzwoleńczego, natomiast w Białymstoku wzniesiono pomnik upamiętniający zjednoczenie. Atak Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 roku sprawił jednak, że sowieckie kierownictwo na pewien czas odsunęło wydarzenia 1939 roku na dalszy plan.
Powrócono do nich jesienią 1945 roku. W Mińsku zorganizowano wówczas wielką paradę wojskową z okazji kolejnej rocznicy zjednoczenia narodu białoruskiego w jednym białoruskim państwie sowieckim. Kolejna fala zainteresowania wydarzeniami z początku II wojny światowej przypadła na 10. rocznicę przyłączenia Zachodniej Białorusi do BSRR. Pod koniec lat 40. Kreml nieoczekiwanie zaproponował mińskim komunistom, aby główne uroczystości odbywały się nie 17 września, lecz 2 listopada – w rocznicę decyzji Rady Najwyższej ZSRR o włączeniu Zachodniej Białorusi do BSRR – albo 30 października, czyli w rocznicę zwołania w Białymstoku Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi. Najprawdopodobniej zmiana ta wynikała z politycznej kalkulacji Moskwy. Kreml nie chciał nadmiernie eksponować daty 17 września i tym samym drażnić swoich nowych sojuszników – polskich komunistów sprawujących władzę w Warszawie. Warto przy tym podkreślić, że podczas obchodów 10. rocznicy zjednoczenia w BSRR coraz mocniej i głośniej akcentowano rolę narodu rosyjskiego w wyzwoleniu Białorusinów spod ucisku polskich panów.
29 października 1949 roku odbyła się szósta sesja Rady Najwyższej BSRR, której obrady poświęcono jubileuszowi. W całej republice organizowano uroczystości, a rocznica stała się również okazją do oddawania do użytku nowych lub odbudowanych obiektów. Dobrym przykładem jest Grodno – miasto, które we wrześniu 1939 roku przywitało wkraczające sowieckie czołgi nie kwiatami, lecz kulami i koktajlami Mołotowa. Podczas walk poważnie ucierpiał most na Niemnie. Później przyszła wojna niemiecko-sowiecka i kolejne zniszczenia. W październiku 1949 roku odbudowany most oddano ponownie do użytku, umieszczając na nim tablice pamiątkowe poświęcone 10. rocznicy zjednoczenia. Tablice te zdemontowano w 2008 roku, ponownie umieszczono je na moście we wrześniu 2021 roku.
W centrum Mińska organizowano również okolicznościowe wystawy. Do stolicy BSRR zaproszono wielu mieszkańców zachodnich obwodów republiki. Mieli na własne oczy przekonać się o wszystkich – zgodnie z oficjalną propagandą – zaletach życia w kraju rad. W 1959 roku władze BSRR podeszły do 20. rocznicy wydarzeń września 1939 roku już znacznie bardziej powściągliwie. Ograniczono się przede wszystkim do publikacji nielicznych artykułów w prasie oraz organizowania okolicznościowych zebrań w zakładach pracy i kołchozach.
Dziesięć lat później, 17 września 1969 roku, w sali koncertowej Filharmonii Białoruskiej w Mińsku odbyło się uroczyste zgromadzenie z udziałem najwyższych władz partyjnych BSRR, na czele z Piotrem Maszerowem. Był to jednak okres, w którym wydarzenia 1939 roku wyraźnie schodziły już na dalszy plan sowieckiej polityki pamięci. Ich miejsce coraz wyraźniej zajmowała historia sowieckiego ruchu partyzanckiego na okupowanym przez nazistowskie Niemcy terytorium Białorusi podczas II wojny światowej. Również dla Moskwy temat zjednoczenia stopniowo tracił polityczne znaczenie. Wydarzeniami jesieni 1939 roku nadal zajmowała się niewielka grupa białoruskich historyków, interpretujących je zgodnie z obowiązującą sowiecką wykładnią.
Znamienne jest, że ani w 1979, ani w 1989 roku w BSRR nie organizowano większych uroczystości upamiętniających wydarzenia 17 września. Data, która po 2021 roku została podniesiona na Białorusi do rangi jednego z najważniejszych symboli państwowej polityki historycznej, pod koniec istnienia Związku Sowieckiego pozostawała więc w dużej mierze na marginesie oficjalnej polityki pamięci.
