Nowa Europa Wschodnia (logo/link)
Transatlantyk / 24.11.2020
Basil Kerski

Europejczycy z kantonu Polska

Jerzy Giedroyc starał się wyciągnąć wnioski z najbardziej tragicznych doświadczeń historii Polski i Europy w XX wieku. W czasach rosnącego w siłę nacjonalizmu i autorytarnych tendencji filozofia "Kultury" znowu zyskała na aktualności.
Foto tytułowe
(Shutterstock)

W programie politycznym "Kultury" paryskiej zawiera się światopogląd (obywatelska i wielokulturowa tożsamość narodowa, świecka i liberalna demokracja, integracja europejska, społeczna gospodarka rynkowa), który zapewne nigdy – ze względu na swój uniwersalizm – nie straci daty ważności, nawet jeśli dzisiaj w Polsce, ale także w wielu innych krajach postkomunistycznej Europy, ten program jest akceptowany przez mniejszość. Idee Giedroycia i "Kultury" to synonimy pryncypialnego sprzeciwu wobec "prawdziwie" polskiej, jedynej słusznej linii władzy nad Wisłą oraz eurosceptycznych idei forsowanych przez wiele sił politycznych w Unii Europejskiej.

"To jest u mnie rzecz charakterystyczna – bardzo lubię iść pod włos" – wyznał Jerzy Giedroyc w rozmowie z Barbarą Toruńczyk w 1981 roku. Dziś miałby naprawdę sporo powodów do krnąbrności. Powracają etniczny nacjonalizm, egoizm narodowy. W Polsce władza toleruje, a czasami wręcz wspiera język antyniemieckości, antyrosyjskości, antysemityzmu i antyukraińskości. Islamofobia i homofobia stały się nad Wisłą chlebem powszednim, trwałym elementem polskiej rzeczywistości. Na całym Starym Kontynencie trudno obecnie mówić językiem europejskiej solidarności, łatwiej wyznawać "realistyczny" eurosceptycyzm czy wręcz wrogie stanowisko wobec integracji europejskiej. Zamiast wytyczać ambitne europejskie cele w XXI wieku, zaproponować rozwiązania polityczne, które powiększą dobrobyt Europejczyków, uciekamy w nacjonalistyczne retro-utopie, rekonstrukcje przegranych bitew. Ekscytuje nas nostalgia, nie zaś europejska przyszłość.

Andrzej Peciak i Jerzy Giedroyc, Maisons-Laffitte, 1995 (CC)
Populiści hałaśliwie odrzucają wymiar wspólnotowy Unii Europejskiej. Nacjonalistyczni politycy starają się nas przekonać, że nie budowa Unii Europejskiej jako silnego aktora globalnego, lecz scentralizowane państwo narodowe jest najlepszą odpowiedzią na cywilizacyjne wyzwania współczesności. Polacy, Węgrzy czy Czesi chętnie przyjmują dotacje z Brukseli, ale nie chcą brać odpowiedzialności za Europę. Odpowiada nam Unia Europejska jako wspólny rynek, przestrzeń przepływu kapitału, usług i ludzi, ale już mniej jako "praca domowa", w której mamy obowiązki, na przykład przestrzeganie praworządności, zagwarantowanie równouprawnienia, ochronę praw mniejszości. Autorytarni politycy z Europy Środkowo-Wschodniej używają języka nacjonalistycznego, bo obawiają się europejskich standardów praworządności i wynikających z nich mechanizmów kontroli władzy. W Polsce panuje wręcz infantylna wiara w sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, dominuje pasywność wobec pomysłów pogłębiania zbiorowej obronności Europy. Liczą się puste obietnice narcystycznego showmana, prezydenta Trumpa, nie zaś rozwój multilateralnej unijnej polityki, która wzmocniłaby bezpieczeństwo Europy.

Nacjonalistyczny język niszczy też zbudowaną przez dziesięciolecia kulturę dobrosąsiedzkiego partnerstwa. Deprecjonowane są inicjatywy pojednania z Niemcami i Ukraińcami. Władza inwestuje w dystans do sąsiadów, w to, co dzieli, szczególnie w obszarze pamięci. Nie interesuje jej partnerski dialog na temat przeszłości. Wyłącznie "polski punkt widzenia" jest "prawdą historyczną". Nie liczą się wieloperspektywiczność, zrozumienie doświadczenia sąsiada. Dokładnie trzydzieści lat temu minister Krzysztof Skubiszewski, jeszcze przed przełomowym zjednoczeniem Niemiec, nazwał relacje Polaków z Niemcami wspólnotą wartości i interesów. Mówił nie tylko o aktualnych wówczas realiach, ale także o perspektywach – ambicjach budowania polsko-niemieckiego motoru Europy. Dziś ta perspektywa została wyparta z polskiej polityki zagranicznej, jest deprecjonowana jako wasalna i antypolska ("niemiecka V kolumna"). Zaniedbano tak ważne dla europejskich wpływów Polski polsko-francusko- niemieckie partnerstwo w ramach Trójkąta Weimarskiego.
Wolimy tkwić na peryferiach Europy, poza strefą euro, w sojuszu z Viktorem Orbánem, wodzem-oligarchą o autorytarnych skłonnościach, i występować przeciwko integracji kontynentu.

