Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Kaukaz / 16.11.2020
Paweł Pieniążek, Stepanakert

Armenia przegrała wojnę. Żołnierze gotowi byli walczyć do końca

Porozumienie pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem kończące wojnę w Górskim Karabachu zostało podpisane niespodzianie. Jego treść jest dla Ormian trudne do zaakceptowania. Do końca byli karmieni propagandą i nie wiedzieli, jak źle układa się dla nich ta wojna.
Foto tytułowe
Zniszczony przez Ormian pojazd sił specjalnych Azerbejdżanu (MO Armenii)

Na dzień przed zajęciem miasta Szuszi (po azersku Şuşa) droga do miasta była nieprzejezdna, zamglona i upstrzona śladami po pociskach. Wysoko nad nią stały czołgi, które ostrzeliwały pozycje azerbejdżańskiej armii. Po drodze w dół schodziły oddziały żołnierzy opuszczających pozycje. Ich wyraz twarzy zdradzał, że widzieli za dużo – byli bladzi, lekko wystraszeni, o niewidzącym spojrzeniu. Mówili, że Szuszi to piekło. Miasto kilka godzin później zostało zajęte przez atakujących azerbejdżańskich żołnierzy.

Niewiele wcześniej dwudziestopięcioletni żołnierz o pseudonimie Abo, który wrócił z frontu, mówił mi, że sprawy mają się świetnie. – Na pierwszej linii sytuacja jest stabilna. Nasza armia i żołnierze robią wszystko, co możliwe – twierdził. – Jesteśmy gotowi walczyć do końca.

Dodawał, że przeciwnik wydaje się mieć mniej siły niż w pierwszych dniach wojny. Z kolei – zgodnie z jego słowami – wojska Górskiego Karabachu są coraz mocniejsze i zdolne powstrzymać nacierającą armię Azerbejdżanu. Abo przyznawał, że obrona Szuszi to największe wyzwanie tej wojny, ale nie bał się o losy miasta.

Wielu żołnierzy właśnie tak przedstawiało sytuację dziennikarzom, jak życzyła sobie tego oficjalna propaganda. W mediach informowano o sukcesach armii, a porażki zamieniano w toczące się bez końca bitwy bez jednoznacznego rezultatu. Skupiano się na opowieściach o bohaterskich żołnierzach i ich heroicznych czynach. 10 listopada złudzenia zostały brutalnie rozwiane, a rzeczywistość okazała się bardzo bolesna.

"Ja i prezydent Karabachu nie przedstawialiśmy pełnej informacji, jak opłakana jest sytuacja, żeby nie wywoływać paniki" – powiedział w obwieszczeniu do narodu premier Nikol Paszynian, który doszedł do władzy w 2018 r. w wyniku protestów ulicznych i szerokiego poparcia społeczeństwa.

Ludzie uciekli z domów

27 września wybuchła kolejna odsłona wojny o Górski Karabach między Azerbejdżanem a Armenią. Konflikt trwa od drugiej połowy lat 80. Rozpoczął się od zamieszek i pogromów, a przeistoczył w wojnę ormiańsko-azerską, w rezultacie której zginęło 30 tysięcy osób.

Obecna eskalacja była najgorsza od 1994 roku, gdy zostało podpisane zawieszenie broni. Ćwierć wieku temu zwycięzcy Ormianie przejęli kontrolę zarówno nad Górskim Karabachem, jak też nad otaczającymi go terenami, które uznali za strefę buforową. Niemal dziesięciomilionowy Azerbejdżan utracił 13 proc. swoich terytoriów, a około 800 tys. mieszkańców musiało uciec w głąb kraju. Na tych terenach powstała nieuznawana przez żadne państwo na świecie Republika Górskiego Karabachu, nazywana przez miejscowe władze Arcachem. Zgodnie z prawem to terytorium Azerbejdżanu, ale de facto należało do Armenii.

Po ponad miesiącu walk zginęło przynajmniej 2317 ormiańskich żołnierzy. Azerbejdżan nie informuje o stratach. Po obu stronach konfliktu życie straciło także kilkudziesięciu cywilów. Według danych UNICEF-u 130 ze 150 tys. mieszkańców regionu musiało opuścić swoje domy. Ogromna większość z nich udała się do trzymilionowej Armenii, reszta musiała znaleźć dla siebie miejsce w spokojniejszej, północno-zachodniej części Górskiego Karabachu.

Azerbejdżańskie wojska odnosiły kolejne sukcesy, niemal odcinając Górski Karabach od wsparcia. Dwie główne trasy łączące sporny region z Armienią znajdowały się pod ostrzałem, przejezdne pozostawały tylko pomniejsze drogi gruntowe. Odcięcie Górskiego Karabachu od Armenii szybko spowodowałoby braki w nieuznawanej republice, choćby w żywności, nie mówiąc o żołnierzach i sprzęcie wojskowym. Wsparcie Armenii stawało się przez to coraz bardziej skomplikowane.