(Archiwum autora)
Już w niepodległej Białorusi, w latach 1999, 2009 i 2019, wydarzenia września 1939 roku były przypominane przez historyków, jednak państwo niemal w ogóle na nie nie reagowało, z wyjątkiem krótkich materiałów emitowanych w telewizji. 17 września 2019 roku w Narodowym Muzeum Literackim im. Janki Kupały otwarto wystawę Granica przebiegała pod Mińskiem. 1921–1941, poświęconą historii przedwojennej granicy sowiecko-polskiej na Białorusi, przygotowaną przez autora niniejszego tekstu. Na wystawie przedstawiłem różne aspekty funkcjonowania przedwojennej granicy sowiecko-polskiej, a także szczegółowo omówiłem walki między sowieckimi i polskimi pogranicznikami, do których doszło na linii granicznej rankiem 17 września 1939 roku. Projekt spotkał się z dużym zainteresowaniem białoruskiego społeczeństwa, jednak państwo białoruskie go nie zauważyło. Dodam, że od 2014 roku, po aneksji Krymu, prorosyjskie organizacje na Białorusi wielokrotnie zwracały się do białoruskich władz z propozycją ustanowienia święta 17 września. Oficjalnie Mińsk zachowywał wówczas wystarczająco dużo rozsądku, by nie reagować na rosyjskie prowokacje i odrzucać podobne inicjatywy. Wydarzenia polityczne 2020 roku doprowadziły do powrotu sowieckiego spojrzenia na wydarzenia z początku II wojny światowej na ziemiach białoruskich. Dziś 17 września 1939 roku nie jest już interpretowany z perspektywy białoruskiego interesu narodowego, lecz stał się jednym z argumentów wykorzystywanych w ideologicznym sporze między Mińskiem a Warszawą.
Porównać dwie Białorusie
Współczesna białoruska propaganda państwowa określa okres, w którym tereny dzisiejszych zachodnich obwodów Białorusi znajdowały się w granicach II Rzeczypospolitej, mianem okupacji. Jednocześnie niemal zupełnie pomija się pytanie o wschodnią część Białorusi. Czy weszła ona w skład Związku Sowieckiego dobrowolnie? Czy delegacje białoruskie – zarówno bolszewicka, jak i reprezentująca Białoruską Republikę Ludową – uczestniczyły w rokowaniach pokojowych z Polską? A może stojący na czele delegacji bolszewickiej Adolf Joffe nie proponował Polsce przejęcia Mińska? Pytań jest wiele. Ci jednak, którzy pozostają przy sowieckiej interpretacji historii Białorusi, niechętnie podejmują analizę tych zagadnień, ponieważ mogłaby ona podważyć przyjęte przez nich założenia.
W 2025 roku na łamach państwowego periodyku „Białoruskie Czasopismo Historyczne” opublikowano scenariusz lekcji poświęconej historii Zachodniej Białorusi w granicach Polski, zaproponowany do wykorzystania w białoruskich szkołach. Na co jego autorzy kładą szczególny nacisk? Przede wszystkim na utworzone przez polskie władze w 1934 roku miejsca odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Przedstawia się je niemal jako straszliwy obóz koncentracyjny, porównywalny z tymi, które podczas II wojny światowej tworzyli naziści. Nie ulega wątpliwości, że warunki panujące w Berezie były bardzo ciężkie. Pisałem już wcześniej o tym miejscu. Najważniejsze pytanie brzmi jednak, ile osób straciło tam życie? Odpowiedź brzmi: 13. Znamy nazwiska wszystkich ofiar.
A teraz zadajmy inne pytanie: ilu mieszkańców Białorusi zginęło w stalinowskim systemie GUŁag i za co zostali skazani? To pytanie retoryczne. Setki tysięcy Białorusinów zostały zmielone przez machinę sowieckich represji. Inni przeszli przez nieludzkie warunki więzień i łagrów, doświadczyli deportacji, lecz przeżyli – by później przez długie dziesięciolecia czekać na rehabilitację.