Tak jest wygodniej, można się wymądrzać, wyżywać za swoje kompleksy na innych, nie biorąc odpowiedzialności za Europę. Legitymizujemy naszą peryferyjność, pielęgnując pogardę dla liberalizmu i sekularyzmu Niemców, dla ich wielokulturowości. W naszym obrazie Niemiec roi się od sprzeczności. Wiemy, że w wielu wymiarach życia publicznego, społecznego i gospodarczego ciągle gonimy za naszymi zachodnimi sąsiadami. To budzi w nas mieszankę kompleksów i chaotycznych dysonansów. Podziwiamy Niemcy za ich rozwój cywilizacyjny, a jednocześnie to, co niemieckie, jest zgniłe, "bezbożne", słabe, naiwne, niemoralne. W mediach prorządowych Niemcy z jednej strony są ukazywani jako zniewieściali i kapitulujący przed islamistami oraz LGBT, a z drugiej strony jako dominująca nad Europą potęga i kontynuacja tradycji III Rzeszy. Stosunek do Niemiec przekłada się na co najmniej ambiwalentny stosunek wielu Polaków do Zachodu, od wieków utożsamianego z sąsiadem zza Odry.

Większość naszych katolickich duchownych wzmacnia antyzachodnią postawę wiernych. Współczesny katolicyzm w Polsce, ale także na Słowacji czy Węgrzech, pielęgnuje koncepcję zamkniętej twierdzy, jest antyuniwersalny, antyzachodni, klerykalny, w innych kulturach i wyznaniach dostrzega jedynie zagrożenie. Polscy księża oraz przychylni im politycy dużo mówią o wielokulturowej tradycji Rzeczypospolitej, naszej odwiecznej tolerancji, atrakcyjności polskiej kultury, otwartości na Innego. Jednocześnie we współczesnej europejskiej wielokulturowości upatrują zagrożenia dla spójności etnicznego narodu. Swoim nacjonalistycznym, antyzachodnim zachowaniem środkowoeuropejski katolicyzm zbliżył się do rosyjskiej Cerkwi, walczącej z "Giejropą" i wspierającej autorytarno-imperialny reżim Putina.

Lekcje historii
Wszystkie te zjawiska budziłyby dziś zasadniczy sprzeciw Jerzego Giedroycia. Zapewne przygnębiałby go powrót starych nieodrobionych lekcji. "Historia wprawdzie się nie powtarza, ale udziela lekcji" – napisał Timothy Snyder na temat doświadczenia XX wieku. Dziś Giedroyciowi też bliskie byłyby zapewne słowa poetki Ingeborg Bachmann: "historia co prawda ciągle udziela lekcji, ale często brakuje uczniów".

Jerzy Giedroyc starał się odczytać lekcje najnowszej historii i wyciągnąć wnioski z najbardziej tragicznych doświadczeń Polski i Europy. Cała jego działalność polegała na przestrzeganiu nas przed popełnianiem starych błędów. Szukał dróg wyjścia z myślenia politycznego, które zagraża pokojowi w Europie i polskiej niepodległości. Nie w nacjonalizmie widział szansę dla polskiego narodu po 1945 roku, ale w Europie. Stawiał opór endeckiej tradycji pojmowania Polski w kategoriach narodu etnicznego. Polska była dla Redaktora nie tylko wspólnotą pamięci i języka, ale także kulturą czerpiącą z wielu źródeł dziedzictwa Europy Środkowej i Wschodniej.
Giedroyc rozumiał kulturę polską jako sumę spotkań narodów oraz wspólnot religijnych i etnicznych, które przez setki lat współtworzyły Rzeczpospolitą w środku kontynentu.

Jerzy Giedroyc reprezentował postawę, która często skazywała go na peryferyjny byt polityczny. Stale doświadczał bycia outsiderem, chodzenia pod prąd, co podkreślił w zacytowanej na początku rozmowie z Barbarą Toruńczyk. Dzięki rewolucji "Solidarności" Toruńczyk miała okazję na początku 1981 roku wyjechać do Francji i przeprowadzić z Redaktorem i Zofią Hertz w Maisons-Laffitte rozmowy na temat filozofii politycznej "Kultury". Redaktorka naczelna "Zeszytów Literackich" dopiero w 2006 roku, po śmierci Redaktora, wydała je w formie książki. Rozmowy z Maisons- Laffite, 1981 dziś fascynują i jednocześnie przerażają. Fascynują, ponieważ w wielkim zaufaniu, z dystansem do siebie i specyficznym lakonicznym humorem Giedroyc opowiada o swojej drodze publicznej, kreśli swój autoportret. Przerażają, ponieważ wiele obserwacji, krytycznych analiz Redaktora dotyczących deficytów polskiej polityki, po prawie czterech dekadach nie straciło na aktualności. Można wręcz uznać, że wskazane przez Giedroycia nieodrobione lekcje powróciły. Pozwolę sobie przytoczyć trzy fragmenty, które wydają mi się w tym kontekście najbardziej na czasie.