Zaskakujące porozumienie

10 listopada weszło w życie czwarte porozumienie o zawieszeniu broni. Trzy poprzednie nie przetrwały nawet kilku godzin, bo obie strony nie wstrzymywały ostrzału. W myśl dokumentu podpisanego przez stronę azerbejdżańską, armeńską i rosyjską ustalono szereg warunków, których społeczeństwo zupełnie się nie spodziewało.
Rosyjskie zaangażowanie w Górskim Karabachu

Rosja od dawna jest związana z obiema stronami konfliktu. Sprzedawała broń jednym i drugim, trudno jej było zająć jednoznaczną pozycję i dlatego wzbraniała się przed oficjalnym wsparciem Republiki Górskiego Karabachu. Różnica polega na tym, że Armenia jest od Rosji uzależniona, a Azerbejdżan – nie. I w ostatnich latach bardzo zbliżył się do Turcji, która, w miarę jak rosną jej ambicje imperialne, usiłuje przyciągnąć Kaukaz Południowy na orbitę swoich wpływów. To jednak dosyć nowe zjawisko. Rosja zawsze była obecna we wszystkich inicjatywach dyplomatycznych dotyczących Górskiego Karabachu, dlatego też patronowała porozumieniu z 10 listopada. Turcji nie udało się włączyć w proces pokojowy.
W mediach tradycyjnych i społecznościowych utrzymywano, że Szuszi wciąż się trzyma. To miasto położone na strategicznym wzgórzu jest kluczem do Stepanakertu, 55-tysięcznej stolicy nieuznawanej republiki. Jak mówi popularne powiedzenie, kto kontroluje Szuszi, ten kontroluje Górski Karabach. Do obrony miasta rzucono znaczące siły ormiańskie, ale nie udało się powstrzymać ofensywy wojsk Azerbejdżanu (żadna ze stron nie ujawniła liczby żołnierzy). Nie do pobicia dla obrońców Górskiego Karabachu okazała się przede wszystkim przewaga technologiczna przeciwnika, w tym wykorzystywane na ogromną skalę drony.

Głównymi elementami dziewięciopunktowego porozumienia z 10 listopada są następujące ustalenia: obie armie pozostają na zajętych pozycjach, co znaczy, że nieuznawana republika traci znaczne tereny na południu, w tym Szuszi; od 15 listopada do 1 grudnia oddaje ona wszystkie terytoria na północnym zachodzie i część na wschodzie; pokoju ma natomiast pilnować rosyjski kontyngent składający się z 1960 żołnierzy wraz ze sprzętem wojskowym.

Za późno na porażkę

Na ulice stolicy Armenii, Erywania, wyszły tysiące ludzi, którzy, oburzeni warunkami porozumienia, domagają się dymisji rządu. Wśród nich wielu wojskowych, którzy brali udział w trwających sześć tygodni walkach.

Garik przyjechał na demonstrację prosto z pozycji pod miejscowością Davit Bek w południowo-wschodniej Armenii. Dla niego podpisane porozumienie było bezwarunkową kapitulacją. – Nie zgadzamy się na to – mówi. – Lepiej, by tej wojny w ogóle nie było. Przez lata popełnialiśmy jeden błąd za drugim, teraz próbujemy je naprawić. W którymś momencie trzeba się zatrzymać i zacząć wszystko od nowa.

Garik nie ma jednak dobrej odpowiedzi, jakie powinno być wyjście z tej sytuacji. Podobnie jak wielu z demonstrantów uważa, że takie porozumienie można byłoby podpisać na początku wojny, kiedy obyłoby się bez ofiar. – Wysłanie rosyjskich sił pokojowych byłoby dobre, gdyby zrobiono to dzień po rozpoczęciu wojny, a nie po sześciu tygodniach – stwierdza.

Gdyby…

Wielu przeciwników porozumienia nie jest w stanie go przyjąć, bo prawda okazała się być zbyt szokująca wobec informacji, które podawano im w mediach.

Sześćdziesięciodziewięcioletnia Anusz z Erywania przyszła na demonstrację mimo licznych chorób. Twierdzi, że jej zdrowie to nic w porównaniu z zagrożeniem, przed którym stanęła Armenia. – To porozumienia to nasza śmierć, przez nie ginie nasza ojczyzna. Chcemy, by zostało odrzucone – stwierdza kobieta.

Anusz jest rozemocjonowana. Zazwyczaj nie mówi, a krzyczy. Twierdzi, że nie boi się policyjnych tarcz, które stanęły na drodze protestującym, bo ma przed sobą ważny cel: obronę kraju. Jest przekonana, że gdyby nie dokument, wojna zostałyby wygrana. – Jeśli nie byłoby tego porozumienia, nasze wojska wzięłyby cały Arcach – uważa. – Gdyby Turcja nie stałaby za Azerbejdżanem, to doszłyby i do Baku.

Okrutne zaskoczenie

Powszechna niewiedza o rzeczywistej sytuacji doprowadziła do kryzysu politycznego, w rezultacie którego różne siły próbują rozegrać militarną porażkę na swoją korzyść, czego przykładem jest próba masowej mobilizacji przeciwników porozumienia i skierowania ich gniewu na premiera Paszyniana. Ten z kolei próbuje teraz wyjaśnić, że nie było innego wyjścia, bo sytuacja na froncie była zła. Teraz musi się mierzyć ze społeczeństwem, które uwierzyło w jego propagandę.

Paweł Pieniążek jest dziennikarzem, stałym współpracownikiem "Tygodnika Powszechnego". Relacjonował wydarzenia m.in. z Afganistanu, Iraku, Syrii i Ukrainy. Autor książek, w tym Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii (Wydawnictwo Czarne 2019), za którą został nominowany do Książki Reporterskiej Roku 2020 Grand Press. Laureat nagrody dziennikarskiej MediaTory w 2019 roku.
Protestujący od kilku dni Ormianie są gotowi domagać się zmiany, a wręcz anulowania porozumienia. Czują się zagubieni, oszukani i bez pomysłu, jak wyjść z tej sytuacji. Nie chcą toczyć dalej wojny, ale też nie wyobrażają sobie oddania Górskiego Karabachu. Nie są w stanie uwierzyć, że tym razem historia się do nich nie uśmiechnęła jak ćwierć wieku temu, gdy mimo przewagi liczebnej Azerów byli w stanie wygrać wojnę. Ich władze zapewniały, że tym razem będzie tak samo.