Represje na Białorusi sowieckiej zaczęły się już na początku lat 30. XX wieku, kiedy OGPU/NKWD rozpoczęto poszukiwania, aresztowania i procesy białoruskich naukowców oraz przedstawicieli inteligencji – ludzi represjonowanych między innymi za przywiązanie do białoruskiego języka, kultury i tradycji. W polskiej gazecie „Kurier Wileński” w 1937 roku pisano: „Dziś na Białorusi nie toleruje się obywateli, którzy dobrze władają językiem białoruskim w mowie i piśmie. Takich ludzi uważa się za pozostałości «nacdemowskich odpadków». Na przykład członek białoruskiej Akademii Nauk celowo stara się mówić po białorusku z błędami, aby komórka partyjna nie podejrzewała go o narodowy demokratyzm. Bezpieczniej jest posługiwać się w urzędach i życiu codziennym językiem rosyjskim niż białoruskim”.
Sowieckie organy bezpieczeństwa wymyślały fikcyjne organizacje kontrrewolucyjne, a następnie oskarżały zwykłych mieszkańców sowieckiej Białorusi o przynależność do nich. Ludzi rozstrzeliwano w Kuropatach i innych miejscach pod Mińskiem, torturowano w więzieniach Wołodarka i Amerykanka.
A jaki los spotkał działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi? Autor gramatyki języka białoruskiego i jeden z twórców Białoruskiej Włościańsko-Robotniczej Hromady w Polsce, Bronisław Taraszkiewicz, został rozstrzelany w Mińsku w październiku 1938 roku. Członek Komitetu Centralnego KPZB Jazep Łahinowicz został w tym samym roku rozstrzelany przez NKWD w Komijskiej Autonomicznej SRR. Sekretarz Komitetu Centralnego Komsomołu Zachodniej Białorusi Wiera Charuża została aresztowana w 1937 roku i oskarżona o współpracę z polskim wywiadem. Paradoksalnie, to właśnie dzięki doświadczeniu zdobytemu podczas pobytu w polskim więzieniu potrafiła skutecznie się bronić. W trakcie trwającego dwa lata śledztwa w Mińsku, a przede wszystkim podczas procesu, zdołała odeprzeć stawiane jej zarzuty i odzyskać wolność.
I tu pojawia się kolejny paradoks. Ci zachodniobiałoruscy komuniści, którzy w latach 1937–1939 przebywali w polskich więzieniach, uniknęli stalinowskiego terroru. Niektórzy z nich zrobili później kariery polityczne. Nie trzeba daleko szukać przykładu – wystarczy wspomnieć Sergiusza Prytyckiego. W styczniu 1936 roku dokonał on zamachu w gmachu Sądu Okręgowego w Wilnie, strzelając na sali sądowej do świadka. Sam został przy tym ranny i zatrzymany. Później skazano go na karę śmierci. Prezydent Ignacy Mościcki skorzystał jednak z prawa łaski, a wyrok zamieniono na dożywotnie pozbawienie wolności. 1 września 1939 roku Prytycki uciekł z więzienia i wkrótce znalazł się na terenach kontrolowanych już przez Armię Czerwoną. W późniejszych latach zrobił karierę w BSRR. Ostatecznie stanął na czele Prezydium Rady Najwyższej BSRR. Co jednak stałoby się z Prytyckim, gdyby wcześniej wymieniono go – tak jak Wierę Charużą – i odesłano do sowieckiej Białorusi? Można przypuszczać, że do września 1939 roku jego szczątki spoczywałyby już w jednym z dołów w Kuropatach.
(Archiwum autora)
Autorzy wspomnianej wcześniej lekcji opisują również bunt rybaków nad jeziorem Narocz w 1935 roku. Nie wspominają jednak, że mieszkańcy Naroczy wystąpili w obronie prawa do dysponowania własnym mieniem (w tym przypadku jeziorem), a komuniści nie byli inicjatorami tego protestu, choć próbowali przejąć nad nim kontrolę. Tymczasem system kołchozowy wprowadzany w BSRR na początku lat 30. doprowadził na terenach sowieckiej Białorusi, między innymi w obwodach poleskim i homelskim, do tragicznych następstw. Ludzie głodowali, dochodziło nawet do przypadków kanibalizmu. Na temat tej tragedii współcześni państwowi ideolodzy na Białorusi wolą jednak milczeć.