"Syndrom endecki"

W czasach karnawału Solidarności, na początku pontyfikatu Jana Pawła II, rzecznika ekumenizmu i dialogu między religiami, Giedroycia nie opuszczał strach przed siłą uwodzenia myśli endeckiej i jej silnym zakorzenieniem w polskim Kościele katolickim.

Niepokoi mnie bardzo wciąż silny syndrom endecki, silny zwłaszcza w sensie mentalności […]. To jest mentalność, jak sądzę, bardzo wielkiego procentu społeczeństwa. Cały ten antysemityzm, szowinizm, ksenofobia. I to jest w dużym stopniu wzmacniane przez […] pewien sojusz z Kościołem. W Kościele tak samo są elementy wsteczne. Ta wsteczność polega właśnie na mentalności endeckiej.

Giedroycia w endecji drażniły nie tylko etniczny nacjonalizm, ksenofobia, ale właśnie w nich dostrzegał słabość myślenia w wymiarze budowania wspólnoty narodów europejskich, sojuszy multilateralnych.

Dla endecji jest jeszcze charakterystyczny, poza tym antysemityzmem i tymi wszystkimi nieprzyjemnymi cechami, brak wiary we własne siły narodu, konieczność szukania protektora. […] To szukanie protektora… Dawniej to była Anglia czy Francja, teraz uważa się, że jesteśmy skazani na Związek Sowiecki i musimy się do niego dostosować, nie próbując niczego wywalczyć.

Sojusz endecji z Kościołem oraz koncepcja piastowska odbierały Polsce w oczach Giedroycia (i do dziś odbierają) umiejętność odegrania znaczącej roli w Europie jako pośrednika między Wschodem i Zachodem, do czego zobowiązuje Polaków położenie geopolityczne kraju.

Bardzo mnie niepokoi nacjonalizm Kościoła – w tym wypadku myślę o skutkach bezpośrednio politycznych – który zamyka Polskę jako kraj jednolity polski: ta koncepcja piastowska, która mi się wydaje niesłychanie szkodliwa. Nieszczęście Polski – stale to powtarzam – polega na tym, że my nie możemy być Czechosłowacją. Nawet gdybyśmy chcieli. Jesteśmy w tej sytuacji geopolitycznej, że możemy istnieć tylko jako pewien ośrodek oddziałujący na całą Europę Wschodnią: jesteśmy w przeciągu, między Wschodem i Zachodem. Dlatego nie możemy się zamknąć w granicach etnograficznych polskich. To nie idzie o nawrót do koncepcji jagiellońskich, które są dzisiaj zupełnie nieaktualne, tylko o to, że cała rola Polski polega na roli Polski w Europie Wschodniej. I Kościół tego nie bierze pod uwagę. Kościół prowadzi właśnie politykę nacjonalistyczną i katolicką.

Odrzucenie etnicznego nacjonalizmu Giedroyc uważał za swój patriotyczny obowiązek, ponieważ czuł się odpowiedzialny za los nie tylko swojego narodu, ale i całej Europy. Postrzegał siebie zarówno jako Polaka, jak i wschodniego Europejczyka. W jego spojrzeniu na kulturę polską, szczególnie na tradycję Rzeczypospolitej Obojga Narodów i II RP, którą jako urzędnik współtworzył, nie było krzty nostalgii za utraconym, wyidealizowanym krajem; naznaczyła je świadomość niebezpieczeństw wynikających z nacjonalistycznych ideologii: z postaw antagonizujących mniejszości narodowe, grupy etniczne czy wspólnoty religijne, ograniczających tożsamość człowieka do jednego, wyznaczonego przez autorytarnych polityków wymiaru, a historię narodu do jednej słusznej interpretacji.

Patriotyzm jako postawa obrony uniwersalnych wartości

Timothy Snyder, wybitny historyk Europy Wschodniej, ale także znawca dzieła Giedroycia, w eseju O tyranii dokonał próby określenia zasadniczych różnic między nacjonalistami a patriotami i podkreślił pozytywne znaczenie patriotyzmu dla liberalnej demokracji. Opisał nacjonalizm jako postawę oderwaną od świata realnego, gdyż jedyną prawdą nacjonalistów jest niechęć do innych. Bezwzględne wartości etyczne czy estetyczne istnieją dla nacjonalistów jedynie względnie, dlatego Snyder uważa nacjonalizm za postawę relatywistyczną.

Ojciec Bocheński
Z kolei patriota chce, żeby naród dorównał wyznawanym przez niego ideałom, co oznacza żądanie, abyśmy byli jak najlepsi. Patriota musi liczyć się z realnym światem, który jest jedynym miejscem, gdzie jego kraj może zostać otoczony miłością i troską. Patriota wyznaje uniwersalne wartości i standardy, według których mierzy swój naród, zawsze życząc mu dobrze, a zarazem pragnąc, aby stawał się jeszcze lepszy.