Autorzy lekcji wspominają również o polityce polonizacyjnej prowadzonej przez polskie władze w latach 30. Tak – taka polityka istniała. Jednak w tym samym czasie w BSRR postępowała rusyfikacja i o niej również należy mówić.
„Hier Minsk”
Przejdźmy teraz do okoliczności wydarzeń z września 1939 roku, o których białoruscy i rosyjscy ideolodzy państwowi wspominają niechętnie. Po zawarciu paktu Ribbentrop–Mołotow 23 sierpnia Niemcy nadal koordynowali z bolszewikami swoje działania wymierzone przeciwko II Rzeczypospolitej. Jednym z wymownych świadectw tej współpracy jest rozmowa telefoniczna przeprowadzona 1 września o godz. 7.30 przez szefa łączności niemieckiego lotnictwa wojskowego, generała porucznika Wolfganga Martiniego, z ambasadą Niemiec w Moskwie. Oficer poprosił do telefonu attaché wojskowego, generała Ernsta Köstringa. Kiedy nie udało mu się z nim połączyć, przekazał ambasadorowi Niemiec Friedrichowi-Wernerowi Grafowi von der Schulenburgowi następującą wiadomość: „Szef Sztabu Generalnego, generał major Hans Jeschonnek, byłby bardzo wdzięczny Ludowemu Komisariatowi Łączności, gdyby udało się sprawić, aby radiostacja w Mińsku zaczęła nadawać pomiędzy audycjami sygnał zawierający słowa «Richard Wilhelm 1.0», a podczas emisji prosimy o możliwie jak najczęstsze nadawanie słowa «Mińsk». Proszę poinformować, czy prośba ta zostanie spełniona i kiedy”. Wkrótce ambasador von der Schulenburg przekazał prośbę z Berlina odpowiednim instancjom. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. W sowieckim komunikacie stwierdzono: „Rząd sowiecki jest gotów spełnić przedstawioną prośbę. Radiostacja w Mińsku podczas nadawania swojego programu, który zostanie specjalnie przedłużony o dwie godziny, będzie możliwie jak najczęściej emitowała słowo «Mińsk». Rząd sowiecki zwraca się z pytaniem, czy w takim przypadku konieczne jest ustalenie konkretnego czasu nadawania sygnału. Jednocześnie strona sowiecka, aby uniknąć niepożądanych konsekwencji, nie będzie nadawała kryptonimu wskazanego w niemieckiej depeszy”.
W ten sposób Kreml zgodził się pomóc nazistowskim Niemcom nie tylko w atakowaniu garnizonów Wojska Polskiego na terenie północno-wschodnich województw II Rzeczypospolitej, lecz także – pośrednio – w działaniach, których ofiarami stawali się cywile. Ci sami ludzie, których zaledwie dwa tygodnie później bolszewicy mieli przyjść wyzwalać. Słowo „Mińsk” słyszeli w słuchawkach piloci Luftwaffe, którzy rankiem 1 września zbombardowali polską składnicę wojskową w Karolinie pod Grodnem. Oprócz wojskowych ucierpiało wówczas również wielu cywilnych mieszkańców Grodzieńszczyzny. Niemieckie lotnictwo, korzystając z sygnału nadawanego z Mińska, bombardowało także Brześć, Baranowicze, Pińsk i inne miasta na terenie województw nowogródzkiego, wileńskiego i poleskiego.
Ofiary rewkomowców
Kolejnym zagadnieniem, o którym niechętnie wspominają oficjalni ideolodzy na Białorusi i w Rosji, są zbrodnie popełniane przez elementy prosowieckie na terenie północno-wschodnich województw II Rzeczypospolitej po 17 września 1939 roku. Dezorganizacja polskiego aparatu państwowego sprawiła, że jeszcze przed wkroczeniem Armii Czerwonej władzę w niektórych wsiach i miasteczkach przejmowały miejscowe grupy prosowieckie. Ich członkowie często starali się wykorzystać okres chaosu i anarchii, aby rozprawić się z tymi, których uważali za swoich wrogów klasowych. Pierwszymi ofiarami tak zwanych rewkomowców stawali się polscy żołnierze, policjanci, przedstawiciele administracji cywilnej, duchowni, osadnicy wojskowi i ziemianie. Niejednokrotnie mordowano ich ze szczególnym okrucieństwem.
W Indurze znajduje się zbiorowa mogiła sześciu żołnierzy Wojska Polskiego. Zostali oni zamordowani przez miejscowe elementy prokomunistyczne, najprawdopodobniej działające pod kierownictwem wspomnianego wcześniej Sergiusza Prytyckiego, który we wrześniu 1939 roku, po ucieczce z polskiego więzienia, udał się w okolice Indury. Polskich żołnierzy zamordowano w pobliżu wsi Jaśkiewicze. Ich szczątki ekshumowano w 1989 roku.
Również w Indurze znajduje się symboliczny grób właściciela majątku Mandzin, oficera rezerwy Wojska Polskiego Tadeusza Ursyna-Niemcewicza, który został zamordowany 26 września 1939 roku przez prokomunistyczną grupę ze wsi Jarmolicze dowodzoną przez człowieka o nazwisku Żurniewicz. Zamordowanemu zabrano obrączkę i wojskowe buty. W 1942 roku jego szczątki przeniesiono na cmentarz w Indurze, jednak miejsce pochówku z czasem zaginęło.
Rewkomowiec (Archiwum autora)
Na cmentarzu w Brzostowicy Wielkiej znajduje się zbiorowa mogiła obywateli polskich zamordowanych we wrześniu 1939 roku. 19 września miejscowy komitet rewolucyjny, kierowany przez Żaka Motyla, zaatakował posterunek policji. W wyniku ataku zginęli posterunkowy Edward Łojko oraz komendant Piotr Ostaszewski. Inna komunistyczna grupa, dowodzona przez Józefa Hawryluka, znanego jeszcze przed wojną przywódcy bandy rabunkowej, zamordowała sołtysa wsi Daniłki oraz jego syna, który powrócił z frontu polsko-niemieckiego. Ci sami rewkomowcy zamordowali także inżyniera i właściciela majątku Zajkowszczyzna, Joachima Leśniewicza, a także Włocha, oficera polskiej kawalerii i właściciela majątku w Parchimowiczach, Witolda Berettiego, oraz inne osoby.
Po przekroczeniu przez Armię Czerwoną granicy sowiecko-polskiej we wsi Obuchowo na Grodzieńszczyźnie utworzono Komitet Rewolucyjny, na którego czele stanął członek KPZB Włodzimierz Januczenia. Wkrótce rewkomowcy postanowili rozprawić się z miejscowymi osadnikami. Warto zaznaczyć, że osady Lerypol, Budowla i Rokicie powstały w 1922 roku na gruntach, które państwo polskie nabyło od księcia Konstantego Czetwertyńskiego. Największą z nich była Budowla. Funkcjonowały tam szkoła powszechna, dom ludowy, sklep oraz oddział Kasy Stefczyka. Dwie pozostałe osady były znacznie mniejsze. W Lerypolu znajdował się jednak majątek generała Antoniego Szyllinga, który założył tam gospodarstwo specjalizujące się w hodowli krów sprowadzanych z Holandii. Osadnicy często zatrudniali do pracy mieszkańców pobliskich białoruskich wsi. Ich żony organizowały z kolei zajęcia dla miejscowych chłopów, ucząc ich prowadzenia gospodarstwa. Jedni Białorusini ciężko pracowali i w ten sposób zarabiali pieniądze, inni z zazdrością spoglądali na zamożniejszych sąsiadów i czekali na moment, kiedy będą mogli się z nimi „rozliczyć”. 20 września 1939 roku, na mocy decyzji obuchowskiego komitetu rewolucyjnego, uzbrojeni chłopi zatrzymali w osadzie Budowla siedmiu jej mieszkańców oraz jednego policjanta. Następnego dnia schwytano porucznika Wojska Polskiego i sołtysa wsi Marianówka. Polskiemu oficerowi skonfiskowano 7 tysięcy złotych – najprawdopodobniej pozostałość kasy pułkowej. Oficera i sołtysa wyprowadzono na cmentarz prawosławny, zmuszono do rozebrania się, a następnie rozstrzelano.