Patriotyzm jako kultura łącząca rozwój państwa, wspólnoty politycznej, z ochroną uniwersalnych wartości, patriotyzm pojmowany jako ambicja, aby obywatelski naród polityczny (nie etniczny) rozwijał się na bazie uniwersalnych standardów z troską o otaczający go świat – taka definicja patriotyzmu trafnie określa myśl polityczną Jerzego Giedroycia, jego spojrzenie na Polskę i Europę. Wyraz tej formy otwartego patriotyzmu odnajdziemy w jednym z najważniejszych dokumentów programowych paryskiej "Kultury", w Manifeście demokratycznym z 1951 roku. Jego autorem był dominikanin Innocenty Maria Bocheński, pod dokumentem podpisał się zaś cały zespół "Kultury".

Po wielu latach wróciłem, z okazji dwudziestej rocznicy śmierci Jerzego Giedroycia, do tego eseju i muszę przyznać, że zaskoczyła mnie jego aktualność. Dla Bocheńskiego chrześcijaństwo jest jednym z najważniejszych źródeł demokracji, równouprawnienia, kultury godności człowieka. Dominikanin otwarcie mówi jednak, że wiele sił, wspólnot religijnych powołujących się na chrześcijaństwo, wspiera systemy autorytarne i postawy nacjonalistyczne, sprzeczne z Ewangelią.
Wierna etyce chrześcijańskiej postawa winna zdaniem Bocheńskiego zmuszać Polaków do odpowiedzialności szerszej niż jedynie za własną wspólnotę etniczną. Zaangażowanie na rzecz Europy miało otworzyć Polakom drogę do odzyskania wolności i niepodległości.

Manifest demokratyczny był nie tylko wyrazem ambicji zespołu "Kultury", by wyjść z emigracyjnego getta polskiego, z ograniczonego myślenia w kategoriach narodowych, ale także apelem o odnowę demokracji i systemu gospodarczego Europy po katastrofie II wojny światowej. Potrzeba odnowy nie miała dotyczyć wyłącznie tych społeczeństw, które odpowiadały bezpośrednio za totalitaryzmy XX wieku – Niemców, Włochów czy Rosjan. Zespół "Kultury" odnosił się z krytycyzmem do całej europejskiej rzeczywistości, także do polskiej przedwojennej i wojennej polityki. Doświadczenie wojny zobowiązywało Giedroycia i jego współpracowników do myślenia o całkowicie nowej kulturze demokratycznej i ekonomicznej, nawiązującej do najlepszych uniwersalnych tradycji szanujących godność jednostki.

Taką radykalną wizję Redaktor sformułował już na początku działalności Instytutu Literackiego, jeszcze w 1946 roku w Rzymie. Swoją postawę wyraził w jednym z listów do Aleksandra Bocheńskiego, brata ojca Innocentego. W przeciwieństwie do duchownego Aleksander pozostał w kraju, zamiast emigracji wybrał kolaborację z komunistami. Giedroyc znał braci Bocheńskich jeszcze z przedwojennej współpracy publicystycznej, blisko przyjaźnił się z poległym podczas wojny Adolfem Bocheńskim. W liście do Aleksandra Bocheńskiego z 24 września 1946 roku podkreślił dystans do powojennych wyborów adresata i ujawnił swoje ambicje dotyczące roli Instytutu Literackiego: "Różnimy się może w tym, że ja zaczynam coraz bardziej myśleć w kategoriach europejskich, a nie wąsko polskich czy środkowoeuropejskich, i że mam ambicję stworzenia sloganów nowej rewolucji, rewolucji antykapitalistycznej i antykomunistycznej jednocześnie".

Motyw zapowiedzianej w liście do Aleksandra Bocheńskiego intelektualnej rewolucji pojawia się w Manifeście demokratycznym, krytycznym wobec władzy zarówno na Zachodzie, jak i Wschodzie, zdystansowanym od kapitalizmu w jego przedwojennym wydaniu, negatywnie oceniającym wszelkie feudalizmy oraz systemy polityczne pozbawione emancypacyjnych i socjalnych wizji. Jest to oczywiście głos przeciwko totalitaryzmom, faszyzmowi i komunizmowi. Wyjątkowym dokumentem dodatkowo czyni Manifest demokratyczny autorstwo duchownego, upominającego Kościół katolicki za brak chrześcijaństwa, bizantynizm rozumiany jako podporządkowanie Kościoła władzy świeckiej. To według Bocheńskiego problemy nie tylko wschodniego chrześcijaństwa.

"Wolność odzyskać możemy tylko pod warunkiem scalenia Europy"

Manifest otwierają przewrotne zdania: "Mamy dość ancien régime’u. Nie chodzi przy tym tyle o ustrój polityczny, ile i gospodarczy, a zwłaszcza o związany z nim system wartościowania ludzi". Ojciec Bocheński wyraża moralny bunt przeciwko wszelkim systemom politycznym i gospodarczym, które ograniczają demokrację, równość i godność człowieka – bez znaczenia, czy są nimi kapitalizm w skrajnej formie (wyzysk), czy komunizm, faszyzm, stalinizm. Bocheński definiuje demokrację nie z perspektywy systemowej, politycznej, lecz z perspektywy wartości. U podstaw europejskiej demokracji leży chrześcijaństwo.