Osadników zatrzymanych w Budowli torturowano i zmuszano do „pokuty” za udział w wojnie z bolszewikami w 1920 roku. 22 września poprowadzono więźniów w kierunku Żytomli i po drodze wszystkich rozstrzelano. Kiedy później miejscowi mieszkańcy odnaleźli ciała ofiar, okazało się, że przed śmiercią byli brutalnie maltretowani. W sąsiedniej osadzie Lerypol doszło do podobnej tragedii. Tego samego dnia do osady wkroczyła grupa uzbrojonych chłopów. Zatrzymali mężczyzn – polskich osadników – i poprowadzili ich w kierunku wsi Kurpiki. Po drodze ludzie z czerwonymi opaskami zamordowali siedem osób, a później pozbawili życia kolejnych trzech osadników.
Byli jednak również ludzie, którzy ratowali polskich osadników. Białorusinka Katarzyna Śliżewicz ostrzegła rodziny zamordowanych, aby uciekały, ponieważ rewkomowcy zamierzali zabić także ich bliskich. Mieszkańcy białoruskiej wsi Sawolewka aktywnie pomagali rodzinom polskich osadników. Jeden z mieszkańców tej miejscowości, Jakub Zmitrowicz, ukrywał w swoim domu sześciu osadników. Kiedy nocą w pobliżu wsi rozległy się strzały, Zmitrowicz nakazał wszystkim położyć się na podłodze i powiedział: „Bracia, nie wydam was. Jeśli będzie trzeba, będziemy się bronić. Jeśli wam przyjdzie zginąć, to i mnie”. W Sawolewce zorganizowano samoobronę, która strzegła wsi i jej mieszkańców. W 1994 roku ustawiono tam znak pamięci z napisem: „Z wdzięcznością Białorusinom, mieszkańcom wsi Sawolewka, którzy we wrześniu 1939 roku ratowali swoich polskich sąsiadów – rodziny osadników z Budowli, Lerypola i Rokicia”.
Na początku października 1939 roku we wsi Porzecze na Pińszczyźnie miejscowi mieszkańcy zamordowali byłego premiera Białoruskiej Republiki Ludowej Romana Skirmunta. W marcu 1917 roku Skirmunt został przewodniczącym Białoruskiego Komitetu Narodowego w Mińsku. W kwietniu 1918 roku wszedł w skład Rady BNR, a w maju podjął się formowania nowego składu Sekretariatu Ludowego Białorusi. W lipcu tego samego roku został premierem Białoruskiej Republiki Ludowej. Podczas wojny polsko-bolszewickiej starał się bronić idei niepodległości Białorusi. W okresie międzywojennym Skirmunt wycofał się z aktywnej działalności politycznej i zamieszkał w Porzeczu. W 1930 roku został wybrany senatorem II Rzeczypospolitej i związał się z Bezpartyjnym Blokiem Współpracy z Rządem. Po zajęciu kresów przez ZSRR jeden z miejscowych działaczy prosowieckich nakazał Romanowi oraz jego bratu Bolesławowi udać się do Pińska. Konwojenci nie doprowadzili jednak „panów” do miasta. Obaj zostali rozstrzelani w lesie około 10 kilometrów od Porzecza. Świadkowie tragedii wspominali, że przed śmiercią Romanowi Skirmuntowi nakazano odwrócić się plecami do zabójców. Były premier odmówił i miał powiedzieć: „Nigdy nie odwracałem się od ludzi i wam też nie radzę tego robić, bo jesteście młodzi. Ja swoje lata już przeżyłem”. Ciał zamordowanych nawet nie pochowano – jedynie przysypano je ziemią. Dopiero podczas okupacji niemieckiej szczątki byłego premiera BRL oraz Bolesława Skirmunta zostały przeniesione i pochowane w Porzeczu. Warto również zaznaczyć, że 20 września 1939 roku w Mołodowie zamordowano krewnych Romana Skirmunta – Henryka i Marię Skirmuntów.
W okolicach wsi Podziemienie pod Kobryniem we wrześniu 1939 roku działała grupa rewkomowców dowodzona przez Sawę Draniuka. Tuż przed wybuchem wojny został on skazany przez polski sąd za przestępstwo kryminalne i trafił do miejsca odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Podczas kampanii wrześniowej front polsko-niemiecki szybko przesuwał się na wschód. Po upadku Twierdzy Brzeskiej policyjna straż opuściła Berezę Kartuską, a znajdujący się tam więźniowie zostali pozostawieni sami sobie. Na jednej z ulic Draniuk zerwał polską flagę, oderwał z niej czerwony pas materiału i zrobił z niego opaskę na ramię. Od tej chwili kierowała nim przede wszystkim żądza zemsty na Polakach za osadzenie go w Berezie Kartuskiej. W Podziemieniu Draniuk i jego ludzie zatrzymali kilkudziesięciu żołnierzy Wojska Polskiego, funkcjonariuszy policji oraz osoby cywilne. Niemal wszyscy zostali następnie rozstrzelani.
W 2008 roku w okolicach Kobrynia grupa poszukiwawcza odnalazła szczątki generała brygady Wojska Polskiego Stanisława Dowoyny-Sołłohuba. W okresie międzywojennym był on dowódcą 61. Pułku Piechoty, a następnie 4. Dywizji Piechoty w Toruniu. W latach 1927–1935 dowodził 12. Dywizją Piechoty w Tarnopolu. W 1936 roku przeszedł w stan spoczynku i każde lato spędzał w majątku Ziołowo, należącym do jego żony, księżnej Olgi Dołgorukiej. 22 września (lub 26 września) 1939 roku generał Dowoyno-Sołłohub został zastrzelony przez sowieckiego oficera. Według innej wersji, opartej na wspomnieniach jego żony, generał zginął z rąk miejscowych chłopów, którzy próbowali ograbić jego majątek.
Białoruska lista
Osobnym zagadnieniem pozostaje tragedia obywateli polskich, którzy wiosną 1940 roku padli ofiarą NKWD na terytorium BSRR. W 1994 roku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy odnalazła i przekazała stronie polskiej tak zwaną ukraińską listę katyńską – dokument zawierający nazwiska 3435 obywateli polskich zamordowanych przez NKWD na terenie Ukraińskiej SRR. Większość polskich i białoruskich badaczy zbrodni stalinowskich uważa, że istniała również analogiczna białoruska lista katyńska. W notatce przewodniczącego KGB ZSRR Aleksandra Szelepina z 3 marca 1959 roku stwierdzono między innymi, że w dyspozycji organów bezpieczeństwa znajdowały się wówczas akta ewidencyjne dotyczące 7305 obywateli polskich rozstrzelanych w obozach i więzieniach Zachodniej Ukrainy oraz Zachodniej Białorusi. Jeżeli od tej liczby odejmiemy 3435 osób figurujących na ukraińskiej liście katyńskiej, otrzymujemy 3870 obywateli II Rzeczypospolitej, którzy mieli zostać zamordowani na terenie BSRR.
Zdjęcie na Placu Październikowym w Mińsku (Archiwum autora)
22 marca 1940 roku Ławrientij Beria podpisał rozkaz nr 00350 „O rozładowaniu więzień NKWD USRR i BSRR”. Nakazywał on między innymi przewiezienie do więzienia w Mińsku 3 tysiące aresztowanych z więzień zachodnich obwodów Białoruskiej SRR i Litwy. Z więzienia w Brześciu miało zostać przetransportowanych 1500 osób, z więzienia w Wilejce – 500, z Pińska – 500, a z Baranowicz – 450. Cała operacja transportowa miała zostać zakończona w ciągu 10 dni.
Głównym wykonawcą tej operacji był ludowy komisarz spraw wewnętrznych BSRR Ławrientij Canawa. W realizacji zadania pomagali mu naczelnik Głównego Zarządu Więziennictwa NKWD ZSRR, kapitan bezpieczeństwa państwowego Aleksandr Czeczew, oraz dowódca 15. Brygady Wojsk Konwojowych NKWD podpułkownik Paweł Popow. Równocześnie naczelnik Zarządu ds. Jeńców Wojennych i Internowanych NKWD ZSRR Piotr Soprunienko skierował do obozów polecenie sporządzenia dokładnych wykazów wspomnianych kategorii polskich jeńców wojennych. Nakazano także nawiązać kontakt z terenowymi zarządami NKWD, aby ustalić, dokąd poszczególni polscy jeńcy mają zostać przetransportowani.