Trzy dogmaty uważa Bocheński za kluczowe dla chrześcijaństwa. Po pierwsze, dogmat "synostwa Bożego", to znaczy braterstwa ludzi. Bez względu na jakiekolwiek elementy tożsamości czy posiadania, wszyscy jesteśmy równi przed Bogiem. Drugi dogmat dotyczy łaski, czyli miłości. Człowiek jest bez niej niczym, a kto z nas łaskę posiada – nie wiemy. Chrześcijaństwo postuluje więc odrzucenie wszelkich teorii "lepszych rodzin", wszelkich form społeczeństwa klasowego. Trzeci dogmat nawiązuje do Ewangelii: "Nikt nie jest dobry, jeno Bóg". Chrześcijanin powinien przeciwstawiać się wszystkiemu, co prowadzi do ubóstwiania stworzeń, a więc także ludzi, do kultu jednostki.

Bocheński nie ukrywał, że Kościół katolicki oddalił się od tych dogmatów i że w dziejach całego chrześcijaństwa, nie tylko wschodniego, znajdujemy wiele wyrazów bizantynizmu. Dostrzega także pewien paradoks historyczny, dotyczący trwania etyki chrześcijańskiej w agnostycznych ideach, a polegający na tym, że to "odstępcy od chrześcijaństwa", na przykład encyklopedyści, pozytywiści i socjaliści, nie zaś Kościół, byli w nowoczesnych czasach głównymi nosicielami chrześcijańskiej doktryny moralnej. Pod jego chrześcijańską refleksją podpisał się, jak wspomniano, cały zespół Instytutu Literackiego, w kwestiach wiary przecież bardzo zróżnicowany.

Konsekwencją proklamowanej przez Bocheńskiego i zespół "Kultury" moralnej, demokratycznej rewolucji była zmiana postrzegania polskości i drogi do odzyskania niepodległości.

Zakładam, oczywiście – to jest inny aspekt współczesnej moralnej rewolucji – że w duchu nikt z nas nie jest już tylko Polakiem, ale Europejczykiem z kantonu Polska. Sytuacja jest obecnie taka, że (pomijając moralną stronę zagadnienia), wolność odzyskać możemy tylko pod warunkiem scalenia Europy i jej zwycięstwa w walce z molochem rosyjskim. Wszystko więc, co Europę wzmocni bez względu na to, jak ten czy ów Europejczyk z innych kantonów na naszą kantonalną sprawę się rozpatruje, jest naszym lokalnym, polskim interesem. A wśród tych rzeczy jest obrona przeciw narzuconej przez Rosję reakcyjności i walka o wprowadzenie w życie ideałów, o które warto walczyć i ginąć.

Jak puste, pozbawione politycznej siły jest słowo "niepodległość" bez szerszej wizji odnowy europejskiej wolności, podkreślał w artykule opublikowanym w "Kulturze" w 1954 roku pod tytułem Polacy i… poganie Juliusz Mieroszewski.

Juliusz Mieroszewski
"Państwo na emigracji" wyznaje od początku fałszywą wiarę, że jedynym naszym celem jest niepodległość. Bismarckowska teza głosząca, iż absolutna suwerenność jest ostatecznym celem dążeń narodowych, jest dziś anachronizmem. "Kultura" była zawsze wierna poglądowi, że wolność jest celem nadrzędnym, któremu wszystko musi być podporządkowane. Pierwsze pytanie w politycznym abecadle brzmi nie – czy Polska będzie niepodległa?, lecz – czy świat jutro będzie światem wolnych ludzi? To jest owo kardynalne "A", od którego wszystko zależy. Niepodległość Polski (między Niemcami a Rosją) rozpatrywana w oderwaniu od problemu radykalnej przebudowy systemu międzynarodowego, a w szczególności systemu europejskiego – jest mrzonką nie z tego świata.

Mieroszewski podobnie jak Bocheński widział szanse dla rozwoju Polski wyłącznie w wymiarze europejskim. W swoim eseju Finał klasycznej Europy z 1950 roku podkreślał cywilizacyjne wyzwania, które wymagają porzucenia myślenia czysto narodowego: "Rozwój techniki, produkcji i komunikacji wytworzył zagadnienia ekonomiczne, które są nie do rozwiązania wśród państw poogradzanych zasiekami zakazów datujących się z epoki ideału samowystarczalności".

Dla Mieroszewskiego i Giedroycia ważnym motywem dla wspierania wizji federalistycznej Europy była próba odnalezienia odpowiedzi na klasyczne pytanie o budowę równowagi sił w Europie. Taki model polityczny Europy daje wszystkim narodom możliwość równego rozwoju, czyni małe narody podmiotami polityki europejskiej, chroni Europejczyków przed strefami wpływów imperiów. Polska niepodległość, nie satelickość, była zdaniem Mieroszewskiego możliwa wyłącznie dzięki odwadze wyjścia z izolacji, otwartości na Europę, wpieraniu ruchów integrujących kontynent. Swojej opinii dał wyraz w eseju O reformę "zakonu polskości" w 1952 roku.

Zerwanie z bałwochwalstwem anachronizmu musi obejmować również rewizję naszej parafialnej wykładni dziejów narodowych. Musimy, innymi słowy, zacząć rozpatrywać polską historię jako fragment historii Europy, bo dotąd było odwrotnie – historię rozpatrywaliśmy zawsze z punktu widzenia partykularnych interesów Polski. […] Jeżeli narody europejskie, a wśród nich i Polacy – nie zrewidują swych przedpotopowych poglądów i nie zdobędą się na jedynie słuszny i nowoczesny punkt widzenia: Europa przede wszystkim! – przewidywać należy całkowitą katastrofę. Europa nie sfederalizowana będzie albo rosyjska, albo niemiecka […]. Politycy małych i średnich narodów, hołdujący anachronicznym poglądom, są w swej tępocie zdrajcami Europy. Albowiem mamy przed sobą tylko dwie możliwości: Europę sfederalizowaną albo satelicką.

Gdy Giedroyc i Mieroszewski mówili o "sfederalizowanej Europie" czy "federacji europejskiej", nie mieli na myśli szczegółowych rozwiązań ustrojowych, jak słusznie podkreślił Krzysztof Pomian. Pozostawiali je politykom i ekspertom. Zależało im tylko na tym, by doszło do zjednoczenia Europy, do uczynienia z niej jednego z podmiotów polityki międzynarodowej, zdolnego być mocnym partnerem dla Stanów Zjednoczonych i podmiotem politycznym przeciwstawiającym się komunistycznemu imperium.

Opowiadając się za integracją europejską, a przeciwko izolacji narodowej, Giedroyc i Mieroszewski nie tworzyli nowych utopii, lecz wyciągali realistyczne wnioski z polskiego doświadczenia. "Zjednoczona Europa była dla »Kultury« nadzieją Polski – zauważył Krzysztof Pomian – jedynym realnym i trwałym rozwiązaniem tego problemu geopolitycznego, wobec którego stanęła ona w XVIII wieku i z którym własnymi siłami nie była się w stanie uporać: jak zachować niepodległość między Niemcami a Rosją, dwoma mocarstwami liczniejszymi ludnościowo i potężniejszymi gospodarczo, a przy tym zainteresowanymi nawiązaniem sojuszu nieuchronnie wymierzonego przeciwko niej. Zjednoczona Europa była dla »Kultury« jedynym realnym trwałym rozwiązaniem tego właśnie problemu".

Prekursorzy dialogu z sąsiadami

Drogą prowadzącą do odbudowy demokratycznej Polski, do zapewnienia długofalowego pokoju w powojennej Europie, była dla Giedroycia integracja europejska, ale także proces normalizacji relacji Polski z sąsiadami. W wysiłku znalezienia języka rozmowy z nimi o sprawach trudnych widział klucz do budowy nowego pokojowego ładu w Europie. W czasach zimnej wojny poparcie projektu federacyjnego i pojednania z sąsiadami należało oczywiście do elementów polityki antykomunistycznej. Federacja Europejska była intelektualną i polityczną alternatywą dla komunistycznego internacjonalizmu, a dialog z sąsiadami kontrastował z wielkorosyjskim imperializmem oraz etnicznym nacjonalizmem PZPR, służącym legitymizacji powojennych granic Polski.

Dużo było w komunizmie retoryki internacjonalistycznej, o braterstwie narodów, ale władze w Moskwie i Warszawie cały wysiłek inwestowały w uniemożliwienie jakiegokolwiek otwartego dialogu z sąsiadami. Komuniści wręcz pogłębiali narodowościowe konflikty, kreśląc nowe granice, przymusowo przesiedlając ludzi, szerząc ksenofobię. Zarządzali blokiem sowieckim zgodnie z zasadą "dziel Europę i nią rządź". Szczególnie antysemityzm, antyniemieckość i antyukraińskość stały się elementarną bronią obrony władzy w PRL, przyczyniając się do głębszego zakorzenienia endeckiej mentalności w polityce polskiej.

Mimo kontaktu z sąsiadami ograniczonego do zachodnich Niemców i środowisk emigrantów "Kultura" Giedroycia była prekursorem wielu powojennych inicjatyw pojednania i porozumienia między Polakami a Niemcami, Ukraińcami, Litwinami, Rosjanami, Białorusinami, Czechami i Żydami. W ramach pojednania zdecydowanie sprzeciwiała się perspektywom zbiorowym, zacierającym losy jednostki. Krytykowała także pryncypialnie wszelkie formy wychowania ludzi do nienawiści, charakterystyczne dla polityki autorytarnej i nacjonalistycznej, będące kulturowym obciążeniem dla Europejczyków.

Współpraca kręgu Giedroycia ze wschodnimi sąsiadami jest dziś lejtmotywem opowieści o Instytucie Literackim. Koncepcja ULB, czyli postrzeganie niepodległości Ukrainy, Litwy i Białorusi jako fundamentu suwerenności Polski, odgrywała od czasów rewolucji "Solidarności" ważną rolę w polskim dyskursie politycznym.
Niemniej politycy i eksperci powołujący się na koncepcję ULB często zapominają, że refleksję na temat wschodnich sąsiadów wplatał Giedroyc w szersze myślenie o przyszłości całego kontynentu, nieodłącznie od budowania pozytywnych relacji Polaków z zachodnią Europą, szczególnie z Niemcami.