Akta osobowe przedstawicieli „polskiego kontyngentu” należało umieścić w kopertach i przekazać dowódcom konwojów. Po przewiezieniu do Mińska więźniowie trafiali w ręce funkcjonariuszy NKWD w więzieniach Amerykanka i Wołodarka. Ich dalszy los znajdował się w rękach „trójki”.
Zdaniem większości zagranicznych i białoruskich badaczy przedstawiciele polskiego kontyngentu, którzy wiosną 1940 roku znajdowali się w mińskich więzieniach, zostali rozstrzelani w Kuropatach oraz w innych miejscach na obrzeżach białoruskiej stolicy. Jednym z argumentów przemawiających za tą hipotezą są przedmioty osobiste i fragmenty odzieży odnajdywane podczas prac ekshumacyjnych w rejonie Traktu Łohojskiego. Na jednym z grzebieni znalezionych w Kuropatach zachował się napis w języku polskim: „Ciężkie chwile więźnia. Mińsk, 25.04.1940. Myśl o was doprowadza mnie do szaleństwa. 26 IV. Rozpłakałem się – ciężki dzień”. Jak widać, napis powstał wiosną 1940 roku – właśnie wtedy, gdy w różnych częściach Związku Sowieckiego rozpoczynały się zbrodnie, które przeszły do historii pod wspólnym określeniem zbrodni katyńskiej.
Wszystko to pokazuje, że data 17 września 1939 roku jest niezwykle problematyczna jako podstawa państwowego święta. Wiąże się znacznie bardziej z tragedią II wojny światowej niż z wydarzeniem, które powinno być przedmiotem świętowania. W praktyce to właśnie tego dnia Związek Sowiecki przystąpił do II wojny światowej. Owszem, w wyniku późniejszych wydarzeń Białoruś uzyskała ziemie na zachodzie. Nie można jednak zapominać, w jakich okolicznościach do tego doszło i jaką cenę zapłacili za to ludzie. Nadszedł już czas, aby wydarzenia września 1939 roku poddać pogłębionej analizie właśnie z białoruskiej perspektywy narodowej. Oznacza to konieczność odejścia od moskiewskich schematów, propagandowych klisz i gotowych haseł. Trzeba zamiast tego spróbować zrozumieć tragedię zarówno narodu białoruskiego, jak i polskiego, które znalazły się w centrum geopolitycznej gry Stalina i Hitlera.
Ihar Melnikau - doktor historii. Zajmuje się okresem międzywojennym na terenie województw północno-wschodnich II RP, przedwojennej granicy polsko-radzieckiej na Białorusi, oraz służby Białorusinów w przedwojennym Wojsku Polskim. Autor 15 monografii historycznych. Laureat nagrody im. L. Sapehy w 2020 za zachowanie historycznej spuścizny Białorusi.
Każdego roku, począwszy od 2021 roku, władze dekorują białoruskie miasta i wsie z okazji „Dnia Jedności Narodowej – 17 września” specjalnymi banerami, wystawami i transparentami. Paradoks polega na tym, że brak wiedzy i elementarnej świadomości historycznej sprawia, iż osoby zajmujące się takim wystrojem robią niekiedy rzeczy wręcz kuriozalne. Tak oto w 2026 roku centrum Mińska (Prospekt Niepodległości, Plac Październikowy) udekorowano fotografiami przedstawiającymi polskich żołnierzy ustawiających słupy graniczne na nowej granicy polsko-sowieckiej pod Mińskiem latem 1921 roku. Pomijając już fakt, że fotografia ta została bez pozwolenia zaczerpnięta z jednej z moich książek, przedstawia ona zupełnie inny okres historyczny.
Jednak dla ludzi, którzy nie tylko nie potrafią odróżnić polskiej rogatywki wzoru 1919 z orłem od sowieckiej czapki wojskowej z lat 30. z czerwoną gwiazdą, lecz także mylą całe okresy historyczne, nie ma to najwyraźniej żadnego znaczenia. Jak to się mówi: „lud to kupi”. Do historii własnego kraju należy jednak podchodzić z większą odpowiedzialnością i kłaść nacisk na to, co łączy, a nie na to, co dzieli narody i państwa.