Dziś prawicowe środowiska aktywną politykę Polski na wschodzie stawiają w kontrze do partnerstw na zachodzie, szczególnie z demokratycznymi Niemcami. Prometejskie wątki są wręcz wykorzystywane do budowy antyunijnych czy antyniemieckich postaw. To wielkie niezrozumienie wizji "Kultury".

Obserwuję z niepokojem, że polska opinia publiczna nie docenia wsparcia Giedroycia, Stempowskiego, Mieroszewskiego czy Czapskiego dla idei daleko idącej integracji europejskiej. Zapomniano także, jak ważną rolę odgrywały w myśleniu kręgu Instytutu Literackiego problem niemiecki i kwestia normalizacji stosunków polsko-niemieckich. W "Kulturze" problematyka ULB zazębiała się z tematyką niemiecką. To były dwie strony tego samego medalu. Jak trafnie zauważył Piotr Mitzner, powinniśmy może mówić o koncepcji "ULB-N" paryskiej "Kultury".

Redaktor nie znał języka niemieckiego, niemniej do najbliższych współpracowników należeli Józef Czapski czy Juliusz Mieroszewski, którzy wychowali się w języku niemieckim, albo Jerzy Stempowski i ukraiński kosmopolita Bohdan Osadczuk, którzy studiowali w Niemczech. Szczególnie Stempowski i Osadczuk łączyli w sobie głęboką znajomość kultury niemieckiej z zakorzenieniem w kulturach narodów wschodniej Europy. Razem z Józefem Czapskim obaj po wojnie prowadzili dialog jednocześnie z Niemcami i narodami wschodniej Europy.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden wymiar trudnego dialogu z sąsiadami, wart zainteresowania w czasach rosnącego nacjonalizmu. "Kultura" walczyła z wszelkimi uprzedzeniami i perspektywami zbiorowego postrzegania działań ludzkich. Na jej łamach z wielkim zaangażowaniem pisał o pułapce myślenia w kategoriach zbiorowej odpowiedzialności Józef Mackiewicz, dziś ikona polskiej prawicy. Jego esej Kompleks niemiecki, w którym stanowczo krytykował antyniemieckie i antyrosyjskie uprzedzenia Polaków, pokazuje, jak odlegli są dziś od Mackiewicza ci intelektualiści, którzy powołując się na jego antytotalitarną postawę, legitymizują nacjonalizm. W ocenie Mackiewicza zbrodnie wojenne Niemców i Sowietów doprowadziły do tego, że Polacy przestali rozróżniać los jednostki od polityki, zbrodni państwa. Mackiewicz nie negował okrutnych zbrodni niemieckich ani ich nie relatywizował, ale buntował się przeciw spuszczaniu przez Polaków zasłony milczenia na zbrodnie dokonywane na niemieckich cywilach. Za swój obowiązek obywatela i artysty uważał radykalne odcinanie się od morderstw, gwałtów i przymusowych przesiedleń Niemców.

Mackiewicz nie ufał rozciąganiu odpowiedzialności za zbrodnie wojenne na całe narody; określił takie postępowanie jako „propagandową grę koniunktury politycznej”. Perspektywa odpowiedzialności zbiorowej służy dyktatorom, ponieważ takie myślenie blokuje umiejętność empatycznego spojrzenia na los innego człowieka, odbiera jednostce godność i niezależne myślenie. Apelował w swoim eseju szczególnie do artystów, pisarzy, aby dokumentując zbrodnie wojenne i powojenne, przeciwstawiali się narodowemu kolektywowi. Podkreślał, że każda zbrodnia jest wymierzona w człowieka, nie w naród. Ocenianie z tej perspektywy Niemców uznał za wyjątkowo niebezpieczne dla Polaków, dla rozwoju demokratycznej kultury polskiej, jej niezależności: "Niemcy są dla wielu Polaków zamkniętym kręgiem i skamieniałym w tym ujęciu kompleksem psychicznym. […] Jeżeli stosunek do jednego tylko państwa, czy jednego narodu, hamuje wszelką żywotną elastyczność i stanowi kamień do potknięcia na drodze samodzielności myślenia, to cóż dopiero mówić o możliwościach polskiego wkładu czy udziału w postępie wszechświata".

Wychowanie do godności zamiast wychowania do nienawiści

Jak już wspomniałem, dla Giedroycia "Kultura" była laboratorium myślenia politycznego. Należy ją postrzegać jako wielki projekt edukacji obywatelskiej. Zespół "Kultury" zwalczał zakorzenione przez nacjonalizmy i totalitaryzmy "wychowanie do nienawiści". Konflikt między wychowaniem do nienawiści a wychowaniem do godności jako cywilizacyjne wyzwanie opisał Leszek Kołakowski w przemówieniu, które wygłosił z okazji przyznania mu Nagrody Księgarzy Niemieckich w 1977 roku we Frankfurcie. Nie tylko odniósł się w nim do doświadczenia konfliktu polsko-niemieckiego, nie tylko bezpośrednio legitymizował kulturę pojednania między narodami, ale też dokonał zasadniczej refleksji na temat etyki demokratów.

Giedroyc przemówienie Kołakowskiego opublikował w grudniowym numerze "Kultury" z 1977 roku, pod tytułem Wychowanie do nienawiści, wychowanie do godności. Po Manifeście demokratycznym Bocheńskiego jest to kolejny kluczowy dla filozofii "Kultury" dokument. W czasach silnej polaryzacji polityki i powszechnego, ironicznego dystansowania się od empatii bardzo potrzebujemy tego tekstu. Kołakowski podkreślił, jak wielką siłą jest nienawiść; służy zniewoleniu, paraliżowaniu jednostki. "Zapotrzebowanie na nienawiść wyjaśnia się tym, że niszczy ona wewnętrznie tych, co nienawidzą, że czyni ich bezbronnymi wobec państwa, że równa się duchowym samobójstwom, samozniszczeniu, a przez to wydziera korzenie solidarności również między tymi, co nienawidzą".

Nienawiść scharakteryzował Kołakowski jako "tajną broń totalitaryzmu". Uczuciem tym zatruwa się całą tkankę duchową człowieka i przez to odbiera mu godność. Kultura demokratyczna wychowuje do godności, "to zaś zakłada nieoddzielnie jedno i drugie: gotowość do walki i wolność od nienawiści". Kołakowski nie miał złudzeń, że łatwiej wychować człowieka do nienawiści, trudniej nam wszystkim o tolerancję, dialog, a konflikty są częścią życia zbiorowego, ale dla demokratów, dla wolnych obywateli, nie widział innej drogi niż trudna ścieżka do tolerancji: "Duch koncyliatorski i gotowość do kompromisu bez tchórzostwa i bez konformizmu, zdolność do usuwania nadmiaru wrogości bez czynienia ustępstw tym, co się uważa za jądro sprawy, jest to sztuka, która z pewnością nikomu bez trudu nie przychodzi jako dar naturalny. Od naszej umiejętności przyswajania sobie tej sztuki zależy wszelako los demokratycznego ładu na świecie".

By stać się duchowo suwerennym, człowiek musi się nauczyć zaangażowania społecznego, walki politycznej bez nienawiści, musi oddać się duchowi pojednawczemu – podkreślał Kołakowski. W swoim eseju dał oczywiście wyraz budowaniu kultury dialogu między narodami naznaczonymi doświadczeniem wojny, ale także poruszył temat kultury politycznej, szczególnie walki z komunizmem oraz o niepodległość. Frankfurckie przemówienie Kołakowskiego odsłania sens walki bez przemocy. Polska opozycja antykomunistyczna (jej oficjalnym reprezentantem na Zachodzie był w latach siedemdziesiątych Kołakowski) taką właśnie drogę wybrała. Przyniosła ona Polakom największy sukces polityczny w XX wieku po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Trzeba ten fakt przypominać w czasach, gdy przez edukację państwową wyżej stawiana jest walka o niepodległość z bronią, a za wyraz patriotyzmu uznaje się zbiorową niechęć do sąsiadów.

W tym samym grudniowym numerze "Kultury" z 1977 roku Jerzy Giedroyc opublikował swój manifest na temat dialogu polsko-niemieckiego. Podkreślił w nim humanistyczną wizję "Kultury": demokratyczna polityka, mimo oddania narodowym interesom, musi uznać nadrzędny charakter jednostki, przeciwstawić się ksenofobii, rasizmowi, stereotypowym wyobrażeniom o sąsiadach. Polityka musi służyć jednostce, a "ruch demokratyczny musi zawsze, we wszystkich, nawet najbardziej skomplikowanych okolicznościach podkreślić swój humanizm i szacunek dla jednostki ludzkiej, bo są to fundamenty, na których wspiera się kultura Polski i całej Europy".

Jerzy Giedroyc wyznawał realizm polityczny; wiedział jak trudno wprowadzić ideały w realną politykę i zrealizować wizję antyendeckiej, europejskiej Polski.
Nawet po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i demokracji w 1989 roku pozostał krytyczny wobec kultury politycznej w kraju.

Obawiał się głęboko zakorzenionego nacjonalizmu, a pozostając wiernym chrześcijańskiej etyce, nie ufał klerowi. Redaktor co prawda surowo oceniał rodaków, ale wierzył w ich rozsądek. Był przekonany, że warto z Polakami rozmawiać, inwestować w edukację obywatelską, a niekiedy iść pod prąd; odważne wizje mężów stanu umacniają szacunek obywateli dla polityków.

Basil Kerski jest dyrektorem Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku oraz redaktorem naczelnym "Magazynu Polsko-Niemieckiego DIALOG".
Swojemu krytycyzmowi i jednocześnie optymistycznemu realizmowi Jerzy Giedroyc dał wyraz w rozmowie z Barbarą Toruńczyk w 1981 roku: "Co jest w ogóle typowe dla Polaków – ten strach przed opinią publiczną. Wielkość Piłsudskiego polegała na tym, że on się z tym nie liczył. Że szedł pod włos temu społeczeństwu. I wygrywał. Bo z tym społeczeństwem to można jednak zrobić. […] To jest dziwny naród, który wytrzymuje, kiedy mu się mówi gorzkie rzeczy w oczy. Wytrzymuje".